Życie duchowe w czasie epidemii

Życie duchowe w czasie epidemii
(fot. Duszpasterstwo Akademickie DĄB / facebook.com)

Różne szokujące wydarzenia z naszego życia wyciągają z nas coś, co było, a czego sobie nie uświadamialiśmy. My jesteśmy w tej sytuacji granicznej, że zostaliśmy pozbawieniu możliwości przeżywania wiary, ekspresji wiary w sposób, jaki znamy. I w tej sytuacji różnie na to reagujemy.

Jest już maj. Jak to się stało, że jest już maj i możemy śpiewać „Chwalcie łąki umajone”? Nie wiem, jak was, ale mnie wiosna w tym roku trochę zaskoczyła, w takim sensie, że przez tę kwarantannę i ten czas izolacji już jest maj. Zaraz będzie czerwiec i wakacje.

Chciałbym dzisiaj powiedzieć troszkę o duchowości. Pozwólcie na dwa słowa wstępu. Ta konferencja zrodziła się przede wszystkim z potrzeby w naszym duszpasterstwie akademickim, żeby trochę stworzyć jakiejś treści, które pomogą nam przeżywać głębiej czas, który mamy teraz. Dobrze, byśmy sobie trochę przypomnieli, a może nawet poszli dalej w zrozumieniu tego, co Pan Bóg czyni. Ta konferencja jest o życiu duchowym w czasach pandemii.

Życie duchowe w czasie pandemii nie różni się od normalnego

Pierwsze założenie: życie duchowe w czasie pandemii nie jest innym życiem duchowym niż normalnie. Chciałbym to założenie zrobić na początku. Pandemia jest jakąś sytuacją graniczną, kiedy doświadczamy zaburzenia sposobu funkcjonowania w naszej codzienności, kiedy możemy doświadczać zagrożenia życia, poczucia zagrożenia. Ta sytuacja ma taką tendencję – i inne podobne sytuacje graniczne – żeby konfrontować jakieś trudne sytuacje, które były w naszym życiu, ale z którymi nie mieliśmy kontaktu. Różne szokujące wydarzenia z naszego życia wyciągają z nas coś, co było, a czego sobie nie uświadamialiśmy. My jesteśmy w tej sytuacji granicznej, że zostaliśmy pozbawieniu możliwości przeżywania wiary, ekspresji wiary w sposób, jaki znamy. I w tej sytuacji różnie na to reagujemy, zależy, jakimi ludźmi jesteśmy. Dalej prowadzimy życie duchowe i ono się nie zmienia, ale zmienia się sposób, w jaki zaczynamy przeżywać tę sytuację. Nagle ono objawia coś więcej.

Zanim przejdę do sedna, to muszę zrobić dłuższy wstęp zatytułowany „Jak działa człowiek, jak działa życie duchowe”. Zastanawiałem się, czy to powiedzieć, ale często tego doświadczam, że gdy głoszę konferencję, ludzie różnie reagują. Możecie doświadczać w trakcie słuchania, że to, co będę mówił, będzie was wkurzać, że nie będziecie się z tym zgadzać lub w niezrozumiały dla was sposób coś was wzburzy lub poruszy. To są bardzo ważne momenty w czasie konferencji i warto sobie je zapisać, do nich wrócić, niekoniecznie wylewać od razu na mnie wiadro pomyj. Chciałbym od razu przyjąć taką rolę, że można się z tym totalnie nie zgadzać. Ja się nie obrażę.

Mamy uczucia, mamy potrzeby, mamy ciało – mało tego – mamy duszę! I te wszystkie rzeczy są zaangażowane w nasze życie duchowe.

Jak działa człowiek? Jest istotą bardzo złożoną i ma nie tylko mózg. To może być szokujące dla niektórych z nas, że mamy coś więcej. Mamy uczucia, mamy potrzeby, mamy ciało – mało tego – mamy duszę! I te wszystkie rzeczy są zaangażowane w nasze życie duchowe. Te rzeczy są częścią naszego życia duchowego. To, z czym się spotykam przede wszystkim, to mocne przeintelektualizowanie wiary – ciągłe myślenie, głowa, studia teologiczne – albo „przerytualizowanie” wiary. Nie tylko takie świadome chodzenie do kościoła, ale też bierne, tzw. chrześcijaństwo kultyczne. O tych dwóch rzeczach będę dzisiaj mówił.

Bóg komunikuje się z nami przez uczucia

Jest sfera w naszym życiu, która też potrzebuje być zaangażowana w przeżywanie z Bogiem, to są nasze uczucia – świat naszych uczuć. Spotykam się z takim podejściem, że „uczucia są podejrzane”. „Pan Bóg to nie dezodorant, nie trzeba Go czuć, lepsze jest rozmyślanie”. Nawet w formacji zakonnej tak się często nazywa modlitwę osobistą – rozmyślanie. Rozmyślam na temat różnych prawd teologicznych, rozmyślam o Panu Bogu. Myślenie. A prawdą jest, że świat naszych uczuć jest dużym wyzwaniem dla nas. Dlaczego? Bo jest dynamiczny, zmienny i nietrwały, taki po prostu jest. W naszej drodze do Boga nie możemy sobie amputować części naszego serca i w ten sposób wejść w głębszy kontakt z Bogiem. Jeżeli ignorujemy tak ważny element naszego człowieczeństwa, jakim są emocje i uczucia, to pozbawione tego elementarnego wymiaru człowieczeństwo jest niepełne, niepozostające w zgodzie z Bożym planem. Dlaczego? Bo Bóg nas stworzył emocjonalnymi i mamy uczucia.

Uczucia są też tym narzędziem, którym Pan Bóg się z nami komunikuje. On nie zsyła nam tylko myśli, ale też uczucia. Mało tego, Pan Bóg komunikuje się z nami przez nasze pragnienia i potrzeby, przez nasze ciało, przez nasz umysł. Całe człowieczeństwo, wszystko to, czym jesteśmy, jest powołane do tego, żeby być w relacji i w komunikacji z Panem Bogiem. Dlatego pierwszą zasadą życia duchowego jest: poznaj samego siebie. Nie da się inaczej. Żeby powołać się na mądrzejszych ode mnie, ojcowie Kościoła mówili, że: nie ma innej drogi do spotkania z Bogiem niż przez własne serce. Nie ma. Oni są bardzo kategoryczni. Ewagriusz z Pontu, ojciec pustyni, mówi, że „jeśli chcesz poznać Boga, musisz poznać samego siebie”. A Klemens Aleksandryjski dodaje „najważniejszym ze wszystkich poznaniem jest więc, jak się zdaje, poznanie samego siebie. Gdyż jeśli ktoś pozna samego siebie, pozna Boga”.

Droga poznania siebie to jest droga, do której zapraszają i o której mówią wszyscy mistycy i ojcowie duchowości: św. Ignacy z Loyoli, św. Teresa od Jezusa, Jan od Krzyża, Mistrz Eckhart, Tomasz Merton… Oni wszyscy mówią o tym, że poznanie siebie jest pierwszym i najważniejszym krokiem życia duchowego. Jak działasz? Proste pytanie. W jaki sposób funkcjonujesz, jaki masz temperament i sposób reagowania? To wszystko Pan Bóg bierze pod uwagę, kiedy się z tobą komunikuje. On cię zna lepiej niż ty samego siebie. Zna to wszystko i wie, w jaki sposób do ciebie mówić.

Chciałbym posłużyć się dwoma obrazami. Pierwszy to obraz, który mówi o człowieku za pomocą metafory powozu. Powóz składa się z następujących elementów: mamy strukturę powozu, mamy woźnicę, mamy pasażera i mamy konie. To jest cały człowiek. Poszczególne jego elementy to: woźnica jest rozumem ludzkim, struktura powozu jest ciałem, konie to cała emocjonalna część człowieka wraz z jego potrzebami, a pasażerem jest dusza. I cały myk polega na tym, że to dusza wie, dokąd jechać. To dusza wie, jaki jest cel podróży. Dużo zależy od woźnicy, kierunek jazdy, tempo jazdy, czy się będą zatrzymywać na postój. On ma ogromną władzę nad całą konstrukcją, ale nie wie, dokąd jechać. Musi wejść w kontakt z tym, co jest duchowe. A czym jest dusza w nas?

Tutaj posłużę się drugim obrazem. Anthony de Mello mówi, że to, co duchowe, jest bez zapachu, bez smaku i bez koloru. Nie dlatego, że tych zapachów i smaków nie ma, ale dlatego, że nasze zmysły, czyli to, czym próbujemy obrobić dane, które otrzymujemy ze świata, nasze uczucia czy nasz rozum, nie są w stanie wyłapać tego, co duchowe bezpośrednio. To tak, jakbyśmy próbowali usłyszeć kolory. To, co duchowe ma trochę inną naturę. Nie poznamy tego w sposób bezpośredni i czysty, bo to, co w nas duchowe, komunikuje poprzez to, co w nas cielesne: przez rozum, uczucia, pragnienia czy wolę. Dlatego bardzo potrzebujemy dobrze je znać i rozumieć. Wyobraźcie sobie wielkie, rozłożone płótno z różnymi obszarami. Jest obszar zatytułowany „Rozum”, obszar „Uczucia”, są też „Pragnienia”, „Potrzeby” i tak dalej. To, co duchowe, jest jak człowiek, który stoi za płótnem i je naciska. Czasem naciska w obszarze „Rozumu”, czasem „Uczuć”, innym razem „Pamięci”. Ta osoba za płótnem jest rzeczywistością duchową, która oddziałuje na nas, choć wchodzimy w kontakt z tym, co dla nas cielesne. Dlatego św. Ignacy z Loyoli i inni nauczyciele duchowości mówią o tym, że doświadczenie psychiczne, cielesne, fizyczne jest częścią życia duchowego, bo jest z naszym życiem duchowym nierozerwalnie związane.

Potrzebujemy rozeznawania

Teraz będzie coś bardzo ważnego, proszę się na tym skupić i posłuchać: potrzebujemy nauczyć się rozeznawać nasze stany psychiczne. Jaka jest ich przyczyna? Skąd pochodzą? Czy jest ona duchowa? Czy jest cielesna? A jeżeli jest duchowa, to czy pochodzi od dobrego, czy od złego ducha? Czy jest zaproszeniem do dobra, czy jest pokusą? Dlaczego musimy to rozeznawać? Dlatego, że Pismo Święte uczy nas, że nieprzyjaciel lubi się podszywać pod anioła światłości [2 Kor 11,14], czyli udawać kogoś, kim nie jest. Siostra Bogna Młynarz mówi, że nie każdy gołąb to Duch Święty. Nie każda dobra myśl w mojej głowie, nie każde poczucie czy pozytywny stan we mnie pochodzą od Pana Boga. Nie wszystko złoto, co się świeci. Potrzebujemy rozeznawać. To, że ktoś ma „dr” przed nazwiskiem, nie oznacza, że jest mądrym człowiekiem. To, że ktoś jest wyświęcony, jest osobą konsekrowaną – to też nie oznacza, że jest świętym człowiekiem. A my mamy bardzo prosty sposób myślenia, że jak coś powiedział ksiądz albo biskup, to musi być prawda.

Nie rozeznajemy! Na tym polega największy dramat życia duchowego, że nie rozeznajemy tego, co się w nas dzieje. Przyjmujemy wszystko jak leci. Często mamy ludzi, którzy usłyszeli od dziesięciu różnych osób o dziesięciu skutecznych modlitwach i teraz są tymi modlitwami pochłonięci. Przyjedzie potem taki człowiek na rekolekcje ignacjańskie i mówi, że ma tyle modlitw, że nie ma czasu na medytację ignacjańską. Nie ma czasu na czytanie Pisma Świętego i rozmyślanie, jaki jest sens Słowa Bożego w jego życiu, bo musi odmówić szereg modlitw – dobrych, szczerych i pobożnych modlitw. Co za paradoks: nie może się modlić, bo musi się modlić. Nie chcę powiedzieć, że różaniec, nowenna czy koronka to jest coś złego. Absolutnie nie! To są dobre, chwalebne rzeczy, ale trzeba rozeznawać, co, jak i ile. Święty Ignacy mówi, że nie da się wszystkich prowadzić do Boga tą samą drogą. Nie da się wszystkich różańcem, nie da się koronką czy medytacją ignacjańską. Trzeba rozeznawać.

Nie rozeznajemy! Na tym polega największy dramat życia duchowego, że nie rozeznajemy tego, co się w nas dzieje.

Żal za grzechy, smutek z powodu grzechów to nie jest coś przyjemnego, ale dla Ignacego to jest oznaka działania Pana Boga, pocieszenie duchowe. I w drugą stronę: nie każda radość, którą mam w swoim życiu czy podczas modlitwy, nie każdy dobry pomysł czy inspiracja pochodzi od Pana Boga. Dla Ignacego to może być fałszywe pocieszenie, iluzja. Św. Ignacy miał takie doświadczenie w swoim życiu, że rozeznał, że jest Bożą wolą, by wrócił na studia, ale jak studiował, siadał do książek, to miał nagle mnóstwo pobożnych myśli, inspiracji. Nie mógł się uczyć, bo musiał się modlić i przez to nie mógł studiować. Zobaczył, że ta pobożność była pokusą. To była bardzo pobożna, wspaniała, wzniosła, ale pokusa od nieprzyjaciela, który udaje dobrego ducha, anioła światłości. Inny przykład: smutek z powodu utraty kogoś, kogo kochaliśmy, to jest dobre i potrzebne uczucie żałoby, przeżycia straty kogoś bliskiego. Dobre samopoczucie jeszcze nie oznacza, że wszystko w moim życiu duchowym jest okej. Potrzebujemy odróżniać Boży spokój od świętego spokoju, Boży pokój od „świętego” pokoju. Mamy „Boży pokój” i „święty spokój”. To znakomicie oddaje niełatwą przecież naturę rozeznawania duchowego. To, że coś jest „święte”, nie oznacza jeszcze, że jest „Boże”.

Pobożność faryzeuszy i Jezus wywrotowiec

Przykładem takiej pobożności są faryzeusze. W Ewangelii mamy dwa modele pobożności: faryzejską i Jezusową. Jest wiele cech tej pierwszej, ale jedna z głównych polega na przestrzeganiu przepisów prawa, zasad i norm. Przestrzegam zasady, to jestem okej. Mam spokój, bo przestrzegam norm, których zawsze przestrzegałem. „Zawsze tak było”, zawsze tak postępowałem i mam święty spokój. Szukam tego spokoju, a nowinki mi się nie podobają – wszystko ma być tak jak było. Takie myślenie jest w kategoriach „prawo przed człowiekiem”. Badania pokazały, że ten rodzaj pobożności jest mocno oparty na lęku. Ten lęk nie musi być wcale odczuwany, on może być ukryty i wpływać na mnie, gdy ja nie mam z nim kontaktu. To, z czym mam kontakt, jest bliżej nieokreślonym poczuciem bycia w porządku, takim wewnętrznym spokojem. Jak go nie mam, to wracam do rzeczy, które mi ten święty spokój dawały.

Ale taki rodzaj pobożności, który opiera się mocno na lęku, ma tendencję do generowania religijnych nerwic. Nerwica to jest zaburzenie, które polega na tym, że jeśli coś zrobię, to mam spokój, bo rozładowałem pewne napięcie psychiczne. Obniżam poziom lęku w moim życiu przez wykonanie czynności, które dają poczucie kontroli. W sytuacji, w której cała nasza religijność jest oparta na rytuałach, mogę nie mieć zdiagnozowanej nerwicy, ale wykazuję coś na kształt zachowań kompulsywnych czy neurotycznych, a moja religijność może być zbudowana na czymś zewnętrznym. Czasem na dobrych rzeczach, ale jestem do nich przywiązany na sposób, który jest niezdrowy.

W ostatnim czasie mocno ograniczono dostęp do Eucharystii czy spowiedzi świętej. Nagle zostaliśmy z taką ogromną pustką i pytaniem: co teraz z nią zrobić? Czy to, że sobie obejrzę mszę na Pogłębiarce czy stronie sanktuarium, to zadziała tak, jakbym był na normalnej mszy świętej? To nie jest do końca to samo, ale Kościół uczy, że tym, co jest istotne, nie jest rytuał, lecz łaska. Sens rytuałów jest w łasce. Przyjmujemy komunię świętą, chodzimy do kościoła na mszę świętą, odmawiamy różne nowenny po to, żeby tej łaski było więcej w naszym życiu, żebyśmy się na nią otwierali. Musimy pozbyć się mentalności, że modlitwa, to waluta, którą Panu Bogu płacimy za łaskę, a zrozumieć, że modlitwa jest narzędziem do czerpania łaski w naszym życiu. Czerpię łaskę, otwieram się na nią. Otwieram się na Pana Boga, słucham Go.

Pan Jezus niestety przez faryzeuszów był postrzegany jako wywrotowiec. On przyszedł, zburzył to, co ustalone. „Zawsze tak było”, a On przychodzi, przeciwko temu występuje. Ostrzem tego konfliktu w Ewangelii jest spór o kult w świątyni. Jak się poczyta oskarżenie Jezusa i cały proces, to jest to wyraźnie powiedziane: On przyszedł i chce zburzyć naszą świątynię, nasz kościół chce zburzyć. To jest tak jakby Pan Jezus dzisiaj przyszedł i powiedział, że Eucharystia jest nieważna. Co?! Jakby przyszedł i powiedział: jest coś ważniejszego niż Eucharystia. Co?! Nie mówię, że Eucharystia jest nieważna, ale że kiepsko ją rozumiemy i moglibyśmy przeżyć tego typu szok.

Wywrotowiec. Jezus – wywrotowiec. Podstawowe zdanie Jezusa, o którym bardzo często zapominamy, to: „Szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu”. Zasady i normy są dla człowieka, nie człowiek dla zasad i norm. Jest taka hinduska bajka, którą zacytuję, żeby to jakoś zilustrować. „Pewien człowiek przyszedł do Buddy i rzekł: »Sprawy, o których nauczałeś, panie, nie znajdują się w Świętych Pismach«. Odparł Budda »W takim razie ty je tam umieść«. Po chwili zakłopotania człowiek mówił dalej: »Czy pozwolisz zauważyć, panie, że pewne sprawy, których obecnie nauczasz, są wręcz sprzeczne ze Świętymi Pismami?«. »W takim razie popraw pisma« – odparł Budda”. I dalej: „W ONZ przedłożono propozycję poprawienia wszystkich pism religii świata. Wszystko, co mogłoby w nich prowadzić do nietolerancji, okrucieństwa czy fanatyzmu, miałoby być wykreślone. Cokolwiek byłoby przeciwne godności lub dobrobytowi człowieka, miałoby zostać opuszczone. Kiedy odkryto, że autorem propozycji był sam Jezus Chrystus, dziennikarze oblegali jego rezydencję, szukając pełniejszego wyjaśnienia. Okazało się ono bardzo proste i krótkie: »Pisma, podobnie jak szabat, są dla człowieka – stwierdził Jezus – a nie człowiek dla Pism«”. Wywrotowiec, który przychodzi i mówi, że to są ważne rzeczy, ale nie w tym leży istota sprawy.

Podstawowe zdanie Jezusa, o którym bardzo często zapominamy, to: „Szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu”.

Czy byliście kiedyś w takiej sytuacji: jest środek nocy i macie przejść na drugą stronę ulicy. Pusta droga. Patrzysz w lewo i nie ma żadnego samochodu, patrzysz w prawo – nie ma żadnego samochodu. Pali się czerwone światło. Przejdziesz na drugą stronę ulicy czy nie? Żeby to jeszcze skomplikować, to wiedzcie, że na Wyspach Brytyjskich czy w Irlandii w ogóle nie byłoby takiego pytania. Tam po prostu się przechodzi, nawet jak jedzie samochód. Samochód musi się zatrzymać. Szok! To samo prawo, ta sama zasada, dwa kraje i zupełnie różne sposoby interpretowania. No to jak jest? Jaka jest zasada? Tak czy tak? Jaka odpowiedź? To zależy. Gdy uczyłem się jeździć samochodem, to wyjechaliśmy z instruktorem na obwodnicę gdańską. Tam się jedzie bardzo szybko, ponad sto na godzinę, pierwszy raz tak szybko jechałem. Wyprzedzałem ciężarówkę, która jechała 90 km na godzinę i powstała niebezpieczna sytuacja na drodze. Mój instruktor mówi „Przyspiesz” i musiałem przyspieszyć, żeby uniknąć wypadku. Tyle że jak przyspieszyłem, to przekroczyłem prędkość. Złamałem prawo czy nie? Chodziło o uniknięcie niebezpiecznej sytuacji, może ocalenie życia. To zadajcie sobie pytanie: wolno uzdrowić w szabat czy nie wolno? Wolno ocalić życie czy należy pozwolić na śmierć? To zależy. I właśnie „to zależy” budzi ogromny niepokój.

Potrzeba kontroli Pana Boga

To, co zauważyłem w swoim życiu, ale także w pracy z ludźmi przez ostatnie lata, to jedna z najbardziej podstawowych potrzeb człowieka. To potrzeba kontroli: mam kontrolę nad swoim życiem. Bardzo tego potrzebujemy. Za tym chowa się głębsza potrzeba, jaką jest potrzeba poczucia bezpieczeństwa. Kiedy mam kontrolę, to nic mnie nie zaskoczy, nic nie jest mnie w stanie wybić. Widać, jakie to jest trudne, gdy się patrzy na rodziców, którzy mają kontrolę nad dziećmi, a potem ją tracą, co dzieje się szybko, wtedy gdy dzieci zaczynają mówić „nie”. A jakie to nieprzyjemne, gdy dzieci zaczynają dojrzewać i zaczynają robić rzeczy, których rodzice się boją, których nie chcą, bo chcą dla nich dobrze. Bardzo często w naszym życiu mylimy pragnienie dobra z potrzebą kontroli.

Popatrzcie na Pana Boga: Pan Bóg według tych standardów jest złym rodzicem. Dlaczego? Bo Pan Bóg powiedział, że takie są zasady i pozwolił, by Adam i Ewa zrobili inaczej. Mało tego, nie ochronił ich przed konsekwencjami tej decyzji, ale pozwolił, żeby ponieśli jej konsekwencje. Nie ochronił ich przed złem. Nie powstrzymał ich, nie złapał Ewy za rękę i nie powiedział: „Głupia! Co ty robisz?”. Pozwolił, żeby Adam i Ewa zgrzeszyli. Dobry pasterz, który pozwolił, żeby owca przeszła przez płot i się zgubiła. Dla naszej głowy to jest niepojęte, bo mylimy miłość z potrzebą kontroli. Czasami myślimy, że chcemy dobrze i forsujemy jakąś naszą opcję, ale wtedy wcale nie chodzi o dobro, ale o to, by było po naszemu, tak jak my chcemy. Ja wiem, co jest dobre dla mojego męża, dla mojej żony, moich przełożonych i podwładnych. Ja wiem, co jest dobre dla całego świata. Wiem, co jest dobre dla naszego Kościoła i naszego biskupa i mu pójdę i powiem: „Księże biskupie, musisz zrobić tak, tak i tak, bo wtedy jest dobrze”. A jak jeszcze nie potrafię odróżnić swoich pomysłów od natchnień Bożych, to powiem, że Pan Bóg tak kazał, albo – jak ostatnio jest w modzie – można to zrzucić na Matkę Bożą.

Popatrzcie na Pana Boga: Pan Bóg według tych standardów jest złym rodzicem. Dlaczego? Bo Pan Bóg powiedział, że takie są zasady i pozwolił, by Adam i Ewa zrobili inaczej.

Wszyscy mamy tę potrzebę. Jedni mają silniejszą, inni słabszą, ale wszyscy się z nią borykamy. To jest naturalne, że gdy kogoś kocham, to pragnę dla niego dobra, ale kochać, to dać wolność. Każdy z nas ma w sobie małego dyktatora, który lubi rządzić i zyskiwać kontrolę przez podporządkowanie rzeczywistości. Jeśli ona stawia opór, to trzeba użyć siły. Jak to się robi? W relacjach stosujemy po prostu przemoc: albo fizyczną, albo psychiczną. Próbujemy wymóc na kimś, żeby coś zrobił. Wcale nie trzeba komuś dać w mordę, żeby być człowiekiem pełnym przemocy, który ciągle próbuje podporządkować sobie rzeczywistość.

Tak jest w świecie, w relacjach z ludźmi. A jak jest w relacji z Panem Bogiem? Mamy jedno narzędzie, żeby próbować coś wymóc na Panu Bogu. To jest pobożność, religijność, to są rytuały i one mogą, ale nie muszą, stać się formą przemocy, którą stosujemy wobec Pana Boga, żeby na Nim coś wymóc, żeby On zrobił tak, jak my chcemy. Bo przecież wiemy, co jest dobre. Zobaczcie, że w Kościele niesamowite jest to, że Duch Święty ożywia Kościół różnymi formami pobożności, które zamykamy w regułki i normy.

Znajomy jezuita powiedział mi o takiej sytuacji związanej z tym, że obecnie jest utrudnione pójście do spowiedzi. Co z tradycją pierwszych piątków miesiąca? Dzieci pierwszokomunijne przecież nie pójdą do spowiedzi masowo w tym czasie. Nagle przerywa się zasada pierwszych piątków miesiąca. Co teraz? Czy będzie łaska, czy jej nie będzie? Wolno ocalić życie czy skazać na śmierć? Ryzykować życie? Wyobrażam sobie Pana Boga, który mówi: „Sorry, nie będzie łaski, Ja powiedziałem – dziewięć piątków pod rząd, to zaczynaj od zera”. Jaka logika! A przecież chodzi o to, żeby ludziom uświadomić, że Bóg jest miłosierny i chce ocalić człowieka. Jeśli Pan Bóg działa dzięki mojej modlitwie, to rzeczywiście mam wielką kontrolę nad Panem Bogiem. A jeśli mam Boga pod kontrolą dzięki mojej pobożności… Dzięki mojej pobożności wiem, co Bóg zrobi. Można bezradnie rozłożyć ręce.

Modlitwa dziękczynienia

Zbadajmy nasze serce, poznajmy siebie. Zapytajmy, jakie są motywy naszej modlitwy, po co się modlimy. Żeby to zrozumieć, musimy wrócić do Eucharystii. Eucharystia jest dziękczynieniem, to jest szczyt modlitwy chrześcijańskiej – dziękczynienie, a nie prośba. Ile w swojej modlitwie dziękujesz, a ile prosisz? Przeakcentowaliśmy wymiar ofiary w Eucharystii, jest w niej pełno próśb, ale to są prośby, które w dużej mierze odnoszą się do tego, żebyśmy my byli przemienieni. Żeby ta łaska, którą Pan Jezus na krzyżu dla nas wysłużył, była dla nas skuteczna. Dziękczynienie. Eucharystia jest ofiarowaniem się Bogu. Co to jest ofiara całopalna? To jest ofiara, z której ja nic nie mam. Niczego dzięki niej nie zyskam, bo to jest ofiara całkowitej czci i oddania się Bogu. Tym jest Eucharystia i to robi Chrystus. W Starym Testamencie były ofiary całopalne i ofiary pokarmowe. Ofiary pokarmowe składało się tak, że część dla Boga, a część dla nas. W ofierze całopalnej wszystko daje się Bogu. Stać się ofiarą dla Boga to znaczy oddać się Mu całym, stać się Mu darem, a to znaczy: zaufać i zawierzyć. Eucharystia jest modlitwą wielkiego zaufania Bogu, że On wie, co robi.

W pewnym momencie może być tak, że będziemy się zastanawiać, czy modlitwa prośby ma jakikolwiek sens. Moim zdaniem ma, ale nie jest konieczna w życiu duchowym. Modlitwa prośby ma sens wtedy, gdy uwrażliwia nas, że wszystko jest łaską, ale nie wtedy, gdy daje nam uczucie kontroli. Wtedy to jest dobra modlitwa prośby, ale o ile bardziej sensowne jest dziękczynienie i uwielbienie! Oddanie chwały i całkowite zawierzenie, gdy nie zajmuję się problemami, ale dobrocią Boga. Bo gdy wchodzimy w nasze życie, to doświadczamy, że relacje polegają na braku kontroli. Drugi człowiek pozostaje w swej wolności, a my go sobie nie podporządkujemy i broń Boże, żebyśmy próbowali to robić! Relacje, uczucia, nasza wyobraźnia, Pan Bóg – brak kontroli. Nie mam kontroli nad Bogiem.

Modlitwa prośby ma sens wtedy, gdy uwrażliwia nas, że wszystko jest łaską, ale nie wtedy, gdy daje nam uczucie kontroli.

Chciałbym zacytować wam mojego współbrata, ojca Cecila. Ojciec Cecil powiedział taką rzecz: często przychodzą do niego ludzie i pytają, dlaczego Pan Bóg pozwala na różne rzeczy. Dlaczego pozwolił na koronawirusa? Dlaczego pozwala na kataklizmy? Dlaczego pozwala na śmierć dobrych ludzi? Dlaczego godzi się na zło? On odpowiada w taki sposób: „Mój drogi, czy możesz mi powiedzieć, kto wpadł na pomysł, że miłość może wszystko kontrolować? To projekcja nas samych, którzy myślimy, że musimy wszystko kontrolować, żeby czuć się bezpiecznie. Miłość nie kontroluje niczego. Miłość daje siłę, aby stawić czoła, a to, czemu miłość stawi czoła, nie będzie mogło cię zniszczyć. Żeby żyć w nadziei, nie potrzebuję Boga, który wszystko kontroluje. Chcę i potrzebuję Boga, który jest obecny”. To jest Eucharystia – Bóg, który jest obecny. Nie kontroluje, jest obecny w całej rzeczywistości. Miłość nie kontroluje niczego.

Kolejnym obrazem, którym chcę się podzielić, jest burza na jeziorze. Papież Franciszek przywołał go podczas tego szczególnego nabożeństwa z błogosławieństwem „Urbi et orbi”. Jezus śpi w łodzi, wokół Niego jest burza. Spokojny Bóg i niespokojne morze. Obecny Bóg w niespokojnym świecie. Pokój pośród niepokoju. Wiara może dać nam siłę do tego, żeby zyskać wewnętrzny spokój, mimo że fale mogą niszczyć łódź. Ale ja mam spokój, bo Bóg jest obecny. On jest pasterzem, który prowadzi mnie po właściwych ścieżkach: po zielonych łąkach, ale i ciemnych dolinach [Ps 23,1–4]. On mnie przez nie przeprowadza.

Tym psalmem chciałbym zakończyć. On jest naszym pasterzem i prowadzi nas po właściwych ścieżkach.

WIĘCEJ TEKSTÓW ZNAJDZIESZ TUTAJ:

(fot. AJ / DEON.pl)(fot. AJ / DEON.pl)

Od września 2013 roku, pracuje w Szkole Podstawowej nr 69 jako nauczyciel religii oraz kontynuuje studia teologiczne z zakresu teologii biblijnej na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Jest także duszpasterzem wspólnoty ewangelizacyjnej DOM oraz duszpasterzem akademickim.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Daniel Wojda SJ
14,94 zł
24,89 zł

Odkryj w sobie duchowy potencjał

Przed użyciem tej książki prosimy o dokładne zaznajomienie się z instrukcją, nawet jeżeli używasz podobnego produktu. Instrukcję należy zachować do ewentualnego zastosowania w przyszłości.

Pogłębiarka: najbardziej zaawansowane narzędzie służące dobrej...

Skomentuj artykuł

Życie duchowe w czasie epidemii
Komentarze (1)
14 maja 2020, 20:46
Wreszcie szerzej o reznawaniu! Co do faryzeuszy, zgoda, ale mówmy też od saduceuszach, bo od jednej skrajności często przechodzi się do drugiej: pogardy wobec praw i reguł, niedoceniania liturgii itd.

Skomentuj artykuł

Życie duchowe w czasie epidemii
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.