Można kochać część Żydów, a innych nie cierpieć i to nie jest antysemityzm
Gdy w kościołach był czytany ostatni list Episkopatu, miałam weekend offline. Kazanie w niedzielę było do dzieci i do poniedziałku rano nie wiedziałam nawet, że był jakiś list. Gdy zajrzałam w media społecznościowe, zalała mnie niespotykanych zazwyczaj rozmiarów fala wpisów o Żydach, Izraelu i judaizmie. Czemu według mnie ten list przyniósł tyle oburzenia i komentarzy?
Zdumiona intensywnością zdarzenia zastanawiałam się przez chwilę, skąd się to wzięło, że do listu Episkopatu musieli się nagle odnieść wszyscy: ci, co zwykle milczą i ci, co mówią pierwsi, ci, co są ekspertami od tematu i ci, co mają jedno życiowe wspomnienie, którym teraz nagle postanowili się podzielić. Czy to kolejny temat, w jakim jesteśmy narodowymi ekspertami? Czy może temat poboczny, który pozwala się wyżyć i upuścić trochę życiowej frustracji, więc kto by nie skorzystał z okazji? Czy zadziałał po prostu mechanizm trendu – żeby utrzymać się fali, trzeba skomentować? A może jednak słowa listu, że antysemityzm „niestety ciągle jeszcze pozostaje” „śmiertelnym brakiem miłości” wśród polskich katolików (bo do nas jest ten list) i zarzucanie „obojętności, bierności, braku zainteresowania, znieczulicy” wobec Żydów po prostu ludzi wkurzyły w obliczu trwającej wojny i koszmarnych „rozwiązań problemu” Strefy Gazy?
Co zabawne, a może i wcale nie, wielka fala oburzenia, obrony, fochów i wyjaśnień w sprawie listu napłynęła równocześnie z dwiema rzeczami. Z informacją o tym, że żydowscy osadnicy atakują ostatnią chrześcijańską wioskę na Zachodnim Brzegu. Palą samochody, strzelają do społeczności, włamują się do budynków i demonstracyjnie się w nich… modlą. I z Narodowym Dniem Pamięci Polaków ratujących Żydów pod okupacją niemiecką, czyli dniem świętowania naszych narodowych bohaterów, którzy oddawali życie za Żydów nie dlatego, że należeli lub nie do konkretnej narodowości, ale dlatego, że to byli ludzie. Po prostu ludzie.
Do tego wszystkiego nie mogę się oprzeć wrażeniu, że gdyby biskupi w liście napisali o jakimkolwiek innym rodzaju „śmiertelnego braku miłości”, na przykład o ANTYUBOGIZMIE, wszyscy, którzy uważali podczas odczytywania tekstu na mszy pokiwaliby głowami i poszli do swoich spraw, a fejsbuki, iksy i reszta gorących mediów nie rozgrzałyby się do czerwoności. I najbardziej mi żal tych, którzy na co dzień cicho pracują nad relacjami naszych dwóch religii i patrzą na sprawę tylko przez pryzmat wyznaniowy oraz tych, którzy w normalnym, codziennym życiu po prostu budują osobiste dobre relacje z wyznawcami judaizmu, a teraz muszą patrzeć na festiwal wypowiedzi łączących ze sobą gorącą politykę, kulturowe mity i pozareligijne doświadczenia.
Mam też takie poczucie, że mimo aktualnej temperatury sporu spokojnie da się rozdzielić kilka spraw. To, że można kochać część Żydów, a innych nie cierpieć - i to nie jest antysemityzm; to, że można inaczej oceniać działania "Żydów historycznych" i "Żydów aktualnych" - i to nie jest antysemityzm; to, że i wśród Żydów historycznych, i aktualnych można, posługując się sumieniem, rozróżnić ludzi czyniących dobro albo zło – i to nie jest antysemityzm. To, że można zachwycać się dziedzictwem judaizmu z czasów Jezusa i mieć kłopot z niektórymi współczesnymi wątkami - i to nie jest antysemityzm. A także to, że można uważać wojnę i przemoc za zło niezależnie od tego, kto ją prowadzi - i jeśli akurat zło czynią Żydzi, potępianie tego zła to nie jest antysemityzm; i również to, że można oceniać czyny wszystkich innych ludzi - i jeśli ci ludzie są akurat Żydami, to też nie jest antysemityzm. Można to rozdzielić, jeśli myśli się sprawiedliwie i logicznie. Trzeba tylko chcieć. I może się nie bać...
Nie jest to jednak łatwe, gdy mieszane są porządki i wrzuca się różne typy spraw do jednego worka, niczego nie różnicując - i co więcej, uważając przekonania sprzed kilkudziesięciu lat za aktualne. Bo trudno oprzeć się wrażeniu, że obecnie problem jest trochę gdzie indziej: ci katolicy, którzy "nienawidzą Żydów, bo zabili Pana Jezusa” w większości odeszli mentalnie do lamusa już jakiś czas temu. Dominuje za to pokolenie katolików, które w ogóle przestaje wierzyć i staje się obojętne wobec spraw religii. Bardzo wielu ochrzczonym w Polsce jest obecnie wszystko jedno, kto zabił Pana Jezusa i w żadnej sposób nie odnoszą tego historycznego faktu sprzed lat do swojego życia; a jakakolwiek „sprawa Żydów” jest dla nich sprawą geopolityczną, czasem może biznesową, a nie wyznaniową. I może dlatego ten list przyniósł tyle oburzenia i komentarzy: bo był napisany w jednej przestrzeni myślowej, a trafił do odbiorców, którzy są w zupełnie innej.
Skomentuj artykuł