Świat zachęca nas do wyrażania emocji. By je podeptać i wyśmiać bez cienia czułości

Fot. Swello / Unsplash, po prawej: Sturla Holm Lägreid / YT CNN

Jedną z fatalnych konsekwencji przebodźcowania ekranami jest coraz słabsze panowanie nad emocjami. I bardzo łatwo jest doprowadzić się do stanu, w którym stajemy się jednym wielkim, pulsującym uczuciem, a każda nasza łza i uśmiech musi mieć widownię, by zostać uznana. Stopniowo tracimy rozeznanie, które emocje są do przeżycia w intymności serca, a które powinny być wypowiedziane na głos, do kamery smartfona czy tej telewizyjnej. I nie jesteśmy gotowi na to, że naszą kruchość pokazaną światu ktoś celowo podepcze, wyszydzi i wykąpie w błocie obelg.

Najnowszym przykładem takiej historii jest młody norweski biathlonista Sturla Holm Lägreid. Choć nie śledzę na bieżąco zmagań z zimowej olimpiady, algorytmy wiedzą o mnie wystarczająco dużo, by niespodziewanie zalać mój feed scenami z biathlonu. Nie były to rolki pełne dynamicznych finiszów ani strzały oddawane w ciszy skupienia, tylko pełna napięcia twarz młodego medalisty, który zamiast cieszyć się swoim niewątpliwym sukcesem, przed kamerami zaczął mówić o czymś bardzo osobistym. O zdradzie. O żalu. O próbie ratowania relacji. Ta historia jest jednak warta, by - zwłaszcza u progu Wielkiego Postu - przyjrzeć się jej bliżej, bo w moim odczuciu staje się opowieścią o naszych współczesnych bolączkach.

DEON.PL POLECA

 

 

Lägreid zdobył brązowy medal olimpijski. Niestety viralem po tym wydarzeniu - nie bez jego udziału - stało się nie to, czego dokonał ciężką pracą i godzinami treningów, ale to, że przed kamerami wyznał: "Sześć miesięcy temu spotkałem miłość mojego życia (…) Trzy miesiące temu popełniłem mój największy błąd i zdradziłem ją". Jednocześnie przyznał, że mówi o tym, bo liczy, że dziewczyna doceni to wyznanie przed światem i do niego wróci (spoiler: dziewczyna, również za pośrednictwem mediów, miała odpowiedzieć, że "trudno wybaczyć") - tyle w odniesieniu do faktów. Mnie osobiście szczególnie poruszają w tej sprawie trzy wątki.

Każda emocja musi mieć widownię, najlepiej w sieci

Istnieją coraz lepiej udokumentowane badania naukowe, które pokazują, że jedną z fatalnych konsekwencji przebodźcowania naszych mózgów za sprawą wszechobecnych ekranów jest nasze generalnie coraz słabsze panowanie nad emocjami. Jak w soczewce widzą to nauczyciele w klasach i w przedszkolach, w których większość dzieci ma dziś problemy ze skupieniem i zarządzaniem swoją emocjonalnością, chociaż doskonale potrafi nazywać to, co czuje.

Świat social mediów i internetowych psycho-doradców wciąż i wciąż trąbi przecież, że mamy prawo odczuwać różne emocje i przy okazji uczy, jak je nazywać. W tej narracji najważniejszą rzeczą, jaką mają zrobić współcześni rodzice, jest nauczenie dziecka nazywania poszczególnych uczuć, a na miarę fundamentalnej wskazówki życiowej wyrasta ogólna zasada: broń Boże nie chowaj w sobie emocji, bo od tego choruje wątroba i można dostać raka - przepraszam za sarkazm i drastyczne uproszczenie! Próbuję jednak pokazać, że w świecie, w którym moralność brzmi jak kaseta magnetofonowa w erze streamingu (drodzy Czytelnicy zapewne rozumieją: sentyment dla nielicznych, bezużyteczna dla reszty świata), a nasze opinie i zachowania kształtuje Uniwersytet Wyrzutu Dopaminy, bardzo łatwo jest doprowadzić się do stanu, w którym stajemy się jednym, wielkim, pulsującym uczuciem, a każda nasza łza i uśmiech musi mieć widownię, by zostać uznana i przynieść satysfakcję naszemu wiecznie głodnemu JA.

Nie jesteśmy gotowi na to, że ktoś zdepcze naszą kruchość

W tym kontekście emocja coraz częściej staje się impulsem do działania tu i teraz, a nie zaproszeniem do jakiejkolwiek głębszej refleksji. Tak jakbyśmy stopniowo, ale systematycznie tracili zdolność rozeznawania: co jest jeszcze do przeżycia w intymności serca, co w rozmowie z kimś bliskim, a co rzeczywiście powinno zostać wypowiedziane na głos. O poczuciu wstydu już nawet nie wspominam... Kiedyś zdrada była tematem, który ukrywało się przed światem, dziś dla wielu przestała być powodem do - choćby - zakłopotania, wszak sławę i pieniądze najłatwiej zrobić wtedy, gdy o tobie mówią, nieważne jak.

Z drugiej strony jesteśmy uczeni, by te nasze emocje pielęgnować oraz wciąż i wciąż wyrażać, ale nie jesteśmy z równym eksperckim zapałem przygotowywani na to, iż otworzenie serca przed kamerami telewizji czy smartfona skutkuje zazwyczaj tym, że prędzej czy pójdzie znajdzie się ktoś, kto naszą ludzką kruchość i słabość celowo podepcze, wykąpie w błocie obelg, wyszydzi czy oceni. Nie inaczej jest i w tym przypadku. Już krążą memy, już "koledzy" z kadry szeroko komentują, a wyszukiwarka coraz wyżej pozycjonuje frazę "Sturla Holm Lägreid zdrada", a nie "ile medali zdobył Sturla Holm Lägreid". Mamy więc człowieka, który w chwili słabości (bo kto z nas wie, co nim naprawdę kierowało?) ku niewątpliwej uciesze speców od oglądalności otworzył się niczym w konfesjonale przed publicznością, przyznał do błędu i uzewnętrznił emocje, które powinny znaleźć ujście co najwyżej w zaufanym środowisku. Ta sama medialna maszynka, która na tego typu wyznaniach generuje konkretne dochody i w jakimś stopniu zachęca do podobnych zachowań, bez mrugnięcia cyfrowym okiem będzie teraz tę historię deptać, wykorzystywać i podsycać. Na pewno nie w celu zaleczenia ran i odkrycia uzdrawiającej mocy przebaczenia u którejkolwiek ze stron tego osobistego dramatu.

DEON.PL POLECA


Wielka miłość na trzy miesiące?

Trzeci wątek, który niechcący odsłania wyznanie norweskiego biathlonisty to dojmująco smutna rzeczywistość. Gdy się dłużej zastanowić nad "miłością życia zdradzoną po trzech miesiącach wspólnego bycia", można przecież dojść do wniosku, że to trochę smutna diagnoza współczesnych związków. Napompowanych emocjami o niebotycznym natężeniu, ale w gruncie rzeczy rachitycznych, nie zakorzenionych w trwalszych wartościach ani w wizji, która związkowi kobiety i mężczyzny nadaje głębszy sens niż tylko chwilowa przyjemność i doraźne lekarstwo na dyskomfort samotności.

Przyznam, że była to dla mnie smutna ironia, że w Międzynarodowym Tygodniu Małżeństwa, który praktycznie nie zaistniał w przestrzeni medialnej w Polsce, uwagę milionów Polaków przykuła zdrada i "historia" związku, który w kategoriach starszych pokoleń jest raczej "zalążkiem znajomości" niż opowieścią o wielkiej miłości. Potrzeba kochania i bycia kochanym jest jedną z fundamentalnych ludzkich potrzeb, tylko że coraz więcej ludzi myli miłość z uczuciem. Wierność i zaufanie, której każdy pragnie w związku, to przecież nie tylko stan, którego się doznaje, ale bardzo konkretna decyzja podejmowana dzień po dniu. Mamieni wizją i wzorami "szczęśliwych", co chwila rozwodzących się par, zaczynamy tracić moralny kompas - przecież to tylko zdrada, prawda? Przecież w życiu chodzi o to, by być szczęśliwym, czyż nie? A jak zrobiłem błąd, to przecież najłatwiej powiedzieć, że żałuję i już. Co się stało, to się nie odstanie, ale przecież mam gest, kupię jej pieska i wybaczy...

Jest tęsknota za prawdziwą miłością... i niechęć do wysiłku jej tworzenia

Oczywiście znowu upraszczam, ale z rozmów z młodymi ludźmi wyłania się raz po raz ten smutny obraz zagubienia, w której zdecydowana większość z nich ogromnie tęskni do bliskości i trwałych, mocnych więzi. Problem w tym, że gdy tylko słyszą, że udany związek to nie tylko przyjemności, ale zwykły, codzienny trud i wysiłek budowania relacji czasem wbrew temu, co świat przedstawia za normę, szybko tracą ochotę. I czekają na idealnego albo idealną, jak ten bot AI, z którym tak świetnie się godzinami konwersuje na czacie.

U progu Wielkiego Postu to smutne wyznanie norweskiego biathlonisty może stać się impulsem do przyjrzenia się własnemu sercu. Warto poświęcić czas i poobserwować własny stosunek do kruchości ludzkiego życia (swojego i innych), do pomyłek i błędów popełnionych w relacjach. Nie chodzi o ocenianie tego konkretnego, młodego sportowca, o którym przecież nic więcej tak naprawdę nie wiemy. Ale gdy znowu algorytm podsunie ci śmieszny mem, jak ten z kwiaciarni, która wykorzystała zdjęcie Sturla Holm Lägreida do reklamowania swoich bukietów w walentynki, zapytaj siebie: czy moja emocjonalność nie rani tych, którzy są najbliżej? Czy potrafię być czuła, czy potrafię być empatyczny wobec współmałżonka, wobec bliskich? Czy moją miłość buduję, wkładam w nią wysiłek i decyzję, czy traktuję ją jak coś tak oczywistego jak tlen? Bo może najważniejsze pytanie to nie "jak on mógł", tylko "czy ja rzeczywiście wierzę, że miłość to nie tylko uczucie, lecz także bardzo wymierne decyzje: odpowiedzialność, wierność i codzienny wybór". I czy potrafię wobec każdego praktykować takie miłosierdzie, jakiego doświadczam od Pana Boga.

Żona, mama, córka, z zawodu animatorka społeczności lokalnych, z zamiłowania doktorka nauk społecznych, w wolnych chwilach pisze bloga "Dobra Wnuczka" i prowadzi konto na Instagramie. Razem z mężem od lat zaangażowana w Ruch Spotkań Małżeńskich i wrocławską Wspólnotę Jednego Ducha. 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Świat zachęca nas do wyrażania emocji. By je podeptać i wyśmiać bez cienia czułości
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.