Co moje dzieci zapamiętają z wyborów? 

Fot. Depositphotos.com
dobrawnuczka.blog.deon.pl

Zaczęło się od tego, że Borys zapytał, co znaczy „debile”. Zapytał też o inne określenia, ale na tyle wulgarne, że nie będę ich tutaj przytaczać. Okazało się, że w klasie trwały zażarte spory zwolenników różnych partii. Sęk w tym, że dyskusje te nie tyle dotyczyły kwestii merytorycznych, co odzwierciedlały język i stan debaty politycznej w Polsce.

W miejsce argumentów, rzucanie obelgami. A im bardziej wymyślne i nasycone pogardą, tym lepiej. Krótko mówiąc – dzieci rozmawiały ze sobą językiem dorosłych. Niby żadne zaskoczenie, ale jednak smutne.

Polacy potrafią spokojnie rozmawiać o polityce? Tak!

Wybory w ostatnim miesiącu były dość często poruszanym tematem przy naszym rodzinnym stole. Można by nawet pokusić się o stwierdzenie, że wbrew stereotypom, Polacy potrafią o polityce rozmawiać w spokoju, z ciekawością i wzajemnym szacunkiem do siebie. Przynajmniej dopóki są dziećmi … Chociaż wymaga to – moim zdaniem – rodzicielskich działań w co najmniej dwóch obszarach. Po pierwsze, uznania, że dziecko słucha i słyszy, co frapuje rodziców, a następnie wzięcia odpowiedzialności za to, że edukacja obywatelska odbywa się przede wszystkim w domu, a nie w szkolnych murach. Więc, jeśli chcemy merytorycznych debat, spokojnych dyskusji i świadomych wyborców, to nikt dzieci lepiej od nas, rodziców, tego nie nauczy. Pytanie tylko, czy my, dorośli, potrafimy spojrzeć na własne zachowanie z dystansem i krytycznie.

„Rozumiecie, co znaczy słowo >kompromis

DEON.PL POLECA

Bolączki szkolnej demokracji

Dyskusje okołowyborcze z dziećmi zaczęły się u nas od uzyskania czynnego prawa wyborczego w wyborach do szkolnej rady uczniowskiej przez naszego najstarszego syna, Borysa. Od września co rusz przynosił nam wieści ze szkolnej kampanii wyborczej i dzielił się swoimi wątpliwościami. Kandydatów było trzech, niestety wszyscy wśród postulatów mieli obietnicę przeprowadzenia co najmniej 4 dyskotek w roku, co całkowicie dyskryminowało ich w oczach naszego Pierworodnego Problem ten pozwalał nam jednak wypłynąć na szerokie wody rozmów o wyzwaniach demokracji i o bolączkach współczesnych kampanii wyborczych. Ostatecznie nasz syn oddał głos na kolegę z szóstej klasy, rozsądnie argumentując, że on, czwartoklasista, łatwiej się dogada w swojej sprawie z kimś bliższym wiekowo, a poza tym ten wybór daje koledze szansę na „przeprowadzenie gruntownych reform w perspektywie więcej niż jednej kadencji”.
Jego postawa i poważne podejście do tematu spotkało się z różnymi reakcjami kolegów: od współdzielenia zaangażowania do wyśmiewania. My cieszyliśmy się z jego dojrzałego zachowania i skwapliwie wykorzystywaliśmy to wydarzenie, by podsycać w nim poczucie własnej wartości i świadomość wagi pojedynczego głosu. Do głosowania poszedł jako jeden z nielicznych ze swojej klasy.

Było nam łatwiej, bo... w domu nie mamy telewizora

Sami do dnia wyborów nie powiedzieliśmy własnym dzieciom na kogo będziemy głosować. Nie chcieliśmy, by dołączali swoje trzy grosze do klasowych przepychanek, papugując nasze poglądy i podsycając temperaturę sporów, nie mając jeszcze wystarczającej wiedzy, by zrozumieć skomplikowanie niektórych zagadnień. Wykorzystywaliśmy za to wszystkie ich pytania i wątpliwości, by uwrażliwiać na język toczonej dyskusji, niuanse związane z procesem wyborczym i wyzwania kampanii wyborczej. Było nam łatwiej, ponieważ w domu nie mamy tv, a popołudniami, gdy nasze życie toczy się w czterech ścianach, nie bzyczą nam ani internetowe, ani radiowe wiadomości. To odcięcie, pozwalało złapać dystans i skoncentrować się na tym, co i jak (!) rodzic mówi.

A my mówiliśmy im dużo o tym, dlaczego jesteśmy wdzięczni za życie w demokratycznym kraju, o wolności, która wiążę się z odpowiedzialnością i o konieczności uważnego słuchania i nieoceniania bliźnich, która jest podstawą wszelkiego dialogu. Widzieli też nas, jak przeglądamy ulotki wyborcze, słyszeli nasze komentarze do nich, obserwowali nasze osobiste dylematy związane z ustaleniem, na kogo zagłosować.

Co moje dzieci zapamiętają z wyborów?

Dzień przed wyborami parlamentarnymi Borys oznajmił, że gdyby on mógł głosować, to wybrałby kandydata X. Na pytanie dlaczego właśnie tego, stwierdził, że przemawiają do niego niemal wszystkie argumenty zawarte w ulotce, którą przeczytał. No, oprócz tego o dentystach w każdej szkole, ale trudno, jest w stanie przeboleć ten postulat Z kolei Nadia, uczennica pierwszej klasy, chciała zagłosować na pewnego pana, który (zupełnie przypadkowo) nosi dokładnie to samo nazwisko, co jej ulubiona nauczycielka w szkole. Nie muszę chyba dodawać, że były to zupełnie inne typy niż te, którym my, rodzice, ostatecznie zdecydowaliśmy się udzielić naszego poparcia.

Na ogół nasze dzieciaki bardzo doceniają sposób, w jaki tłumaczę im świat. Ale przyznam, że metoda d’Hondta mnie pokonała. Próba wyjaśnienia niuansów polskiej ordynacji wyborczej naszej ośmiolatce spełzła na niczym i Nadia po którymś z moich wykładów westchnęła z emfazą: „Czemu to życie jest takie skomplikowane?” i zostawiła temat w spokoju.

Ale nasz prawie-dziesięcioletni Pierworodny nie dawał zbyt łatwo za wygraną. W wyborczy weekend czułam ogromną dumę z nas, Polaków. Bo choć jestem przekonana, że pierwsze lekcje edukacji obywatelskiej i wychowania do dialogu odbywają się w zaciszu domowym, to nic tak nie działa na wyobraźnię małego człowieka jak egzamin. Ten zaś zdaliśmy jako społeczeństwo wszyscy – rekordowa frekwencja pokazała, że doceniamy ten przywilej, jakim jest prawo głosu i potrafimy się zaangażować. Jestem pewna, że w pamięci moich dzieci nie tyle zostanie wrzucanie karty wyborczej do urny, co rozpromieniona twarz rodziców, którzy, stojąc w kolejce na przenikliwym ziąbie, z entuzjazmem trajkotali: „Zobacz! Zobacz, ile ludzi! Coś wspaniałego!”.

Cieszyliśmy się też, że nasze dzieci są żywo zainteresowane tematem i że pracują w nich nasze nieustannie powtarzane komunikaty: „twój głos ma znaczenie”, „ludzie mają prawo myśleć inaczej niż ty”, „należy mieć własne zdanie i szanować zdanie bliźniego”, „inwektywy są złe”, „słuchaj i pytaj, bo masz prawo do wątpliwości” itd. itp. Szczęśliwie mają dopiero po kilka lat, jeszcze nie muszą rozumieć wszystkich zawiłości. Grunt, że chcą je zrozumieć i zaangażować się w świat, w którym funkcjonują.

---

Tekst ukazał się pierwotnie na blogu Agaty Rusek: dobrawnuczka.blog.deon.pl. Śródtytuły i redakcja tekstu pochodzi od redaktorów DEON.pl



Żona, mama, córka, z zawodu animatorka społeczności lokalnych, z zamiłowania doktorka nauk społecznych, w wolnych chwilach pisze bloga "Dobra Wnuczka" i prowadzi konto na Instagramie. Razem z mężem od lat zaangażowana w Ruch Spotkań Małżeńskich i wrocławską Wspólnotę Jednego Ducha. 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Co moje dzieci zapamiętają z wyborów? 
Komentarze (2)
BJ
Beata J
26 października 2023, 10:30
"W miejsce argumentów, rzucanie obelgami. A im bardziej wymyślne i nasycone pogardą, tym lepiej" - przecież właśnie takiej narracji przez ostatnie lata rządów uczy PiS, więc nie rozumiem zdziwienia...
JM
~Joanna Mic
27 października 2023, 10:28
Naprawdę? A straszenie pisowców zwolnieniem z pracy, więzieniem, Trybunałem Stanu PAD, "dożynaniem watahy", 'opiłowaniem katolików (...), żeby nie podnieśli głowy"?