Kto, gdy nas już nie będzie, zgasi po nas światło?
Być może problem jest całkowicie wydumany, bo przecież nikt normalny nie myśli o własnym pogrzebie – niech się o to martwią ci, co pozostaną. Jednak w moim kościelnym środowisku pytanie to odżywa co roku – i bynajmniej nie tyle jest wyrazem troski o przebieg żałobnych egzekwii, podczas których to my – a właściwie to, co po nas zostanie – będziemy w centrum uwagi, ale jest wyrazem niepokoju o dramatyczną statystykę powołań. Jesteśmy w połowie wakacji, czas więc, aby po raz kolejny zadać to sakramentalne pytanie.
U nas, jezuitów, w tym roku z powołaniami jest nieco lepiej: kilku kandydatów zostało zaakceptowanych i mamy nadzieję, że w wyznaczonym terminie pojawią się w naszym kolegium w Gdyni, gdzie rozpoczną swój dwuletni nowicjat. Jednak w razie czego, nauczeni przykrym doświadczeniem, nawet w wewnętrznym kanale informacyjnym nie opublikowaliśmy ich nazwisk – zrobimy to wtedy, gdy faktycznie pojawią się w domu nowicjackim. Jako jezuici nie jesteśmy tu odosobnionym przypadkiem – nikt: ani zakony, ani diecezje, na obecnym etapie nie publikuje szczegółowych danych, ograniczając się co najwyżej do „wyrażenia nadziei”. Ta nadzieja bierze się nie tyle stąd, że już ktoś został przyjęty, ile z pragnienia, że do tej grupy, która już się uformowała, ktoś jeszcze dołączy. W seminariach oficjalnie ogłasza się „drugi nabór”, który ma miejsce we wrześniu. W zakonach nie ma takiej oficjalnej daty, ale i tak gdy ktoś zastuka do drzwi, zwykle wita się go z radością.
Niewielu przyznaje jednak, że takie działanie jest nieco ryzykowne…
Dlaczego? Bo znów z doświadczenia wiemy, że dobrze jest zezwalać na rozpoczęcie formacji tym, którzy już w jakiś sposób zostali zweryfikowani, albo przynajmniej od jakiegoś czasu są utrzymują kontakt i przynajmniej po części dali się poznać tym, którzy w zakonach i diecezjach są odpowiedzialni za rekrutację. Tak podpowiada głos rozsądku. Niestety, co roku zgłasza się pewna liczba kandydatów, którzy nie nadają się do życia zakonnego i kapłaństwa. I nie chodzi tu wyłącznie o tych, którzy borykają się z mniej czy bardziej wyeksponowanymi problemami psychicznymi, ale i o takich, którzy pomimo dawno osiągniętej pełnoletności, a czasami nawet przekroczonej trzydziestki, wciąż nie pracują i są na utrzymaniu rodziców, dalej takich, którzy są „zmęczeni są życiem” i chcą uciec od świata, takich, którzy uważają, że szkoda tracić czasu na jakąkolwiek formację i trzeba już zacząć ewangelizować, czy takich, którzy we własnym mniemaniu osiągnęli już szczyty życia duchowego i teraz chcą zreformować zakon albo Kościół. Bardzo łatwo jest popełnić błąd i zbyt pochopnie przyjąć kandydatów, z którymi od samego początku będą wyłącznie problemy, a i tak prędzej czy później trzeba się będzie z nimi rozstać. Niemniej jednak zawsze przy seminarium czy przy zakonie kręci się kilku „niezdecydowanych”, co do których jest nadzieja, że może w końcu dorosną do decyzji – i to właśnie z myślą o nich umożliwia się ten „drugi nabór”.
Problem powołań to nie tylko problem obsadzenia parafii
Kiedy dotyka się tematu kryzysu powołań, jako na jego konsekwencje najczęściej wskazuje się problemy z obsadzeniem parafii. Rzeczywiście tak jest, i jest to problem najbardziej widoczny i najbardziej uciążliwy – gdyby nie kryzys powołań, nikomu nie przyszłoby do głowy, żeby łączyć parafie albo redukować liczbę mszy, odprawianych w naszych kościołach – ale to tylko część prawdy. Konsekwencją może mało widoczną, ale istotną, jest zachwianie równowagi demograficznej pośród duchownych. Dziś w zakonach i diecezjach największą grupę stanowią 60-latkowie. W najbliższych latach czeka nas więc nieproporcjonalnie wielka fala odejść na emeryturę, przy małej liczbie tych, którzy ich zastąpią. Ze względu na liczbę tych starszych, to oni będą nadawać ton życiu Kościoła, który coraz bardziej będzie żył w czasach, które już nie będą „ich” czasami. Będzie to wyglądało jakby chcieć zaorać pole, do pługa zaprzęgając dinozaury. A co jeszcze gorsze, ci młodsi nie będą mieli wystarczającego wsparcia w grupie rówieśniczej, bo ta rozproszy się po parafiach. Już teraz zaznacza się coraz poważniejszy konflikt pokoleń: nie tylko starzy nie rozumieją młodych, ale też odwrotnie – i to, niestety, jest jednym z powodów, które tym, którzy życie mają jeszcze przed sobą, ułatwiają decyzję o porzuceniu kapłaństwa. A co będzie, gdy w ogóle zabraknie jednego pokolenia? Zakony żeńskie już czegoś takiego doświadczają.
Nic więc dziwnego, że co roku, przy okazji wakacji, pojawia się ten sam niepokój o powołania: kiedyś modliliśmy się o „liczne i dobre”, a teraz modlimy się już, żeby w ogóle jakieś były…
Zakończymy optymistycznie, choć nie bez szczypty ironii
Mam, duchownym, pomimo poważnego kryzysu powołań, nie grozi jednak sytuacja, że z powodu braku księży będziemy mieli „świecki pogrzeb”. Dlaczego? Bo tradycją jest, że na pogrzeb księdza przyjeżdża biskup – a biskupów (pomimo kryzysu powołań) na pewno nam nie zabraknie.
Skomentuj artykuł