Przejrzał i zyskał nowe życie. Jedna z najbardziej wzruszających scen Ewangelii
Ewangelia o uzdrowieniu niewidomego od urodzenia jest jedną z najbardziej dojmujących scen w Nowym Testamencie. Często czytamy te teksty tak pobożnie i gładko, jakby to była miła bajka o tym, że Jezus zrobił coś dobrego i wszyscy byli szczęśliwi. Ale tam jest trzęsienie ziemi! Wyobraźmy sobie człowieka, który od pierwszej sekundy swojego istnienia nie znał koloru nieba, nie wiedział, jak wygląda twarz matki, nie miał pojęcia, czym jest cień. Żył w świecie dźwięków, zapachów i dotyku, który był dla niego kompletnym wszechświatem. I nagle, w jednej chwili, ten wszechświat zostaje zburzony. Jezus nie tyle naprawia mu wzrok, co stwarza go na nowo. To nie jest wizyta u okulisty i dobranie mocniejszych szkieł. To jest całkowity reset systemu. Ten człowiek musi nauczyć się świata od zera. Musi zrozumieć, że to, co czuje pod stopami, to ziemia, którą teraz widzi, a to, co szumi nad głową, to zielone liście. To jest nauka chodzenia w zupełnie nowej rzeczywistości, która jest fascynująca, ale i przerażająca.
Wielki Post to nie czas na kosmetykę duszy. Nie chodzi tylko o to, żebyśmy sobie trochę przetarli oczy, żeby widzieć nieco wyraźniej nasze codzienne błędy. Chodzi o coś znacznie głębszego. Chodzi o to, żebyśmy w końcu przyznali przed sobą i przed Bogiem: „Ja nie widzę. Ja naprawdę trwam w ciemności”. To jest ten najtrudniejszy moment. Bo bardzo chcemy wierzyć w to, że mamy świetny wzrok. Wydaje nam się, że doskonale wiemy, kto jest naszym wrogiem, kto ma rację w polityce, jak powinno wyglądać życie naszych dzieci i co jest dla nas dobre. A liturgia słowa zdaje się nam mówić: „Guzik widzisz”. Dopóki nie uznam, że jestem niewidomy od urodzenia – od urodzenia w grzechu, w schematach, w lękach – Jezus nie będzie mógł nałożyć mi błota na oczy. Bo do tego trzeba gigantycznej pokory. Trzeba pozwolić Bogu, żeby podszedł blisko, żeby splunął na ziemię i żeby dotknął mnie czymś tak zwyczajnym i… upokarzającym jak błoto: „To powiedziawszy, splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego, i rzekł do niego: «Idź, obmyj się w sadzawce Siloam» – co się tłumaczy: Posłany. On więc odszedł, obmył się i wrócił, widząc” (J 9,6-7).
Jezus używa materii świata, żeby nas uzdrowić. Mówi nam, że nasze uzdrowienie przychodzi przez to, co w nas ziemskie, brudne i słabe. Niekiedy myślimy, że spotkanie z Bogiem musi być sterylne, duchowe i odklejone od ziemi. A Jezus bierze ziemię i ślinę. Bierze naszą codzienność, nasz pot, nasze zmęczenie i z tego robi lekarstwo. Ale żeby to „zadziałało”, ten człowiek musiał iść przez miasto z błotem na powiekach. Wyobrażam sobie te spojrzenia. Ludzie musieli się z niego śmiać albo odsuwać z obrzydzeniem. To jest właśnie to ryzyko wiary – zgoda na to, że proces odzyskiwania wzroku może boleć, może nas wystawić na śmieszność. Bo nawrócenie to nie jest tylko wewnętrzne „poczucie się lepiej”. To konkretna zmiana sposobu patrzenia, która sprawia, że zaczynam widzieć świat zupełnie inaczej niż wszyscy dookoła.
Pierwsze czytanie mówi nam o tym konflikcie między ludzkim a Boskim patrzeniem. Samuel idzie namaścić nowego króla. Widzi Eliaba, silnego, przystojnego mężczyznę, i myśli: „To ten!”. Logiczne, prawda? Król musi być reprezentacyjny. Ale Bóg mówi mu coś, co powinno być wyryte w sercu każdego z nas: „Nie zważaj ani na jego wygląd, ani na wysoki wzrost, gdyż odsunąłem go, nie tak bowiem, jak człowiek widzi, widzi Bóg, bo człowiek widzi to, co dostępne dla oczu, a Pan widzi serce” (1 Sm 16,7). My natomiast często oceniamy ludzi po tym, jak się ubierają, jak mówią, jakie mają wykształcenie. A Bóg widzi to, czego my nie dostrzegamy. Dawid, ten najmłodszy, który pasł owce i o którym nikt nie myślał w kategoriach wielkości, okazuje się być tym, którego Bóg wybrał. To jest lekcja na Wielki Post: przestać ufać tylko temu, co widzi się na powierzchni, a zacząć prosić o wzrok serca.
Otrzymanie wzroku przez niewidomego z Ewangelii to nie był hollywoodzki happy end. To był początek jego samotności. Widzi na oczy, ale nikt się z tego nie cieszy. Sąsiedzi plotkują, faryzeusze go przesłuchują, a rodzice... w pewnym sensie się go wypierają ze strachu przed wykluczeniem. Nagle stracił wszystko, co znał. Stracił swoją rolę „biednego żebraka”, którą wszyscy akceptowali. Jako niewidomy miał swoje miejsce w społeczeństwie, a jako widzący stał się problemem – żywym dowodem na to, że Jezus ma moc, której instytucja nie potrafi kontrolować. I to jest moment jego „umierania”. Ten człowiek umarł dla starego życia. Musiał pożegnać się z bezpieczną ciemnością i wejść w trudne światło. Wolimy naszą ciemność, bo ona jest przewidywalna. Wiemy, jak się w niej poruszać, żeby się nie przewrócić. Światło Jezusa odsłania prawdę, która bywa bolesna. Odsłania zaniedbania, kłamstwa i udawanie: „Niegdyś byliście ciemnością, lecz teraz jesteście światłością w Panu: postępujcie jak dzieci światłości. Owocem bowiem światłości jest wszelka prawość i sprawiedliwość, i prawda” (Ef 5,8-9).
Bycie dzieckiem światłości to nie jest chodzenie z aureolą nad głową, lecz życie w prawdzie, nawet jeśli ta prawda kosztuje nas relacje z ludźmi, którzy wolą mrok. Niewidomy z Ewangelii wykazał się niesamowitą odwagą. Nie rozumiał wszystkiego, stwierdzał jedynie prosty fakt: „Człowiek, zwany Jezusem, uczynił błoto (…)” (J 9,11). Trzymał się doświadczenia. Wielki Post ma być czasem powrotu do faktów w naszej relacji z Bogiem. Czy ja rzeczywiście pozwalam Mu się prowadzić? Czy ufam Mu jak pasterzowi? „Pan jest moim pasterzem, niczego mi nie braknie, pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach. Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć, orzeźwia moją duszę. Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach przez wzgląd na swoją chwałę” (Ps 23,1-3). Zaufanie jest kluczem. Niewidomy musiał zaufać Jezusowi, gdy ten kładł mu błoto na oczy. Musiał zaufać, idąc do Siloam. Musiał w końcu zaufać, gdy wyrzucono go z synagogi.
Dobrze by było, gdybyśmy zaczęli myśleć o Wielkim Poście jako o umieraniu dla wszystkiego, co nie jest Chrystusem. To ma być czas, w którym stare „ja” – to, które ciągle ślizga się po powierzchni życia – musi zginąć. Narodzić się na nowo – to jest cel naszej drogi do Wielkanocy. Żebyśmy w noc Zmartwychwstania nie tylko zaśpiewali radosne „Alleluja”, ale żebyśmy sami byli zmartwychwstali. Żebyśmy zobaczyli życie swoje i bliskich w zupełnie nowym świetle. To nie ma być korekta wzroku. To ma być nowe życie. Może to wszystko brzmieć radykalnie i trochę przerażająco. Spójrzmy jednak jeszcze raz na tego człowieka z Ewangelii. Jezus znajduje go po tym, jak go wyrzucono. Jezus nigdy nie zostawia nas samych w procesie odzyskiwania wzroku. On jest Pasterzem. Nie bójmy się więc umierania dla mroku.
Mateusz Tarczyński
Skomentuj artykuł