Nie odkładajcie małżeńskiego szczęścia na potem

Nie odkładajcie małżeńskiego szczęścia na potem
(fot. shutterstock.com)

100% rozwodów zaczyna się od małżeństwa. A 100% małżeństw zaczyna się od przysięgania sobie miłości aż do grobowej deski. Czy tak wielu dziś rozwiedzionych traktowało ślub jak farsę, przygodę na jeden dzień? Nie sądzę. Wierzę, że łączyła ich szczera miłość i szczere pragnienie życia razem.

Co takiego więc dzieje się po drodze, że tyle małżeństw rezygnuje z siebie? Wyjdę od tego, co powiedział Franciszek: "Szczęście to nie aplikacja, którą można pobrać na telefon komórkowy: nawet najnowsza wersja nie pomoże wam stać się wolnymi i wspaniałymi w miłości". Bo szczęścia w relacji nie da się wgrać do swojego życia nawet za najwyższą wygraną w totka. Nie da się go po prostu raz zdobyć i mieć na zawsze, od czasu do czasu aktualizując. Ale do tego wrócę później.

Jedną z przyczyn, przez które związki się rozpadają, trafnie opisała Marta Brzezińska-Waleszczyk . Kolejny powód jest o tyle bardziej niebezpieczny, że działa jak trucizna wykrzywiająca nasze spojrzenie na małżeństwo i miłość w ogóle. Zaczynamy widzieć siebie wzajemnie jakby w krzywym zwierciadle. Posłuchajcie celebrytów, swoich znajomych, a może nawet samych siebie. Ci wszyscy, którzy już podpisali papiery rozwodowe albo zamierzają to zrobić, nader często mówią: "to nie było to"; "szukamy swojego szczęścia"; "nie pasujemy do siebie". Posłuchajcie też tych, którzy dopiero przygotowują się do małżeństwa: "modlę się o tego jedynego"; "jedziemy na rekolekcje, żeby sprawdzić, czy do siebie pasujemy"; "czekam na swoją drugą połówkę". I tak dalej. Na co chorują jedni i drudzy? Na wizje miłości romantycznej rodem z mitologii greckiej. Znacie ten mit, w którym Zeus przeciął na połowę każdego człowieka, by ten poszukiwał swojej zaginionej części, aby poczuć spełnienie? No właśnie. Więc jak się coś nie układa, kiedy człowiek zderzy się po ślubie z rzeczywistością i pogrąży w rozczarowaniu drugą osobą, to naturalnie zrzuca odpowiedzialność za owe niedopasowanie na Zeusa. I wyrusza w niekończącą się podróż w poszukiwaniu swojej drugiej połówki.

Zwrócił na to uwagę sam papież Franciszek w najnowszej adhortacji Amoris Laetitia: "problem rodzi się wówczas, gdy żądamy, aby relacje były idylliczne, czy też aby ludzie byli doskonali (…)" [92]. W pierwszym odruchu każdy z nas wydeklamuje niczym wiersz na apelu szkolnym, że kocha się nie za coś, ale pomimo czegoś. A potem kończy się miesiąc miodowy, a my wytaczamy działa z powodu porozrzucanych skarpet. Nie umiemy odpuścić, błahe sprawy nabierają gigantycznego znaczenia. I toczymy jedną wojnę za drugą. Bo gdzieś tam głęboko w sercu trawi nas trutka mitu Zeusa i buduje oczekiwania nie do przeskoczenia.

I znowu Franciszek powie: "niczemu dobremu nie służą pewne fantazje o miłości idyllicznej i doskonałej, pozbawionej przez to jakichkolwiek bodźców do rozwoju. Niebiańska idea miłości ziemskiej zapomina, że najlepsze jest to, co jeszcze nie zostało osiągnięte, wino dojrzewające w miarę upływu czasu" [135]. Ale zaraz, zaraz, jak to - najlepsze dopiero przed nami? Przecież tyle się słyszy, że wraz z podpisaniem lakmusowego papierka miłość pęka jak bańka mydlana i zaczyna się szara rzeczywistość. Wolność, kojarzoną z nieskrępowaną radością, żegna się suto zakrapianym wieczorem kawalerskim, pannie młodej wręcza się w prezencie (dla żartu oczywiście) kajdanki z napisem "to już jest koniec", no i troskliwa ciocia szepnie do ucha przy okazji składania ślubnych życzeń, że z dziećmi to nie warto się spieszyć, bo potem to już mogiła życia erotycznego i równia pochyła małżeńskiej przyjaźni. Przygnębiające, nieprawdaż?

Mam dla Was dobrą, ba, wspaniałą wiadomość! Wbrew czarnym chmurom roztaczanym nad instytucją małżeńską, że to tylko formalność, że gasi żar namiętności, wbrew statystykom o coraz większej liczbie rozwodów, pragnę zapewnić Was, że nie ma pełniejszej miłości tu na ziemi niż właśnie ta, która rodzi się i wzrasta w małżeństwie. Zdaniem papieża musi istnieć jakiś powód tego, że miłość bez przyjemności i namiętności nie wystarcza. Franciszek przypomina o mistykach, którzy stwierdzali, że miłość nadprzyrodzona i miłość niebiańska odnajdują się właśnie w miłości małżeńskiej, w jej totalności [por. 142].

"Szczęście to nie aplikacja, którą można pobrać na telefon…", bo szczęście ze swej natury jest dynamiczne i kosztuje, to fakt, ale naszą uwagę, czas, rezygnację z egoizmu, wysiłek, jaki wkładamy w dialog, w bliskość, w podtrzymywanie żaru, bo "ten, kto kocha, jest zdolny, by powiedzieć słowa otuchy, które koją, umacniają, dają pociechę, które pobudzają" [100].

Szczęście to nic innego jak wybór. Budzę się rano po nieprzespanej nocy, bo dziecko miało kolkę, z głową pełną rzeczy, które miałam zrobić na wczoraj, i podejmuję decyzję, czy mimo to uśmiechnę się do męża, obdaruję go ciepłym słowem, czy jednak nasz dzień zdominują moje emocje. I nie jest to łatwe zadanie. Ileż razy, kiedy chodziłam po domu jak trąba powietrzna, a mój mąż wypalał z radosnym happiness is a choice, miałam ochotę go zmieść z powierzchni ziemi.

Szczęście to owoc naszej pracy. "Dlatego gesty, które wyrażają miłość, muszą być stale pielęgnowane, bez małostkowości, pełne słów wielkodusznych. (…) Właściwe słowa, wypowiedziane w odpowiednim czasie, chronią i pokrzepiają miłość dzień po dniu" [133].

Wzajemne docenienie i podziw to klucz do szczęścia małżeńskiego. Papież przypomina, że trzeba w sobie rozwijać nawyk nadawania drugiej osobie rzeczywistej ważności [por. 138]. Bo facetom wydaje się, że jak już na ślubnym kobiercu powiedzieli jasno i wyraźnie, przy całej świcie rodziny i przyjaciół, że kochają na zabój tę oto kobietę, to sprawa jest jasna i nie trzeba deklaracji ponawiać. Panowie, trzeba! Mark Gungor (pastor i mąż) kapitalnie ujął to w kilku słowach: "Zamierzam wam powiedzieć czego naprawdę pragną kobiety. Jest to chwila tym bardziej doniosła, że większość kobiet nie wie, czego same chcą. Czują wewnętrzną tęsknotę (…). Zazwyczaj nie wiedzą, jak to ubrać w słowa, ale to uczucie trawi je od środka. (…) Czego więc pragnie kobieta? Jaka tęsknota drzemie na samym dnie jej serca? ONA CHCE BYĆ WYBRANA. (…) Mężczyzna, który to rozumie, trzyma w ręku klucz do kobiecego serca. Miłość nie wystarczy. Ona musi czuć się wybrana, jedyna. Wybierz ją".

Podobnie rzecz się ma z nami, kobietami. Ponieważ same jesteśmy zdolne do poświęceń, do bezinteresownych gestów, ponieważ mamy szósty zmysł i potrafimy domyślić się, czego pragnie nasz mąż, dziecko lub sąsiadka, bywa, że podobną miarą mierzymy mężczyzn i w związku z tym nasza wdzięczność jest obwarowana wysokimi wymaganiami. Tymczasem nic tak dobrze nie wpływa na męskie ego, nic tak nie pobudza go do działania jak docenienie za choćby najmniejszą rzecz.

"Miłość rozwija się przez większą liczbę i częstsze akty miłości, bardziej intensywne, bardziej hojne, bardziej delikatne i radośniejsze" [134], bez względu na dzieci, na pracę, na warunki mieszkaniowe. Jasne, że kiedy mieszka się w kawalerce z dwójką maluchów, to do podsycania tej miłości trzeba włożyć więcej wysiłku i kreatywności, ale nie jest to niemożliwe. Byłam ostatnio ze swoim mężem i dwójką dzieciaków (3 miesiące i 20 miesięcy) nad morzem, taka majówka przed majówką. Z podekscytowania moje oczekiwania sięgnęły zenitu. Oczami wyobraźni widziałam nas na plaży przy zachodzącym słońcu, dzieci zajmujące się same sobą dwa tysiące  metrów dalej, wieczory przeleżane w wielkim, wygodnym łóżku i obejrzane co najmniej trzy dobre filmy. Już czułam unoszącą się w powietrzu miłość. A tak się złożyło, że zamieszkaliśmy na 14 metrach kwadratowych z dwoma pojedynczymi łóżkami (jak stwierdził mój mąż: "dla małżeństw z problemami"), pierwszej nocy nasza córa obudziła się o 3:30 nad ranem, na zewnątrz było tak zimno, że dzieciaki dostały kataru, a mimo połączenia dwóch łóżek dzieliła nas przestrzeń zwana dziurą. Mogliśmy stwierdzić, że to będą jedne z gorszych wakacji i zrezygnować z naszych pragnień. Ale szczęście to wybór, więc romantyczne wieczory organizowaliśmy sobie na podłodze w łazience przy świetle nocnej lampki. Pizza konsumowana przy muszli klozetowej smakowała wybornie, a ten wypad długo będziemy wspominać z uśmiechem i łezką w oku.

Chcę przez to powiedzieć, że odkładanie małżeńskiego szczęścia na potem, kiedy przyjdzie kasa, kiedy wrócimy z emigracji, kiedy stać nas będzie na własne M4 albo kiedy dzieci podrosną, to ryzykowanie, że "potem" może być już za późno. "Dziś" jest szansą. Wykorzystaj ją. Wybierz szczęście.

Natalia Białobrzeska - żona i mama, szczęśliwa kura domowa

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Nie odkładajcie małżeńskiego szczęścia na potem
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.