Spędziłam dwa miesiące z dala od social mediów. Zyskałam rzeczy, o których można tylko pomarzyć, scrollując

Fot. Jeanie de Klerk / Unsplash

Nie jestem człowiekiem przyklejonym do smartfona i scrollującym rolki w nieskończoność. Ale zaczęłam na tyle mocno odczuwać skutki uboczne strumienia niekończących się treści, że spędziłam poza social mediami (a w dużej części mediami także) prawie dwa miesiące. Po to, by zrobić eksperyment. Zobaczyć, co się stanie z moim życiem, sprawdzić, czy da się żyć spokojniej tak, jak kiedyś, gdy nie byliśmy nieustannie na bieżąco, telefon był stacjonarny, a komputer nie miał internetu.

Wnioski z tego eksperymentu mogę streścić w pięciu punktach.

Po pierwsze: nie ominęło mnie nic kluczowego dla życia. Również dlatego, że żyję wśród ludzi, którzy wymieniają informacje o rzeczach istotnych życiowo.

Po drugie: zyskałam spokój, o jakim można tylko pomarzyć, scrollując. Życiowy optymizm, przekonanie, że mało jest problemów, które naprawdę są nie do ogarnięcia, brak tego nakręcającego się uczucia paniki, że nie zobaczyłam jakiejś ważnej rolki i nie będę gotowa na coś strasznego, co właśnie nadchodzi.

Po trzecie: zyskałam cudowną jasność umysłu. Ponieważ sięgałam tylko po te treści, które miałam w planie i na które miałam ochotę. Nie narzekam na skupienie i koncentrację, ale poziom jasności umysłu po detoksie od socjali jest ekstra, a rozwiązywanie problemów i podejmowanie decyzji o wiele prostsze.

Po czwarte: nagle odzyskałam mnóstwo czasu. Nie to, żebym przeznaczała go dużo na siedzenie w telefonie, bo z wszystkimi koniecznymi czynnościami, jak Librus, szkolne grupy rodzicielskie, płacenie rachunków i sprawdzanie rozkładu jazdy czas ekranowy nie przekracza u mnie dwóch godzin, a często jest to znacząco mniej. Ale brak rozproszeń powodowanych przez „niewinne” sięganie po telefon w chwili przerwy i to, że mózg nie zużywał czasu, żeby się przełączać miedzy telefonem a życiem, podziałał dość kozacko na efektywność w codziennych, życiowych zadaniach.

Po piąte: pożegnałam prokrastynację. Nie całą, nie na zawsze – ale sprawy odkładane na potem, choćby ich wykonanie miało zająć kwadrans, okazały się lepsze od starej dobrej nudy, której mózg doświadcza, gdy się go nie zalewa dopaminową papką. I wyszorowanie ściany nad zlewem, które ciągle było planem na jutro, odhaczało się z listy w kilkanaście minut, które niechybnie pożarłoby mi czytanie komentarzy do jakiegoś gorącego tematu. A fizyczna praca z widocznym szybko efektem końcowym okazała się świetnym odpoczynkiem dla układu nerwowego.

Od dawna widzę w codzienności, jak bardzo uzależniającym narzędziem jest osobisty minikomputer z dostępem do nielimitowanych, niekończących się treści. Najbardziej widzę to w komunikacji miejskiej, w której spędzam średnio godzinę dziennie. Niemal każdy, kto wsiada do tramwaju, wyciąga telefon i zaczyna scrollować. Nieliczni czytają książki albo gapią się za okno. Są tacy, dla których realna rzeczywistość jest tylko tłem: widzę dzieciaki, które idą ze szkoły jak zombie, oglądając rolki na telefonie, potykając się, dochodzą na przystanek i wsiadają do autobusu, nie odrywając się od ekranu. A my, dorośli, wcale nie jesteśmy lepsi.

Patrzę na to, słucham ludzi z ich emocjami, widzę sumę wszystkich strachów, które budzą się pod mentalną szafą i zastanawiam się, ilu z tych niepokojów by nie przeżywali, gdyby scrollowali mniej.

Mam poczucie, że dajemy się cyfrowej karuzeli emocji nakręcać jak zabawki z bazarku. A potem szukamy pieniędzy na terapię, gdy proza życia okazuje się być nieustającym melodramatem bez żadnych happy endów.

Bardzo podoba mi się spostrzeżenie ze świeżutkiej rozmowy naszych publicystek – Magdy Urbańskiej i Agaty Rusek: że niepokój to jest świetna emocja sprzedażowa. Że marketing w Internecie polega na wywoływaniu w nas uczuć, których bez scrollowania nie doświadczalibyśmy z taką mocą. Że internet w obecnym kształcie niekończących się feedów nie pozwala żadnej emocji wybrzmieć do końca, za to wywołuje w ciągu pięciu minut więcej emocji, niż jesteśmy w stanie przetworzyć.

Coraz więcej jest na świecie badań z alarmującymi wynikami: nasze mózgi nie ogarniają skutków scrollowania. Układ nerwowy, który potrzebuje zakończeń czynności i spraw, zaczyna funkcjonować w niekończącej się pętli. Nigdy nie odpoczywamy. Przestajemy rozróżniać, które emocje są nasze, a które cudze: neurony lustrzane robią robotę jak zawsze, a dawna funkcja katharsis, która towarzyszy literaturze i sztuce, zwłaszcza powieściom, umarła, bo nie ma ciągłości, jest tylko migotanie pociętego na mikrokawałeczki świata bez początków i końców, bez osi czasu, bez ładu i składu.

A mózg ten brak ładu i składu próbuje porządkować i układać: to gorzej niż stajnia Augiasza, to jak gmach opery wypełniony po dach najrozmaitszymi przydasiami, ciekawymi eksponatami i zapasami na jutro oraz masą śmieci. Mózg próbuje dokonać niemożliwego, uporządkować chaos przekraczający najbardziej bujną wyobraźnię, chaos w kształcie hydry, która mnoży się odrastając. I przegrywa. A raczej my przegrywamy: nasz czas, naszą energię, radość z życia, wewnętrzny spokój. I ciszę, w której możemy usłyszeć siebie, a nie tysiące ech cudzych, zgrabnie spreparowanych, nakręcających emocje opowieści.

DEON.PL POLECA



DEON.PL POLECA


Marta Łysek - dziennikarka i teolog, pisarka i blogerka. Twórczyni Maluczko - bloga ze Słowem, współautorka "Notesów duchowych", pomagających wejść w żywą relację z Ewangelią. Sporadycznie wykłada dziennikarstwo. Debiutowała w 2014 roku powieścią sensacyjną "Na uwięzi", a wśród jej książek jest też wydany w 2022 roku podlaski kryminał  "Ciało i krew". Na swoim Instagramie pomaga piszącym rozwijać warsztat. Tworzy autorski newsletter na kryzys - "Plasterki". Prywatnie żona i matka. Odpoczywa, chodząc po górach, robiąc zdjęcia i słuchając ciszy.  

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Spędziłam dwa miesiące z dala od social mediów. Zyskałam rzeczy, o których można tylko pomarzyć, scrollując
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.