Polska szkoła uczy dziwnych rzeczy. Zwłaszcza na koniec roku
Czego uczy polska szkoła w czerwcu? Widzę trzy główne umiejętności, które są wtedy trenowane ponad normę. Żadnej nie ma w podręcznikach. I zastanawiam się, kiedy wreszcie z tego ponurego, pruskiego systemu przymusu przejdziemy do czegoś bardziej odpowiedniego do życia w XXI wieku.
Pierwsza umiejętność: udawanie, że pracujemy. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego rok szkolny musi kończyć się tak późno. I wcale nie dlatego, że „za moich czasów kończył się wcześniej”. Po wystawieniu ocen szkoła staje się przechowalnią dzieci; frekwencja spada, zwłaszcza starsze klasy, które już nie mają nic do zrobienia na przyszły rok, po prostu robią sobie wolne. Uczniowie chodzą w kratkę. Albo nie ma ich przez tydzień, bo rodzice dostali urlop i rodzina pojechała na wakacje. Nauczyciele stają na głowie, żeby po skończeniu programu zrobić z dzieciakami coś jeszcze, choć powszechnie wiadomo, że wszyscy są bardzo zmęczeni i nikt nie ma już siły na nic: ani uczniowie, ani nauczyciele, ani rodzice. Jakąś opcją są wyjścia i wycieczki, ale one też mają swój dość restrykcyjny limit.
Sama łapię się na tym, że gdy dzieci pytają, po co mają chodzić do szkoły, skoro poza nimi w klasie jest tylko kilka osób i kompletnie nic się nie dzieje, może poza graniem w mafię, gdy nauczyciel ma litość – nie wiem, co odpowiedzieć. Poza tym, że to, oczywiście, ustawowy obowiązek. Bo to prawda: ale jaki jest cel obowiązku, który traci sens, gdy kończy się program nauczania, a zaczyna czas nudy i przetrwania? Jest, bo jest. Jest, bo zawsze tak było. Jest, bo tak zdecydowało ministerstwo… Rób, bo tak ci każą, i nie pytaj, bo to się nie zmieni. I w efekcie dzieciaki przez ostatnie dwa tygodnie czerwca toną w poczuciu, że robią coś bez sensu tylko dlatego, że ktoś w Warszawie tak sobie wymyślił, nie przejmując się kompletnie realiami. I że tak trzeba: udawać przed jakąś "górą", że praca trwa, choć tak naprawdę nikt już nie pracuje.
Druga umiejętność: "twarde" negocjowanie. Dotyczy to oczywiście kwestii ocen: koniec roku motywuje, żeby oceny podciągać, poprawiać, żeby próbować „iść na wyższą”, a do historii memów przechodzą kolejne obrazki typu „to może ja zrobię prezentację?”. Pedagodzy w mediach społecznościowych bulwersują się nieszanowaniem ich pracy oraz próbami podważenia ich kompetencji i autorytetu przez rodziców, którym się nagle zamarzyło, że syn będzie miał z polskiego czwórkę, a nie dwójkę i „dlaczego pani nie chce dać mu szansy” na dwa tygodnie przed końcem roku.
To także kwestia samego systemu oceniania, który – mimo wszelkich starań nauczycieli – nie jest tak sprawiedliwy, jak się wszystkim wydaje, bo ocenia tylko kilka kryteriów, nie uwzględniając pozostałych. Nauczyciele robią, co mogą i gdy słucham czasem, z jak wielką uwagą roztrząsają, czy z takich ocen temu, co zaczął się jednak starać, można na zachętę postawić wyższą ocenę, czy inni się nie poczują urażeni albo nie oburzą – naprawdę nie zazdroszczę.
Ale jest też druga strona medalu: tak zwane „polskie ciśnięcie motywacyjne”. Działa raczej demotywująco, a polega na technice „wystawię mu niższą proponowaną, żeby na koniec pokazał, na co go stać”. Potem ten mechanizm widać w firmach, w których szef na zachętę nie daje podwyżki, ale grozi obniżeniem pensji, żeby zespół się zmotywował i zrobił lepszy wynik. W pracy nam się to nie podoba. Ale szkoła tak nas wychowała i tak wychowuje nasze dzieci.
Trzecia umiejętność: budowanie poczucia własnej wartości na cudzej opinii. Skąd te wszystkie inby o lody i świadectwa z paskiem, o nagrody dla wszystkich, zamiast dla najlepszych, żeby tym „gorszym” nie było przykro? Skąd pomysł, by do świadectw dołączać paski w różnych kolorach, nie tylko biało-czerwony, żeby podkreślić inne niż zdobywanie dobrych ocen talenty dzieci?
To prawda, że poczucie wartości wynosi się z domu. Ale system szkolny ma tu dużo do powiedzenia. Nie chodzi o to, że za zdobytą wiedzę nie należy się uznanie: trzeba włożyć wysiłek, to jasne, i to jest warte docenienia. Problem w tym, że od lat ludzie są wtłaczani w jedną formatkę: albo uczysz się dobrze i jesteś grzeczny, albo nie uczysz się dobrze i nie jesteś grzeczny. Jeśli wpadasz do kategorii A, jesteś wartościowy. Jeśli wpadasz do kategorii B, jesteś do poprawki. Mogłeś się bardziej postarać. Albo tylko smutno pokiwamy nad tobą głową, jeśli średnią masz 3,0, choćbyś był przy tym czternastolatkiem, który potrafi zrobić zakupy, ugotować obiad, zaplanować prosty budżet wyjazdu na kajaki i zaopiekować się cudzym psem, który się zgubił.
I nie, to nieprawda, że szkoła ocenia tylko wiedzę: tak nam się tylko wydaje, bo oceny pochodzą ze sprawdzianów i kartkówek. Nieoficjalnie jednak system nadawania wartości uczniom (także przez innych uczniów, rodziców, całą szkolną społeczność) obejmuje o wiele szerszy kontekst. A czerwcowe wyścigi w zasługiwaniu i udowadnianiu swojej wartości, by mieć inną cyferkę na świadectwie, tylko pogłębiają to zjawisko. Niektórzy powiedzą, że nieuniknione. Inni, że da się inaczej – tylko trzeba by chcieć.
Czerwiec w szkole udowadnia, że potrzebna jest zmiana: zmiana w głębi, nie na powierzchni. Zmiana myślenia, a nie zakresu programu tego czy innego przedmiotu. Bardzo smutne jest to, że jeszcze nam się po czasach PRL nie zdarzyła ekipa, która by miała naraz pomysł, energię, pieniądze i społeczne poparcie, by wreszcie zaktualizować polską szkołę do wersji "XXI wiek".
Skomentuj artykuł