Krakowskie oświadczenie i Kościół pełen oczekiwań
Pisałam ostatnio o kurialnej komunikacji w sprawie ks. Sawielewicza; takiej, która stawia zwykłych, zaniepokojonych ludzi na drugim albo trzecim planie. Dziś do kompletu będzie o tym, jak bardzo inaczej może wyglądać taka komunikacja, na świeżutkim przykładzie z mojej własnej diecezji.
Chodzi o sprawę z początku tygodnia, czyli o historię kobiety, którą miał skrzywdzić krakowski biskup pomocniczy Jan Szkodoń. Opisał ją w „Dużym Formacie” Gazety Wyborczej Marcin Wójcik, a tego samego rzecznik archidiecezji krakowskiej wydał pełne ludzkich emocji oświadczenie. Dlaczego to ważne, że Wójcik i Wyborcza? Bo gdyby ten tekst ukazał się w październiku, ścieżka rozwoju sprawy byłaby następująca.
Najpierw ukazałby się zapowiadany tekst. Potem nastąpiłaby cisza. Cisza przeciągałaby się dzień, dwa, media zdążyłyby już napisać, że prośba o komentarz wysłana do kurii przyniosła jedynie ciszę.
Ówczesny rzecznik kurii, zapytany przez telefon, czy kuria planuje jakieś oświadczenie w sprawie, która bulwersuje diecezjan i budzi wiele niepokoju, powiedziałby z wyższością, że kuria nie ma w zwyczaju działać pod presją mediów, albo że żadnego oświadczenia nie będzie, bo nie ma takiej potrzeby. Lub też, że jest tyle innych pozytywnych tematów, którymi można się zająć. Albo kim są dziennikarze z portali katolickich, jeśli tematy dyktuje im „Wyborcza”.
Potem byłaby tylko cisza. Napięcie by rosło, podejrzenia się mnożyły, niepokój się zwiększał – przecież chodzi o biskupa! Ludzie go znali… Kościół lokalny po raz kolejny podzieliłby się na tych, co nie wierzą, że to możliwe, na tych, co wierzą, że tak było i na tych, którzy mają coraz większe wątpliwości i cierpią.
Potem ówczesny arcybiskup przy okazji którejś homilii powiedziałby coś ostrego o wrogach Kościoła, a media zacytowałyby to – niektóre wybiórczo i w trybie zapalającym, niektóre czołobitnie – i potraktowały jako cichą odpowiedź na tekst.
Właśnie dlatego małą iskrę nadziei dało mi to poniedziałkowe oświadczenie, pełne treści (a nie enigmatycznego pustosłowia nic nie znaczącego dla nikogo poza wtajemniczonymi, podatnego na milion interpretacji i domysłów). Nie trzeba było na nie kilka dni czekać. Nikt się na nikogo nie obrażał… Co więcej, czarno na białym widać, że temat jest ważny i nie będzie zostawiony na święty Dygdy, co go nie ma nigdy.
To kolejna zapowiedź tego, że w archidiecezji krakowskiej, w której przez ostatnie lata narosły i napęczniały wrzody różnych źle prowadzonych spraw, powoli rozpoczyna się proces zdrowienia. I jasny dowód dla polskiego Kościoła, że można w ludzki i współczujący sposób mówić o czyimś potężnym życiowym zranieniu, spowodowanym przez duchownego, także w oświadczeniu wydanym przez kurię.
Dowody na to od kilkunastu miesięcy daje bp Artur Ważny, odważnie wchodzący ze swoją diecezją w przestrzeń oczyszczania i uzdrawiania także w kurialnej komunikacji, pełnej wrażliwości i otwartości. To piękne, bo coraz mocniej ze wszystkich stron widać jasne znaki, że właśnie tego potrzebuje nasz Kościół. Że ludzie oczekują od instytucji działań dla wyjaśniania spraw i gojenia ran. Że oczekują sprawczości i sprawiedliwości. Ale przede wszystkim widać, czego ludzie oczekują od innych ludzi, tych powołanych do wykonywania zadań w ramach instytucji: a oczekują pokory, zrozumienia i niezamykania się w twierdzy wyniośle enigmatycznej komunikacji, pozbawionej zrozumienia i współczucia.
Skomentuj artykuł