Człowiek naprawdę może się odnaleźć. Nawet gdy jest przekonany, że wszystko już stracone

Człowiek naprawdę może się odnaleźć. Nawet gdy jest przekonany, że wszystko już stracone
Fot. Omar Ramadan / Unsplash
Logo źródła: WAM Marcin Jurak MIC

"Ostatecznie przyszło to, czego nigdy się nie spodziewał. Miłość. Mał­żeństwo. Dziecko. Praca mająca sens. Pasja karmiąca duszę. I zwyczajna, spokojna radość życia, która wcześniej wyda­wała się czymś nieosiągalnym. Pewnego dnia powiedział mi, że pierwszy raz w życiu jest szczęśliwy i to tak po prostu, bez lęku, że to minie. Wtedy jeszcze głębiej zrozumiałem, że człowiek naprawdę może się odnaleźć, nawet gdy jest przekonany, że wszystko już stracone". Przeczytaj fragment książki Marcina Juraka MIC "Sens mimo wszystko. Droga od zagubienia do odnalezienia siebie".

Pracując przez ostatnie lata z ludźmi, zrozumiałem, że jed­nym z najbardziej powszechnych doświadczeń współczesne­go człowieka stało się zagubienie. Zmęczeni udawaniem, że wszystko jest w porządku, tak naprawdę czujemy się wyczer­pani duchowo i emocjonalnie, a przy tym mamy problemy z budowaniem relacji. Najbardziej bolesne jest to, że wielu z nas przeżywa taką samotność, mimo że są wokół nas zna­jomi, rodzina, wspólnota. Z zewnątrz sytuacja wygląda zwy­czajnie - realizujemy codzienne obowiązki, jakby nic złego się z nami nie działo, ale w naszym wnętrzu pojawiła się blokada. Tak jakby życie przestało współbrzmieć z sercem, a zamiast spokoju pojawiła się cisza - ale nie ta, która leczy, lecz ta paraliżująca.

DEON.PL POLECA



Nie będę tu więc opisywał historii o doskonałości ani o wierze pozbawionej pęknięć. To opowieści o ludziach, któ­rzy próbują wstać. Czasem niezdarnie, z poczuciem wstydu, bardzo powoli - ale jednak się podnoszą, bo gdzieś głęboko w nich tli się pragnienie życia: takiego, które nie poddaje się nawet wtedy, gdy rozum powtarza, że nic już się nie zmieni. Dzisiejsze zagubienie nie bierze się z braku dróg do wy­boru, lecz z ich nadmiaru: z niekończących się oczekiwań, porównań, z presji sukcesu i idealnych wizerunków. Z ka­talogów karier, relacji, ciał, modlitw i standardów, które pokazują, jak "powinno" być i co ty sam "powinieneś" robić. W świecie, który obiecuje, że każdy może być, kim zechce, coraz więcej osób nie wie już, kim naprawdę jest. Zamiast szukać światła, błądzą w oślepiającej jasności, która wy­dobywa się zewsząd i odbiera zdolność dostrzegania tego, co naprawdę ważne. Wielu nie ma dokąd z tym pójść. Do rodziny? Wstyd. Do przyjaciół? Lęk przed tym, by ich nie obciążać. Do Kościoła? Obawa przed osądem albo pustymi formułami. Do Boga? Poczucie, że nie jest się godnym roz­mowy. W takiej sytuacji właśnie rodzi się milczenie duszy: ciche, napięte jak struna, odbierające siłę do działania.

Dlatego potrzebujemy miejsc i ludzi, którzy potrafią po prostu słuchać: bez oceniania, bez moralizowania, bez po­śpiesznych rad i zdań zaczynających się od "powinieneś". Wielu bowiem nie szuka w Kościele pouczenia, lecz oddechu.

I gdy go wreszcie odnajdują, zaczynają wracać - nie tylko do wiary, ale przede wszystkim do życia. Chcę opowiedzieć historię jednego z nich, by pokazać, że człowiek naprawdę jest w stanie odzyskać siebie, jeśli otrzyma odrobinę zrozu­mienia, czasu i dobra. Właśnie te trzy rzeczy - tak proste, a jednocześnie tak mało dostępne - potrafią stać się mostem przerzuconym nad przepaścią beznadziei.

Poznaliśmy się zupełnie zwyczajnie, po mszy. Zatrzyma­łem go, przedstawił się, zamieniliśmy kilka słów o codzien­ności - o tym, co czasem bywa trudne, a co innym zdarza się przeoczyć. Powiedziałem mu, by napisał, jeśli będzie czegoś potrzebował. W jego oczach zobaczyłem mieszankę nieuf­ności i nadziei, że może tym razem ktoś naprawdę usłyszy i nie nadużyje tej relacji. Wiedziałem, że taka ostrożność nie wynika z zamknięcia czy obojętności, lecz z doświadczenia zawodu: zbyt wiele razy ci, którzy powinni byli go wspierać, zamiast tego pozostawili go samego z bólem i poczuciem odrzucenia.

DEON.PL POLECA


Wrócił za jakiś czas, niepewnie, mówiąc, że potrzebu­je rozmowy. Zaryzykował, że tym razem wypowie to, co od dawna w sobie tłumił. Opowiadał o bólu po rozstaniu, o ranach zadanych przez ludzi w Kościele, o seminarium duchownym, które zamiast wzmocnić wiarę, pozostawi­ło w nim jedynie poczucie upokorzenia i doświadczenia psychicznej przemocy. Mówił o lęku, który paraliżował go w zakresie podejmowania codziennych decyzji, odbierał ra­dość z najprostszych chwil i szeptał nieustannie, że jest kimś niewystarczającym. Każda kolejna próba rozmowy z ludźmi, do których zwracał się o pomoc, kończyła się jeszcze większą samotnością - jakby mówił językiem serca do osób odpo­wiadających językiem zasad, procedur i formalności (a te dwa sposoby komunikacji, jak wiadomo, rzadko są dla siebie nawzajem zrozumiałe).

Mimo wszystko jednak w tych naszych spotkaniach, w tej drobnej iskrze nadziei, widać było coś niezwykłego: były dowodem na to, że człowiek, nawet po wielu ranach, może zacząć powoli wracać do życia, jeśli tylko ktoś będzie przy nim obecny, jeśli nie odwróci wzroku i okaże mu choć odrobinę cierpliwości i dobra. Zrobiłem więc coś, czego zu­pełnie się po mnie nie spodziewał: poprosiłem, by skonsulto­wał się z psychologiem. Nie chciałem się go pozbyć, ale dać mu realne wsparcie: bezpieczne, uczciwe i prawdziwe, a nie jedynie w formie pobożnych życzeń. To był pierwszy raz od bardzo dawna, gdy ktoś potraktował jego cierpienie serio, nie zamykając go w prostych stwierdzeniach typu: "Brakuje ci wiary" czy: "Przesadzasz".

Po konsultacji okazało się, że nie potrzebuje terapii, lecz raczej zwykłych rozmów - przestrzeni, w której może być sobą, akceptacji bez uprzednich warunków i czasu, by powoli dochodzić do siebie. Najbardziej jednak potrzebował tego, by przestać bać się samego siebie: własnych emocji, słabości, przeszłości. Zaczęliśmy się więc regularnie spotykać.

Nie próbowałem go zmieniać. Nie dawałem gotowych recept, nie moralizowałem, nie mówiłem, żeby przestał czuć. Wiedziałem, że człowiek zaczyna naprawdę zdrowieć nie wtedy, gdy nie odczuwa już bólu, lecz gdy nie musi go dłużej ukrywać. Dostrzegałem w nim dobro, którego on sam nie potrafił dostrzec. Powtarzałem spokojnie i cierpliwie, że ma prawo do tego, by czuć. Ma prawo nie wiedzieć, co dalej. Ma prawo być słaby. Ma prawo po prostu być człowiekiem. To wystarczyło, by coś zaczęło się w nim poruszać. Serce, które długo pozostawało zaciśnięte z lęku i wstydu, powoli wracało do życia. Zmiana przyszła sama, dlatego że w końcu ktoś zobaczył w nim człowieka, a nie zadanie do wykona­nia czy projekt do naprawy. Z czasem zaczął mówić coraz swobodniej, bez lęku, że zostanie oceniony czy odrzucony. Powoli uczył się rozumieć źródła swojego wstydu i dostrze­gać to, co dotąd było tematem zakazanym. Zobaczył, że również w Kościele może pojawić się przemoc, manipulacja i duchowość pozbawiona prawdy oraz że wolno to nazwać po imieniu. Dostrzegł, że ma prawo odejść z miejsca, w któ­rym doświadczał krzywdy, i szukać Boga inaczej, w nowej wspólnocie, w ciszy albo w codzienności. Bóg przecież nie zamyka się w murach; nie musi się do Niego mówić tylko jednym językiem modlitwy.

Po kilku miesiącach usłyszałem od niego zdanie, które zapamiętam na długo: "Jeśli ty mnie nie potępiasz, choć wiesz o mnie wszystko, to może ja też mogę przestać siebie potępiać". To był początek jego wolności. Potem działo się to, co następuje zawsze wtedy, gdy człowiek pozwoli sobie na stanięcie w prawdzie. Lęk zaczął słabnąć: powoli, bez fajer­werków, bez duchowych uniesień. Najpierw poczuł odwagę, by budować relacje, a potem odkrył w sobie zdolność po­wrotu do marzeń, które kiedyś uznał za nierealne. Z czasem nauczył się przyjmować także porażki - ale nie jako dowody słabości, lecz znaki odwagi, że próbował, że żył. Ostatecznie przyszło to, czego nigdy się nie spodziewał. Miłość. Mał­żeństwo. Dziecko. Praca mająca sens. Pasja karmiąca duszę. I zwyczajna, spokojna radość życia, która wcześniej wyda­wała się czymś nieosiągalnym. Pewnego dnia powiedział mi, że pierwszy raz w życiu jest szczęśliwy i to tak po prostu, bez lęku, że to minie. Wtedy jeszcze głębiej zrozumiałem, że człowiek naprawdę może się odnaleźć, nawet gdy jest przekonany, że wszystko już stracone.

Z biegiem czasu okazało się, że po podobnych drogach zacząłem prowadzić kolejnych ludzi. Ktoś przekazywał mój numer dalej, ktoś inny pisał po rozmowie z przyjacielem, ktoś po prostu przychodził, nie szukając gotowych odpowiedzi, lecz miejsca, w którym można wypowiedzieć prawdę o sobie, bez strachu, że zostanie się odrzuconym. Kiedy te osoby otrzymywały taką możliwość, działo się coś niezwykłego: stopniowo odkrywały siebie. A kiedy człowiek zaczyna wi­dzieć siebie prawdziwie, pojawia się sens - delikatny, nie­ pozorny, ale głęboki. To pierwszy owoc wolności: subtelny, lecz autentyczny.

Fragment książki Marcina Juraka MIC "Sens mimo wszystko. Droga od zagubienia do odnalezienia siebie".

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
ks. Marcin Jurak MIC

Czujesz się zagubiony w życiu, w relacjach i w wierze?
Nosisz w sobie pytania bez odpowiedzi, zmęczenie, rozczarowanie i ból?
Wydaje ci się, że wszystko się rozpada, a sens znika?
Tęsknisz za...

Tematy w artykule

Skomentuj artykuł

Człowiek naprawdę może się odnaleźć. Nawet gdy jest przekonany, że wszystko już stracone
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.