Abp Guzdek: W sytuacji kryzysu potrzebujemy więcej wiedzy i rozumu niż emocji [WYWIAD]

Abp Guzdek: W sytuacji kryzysu potrzebujemy więcej wiedzy i rozumu niż emocji [WYWIAD]
Fot. Marta Łysek / DEON.pl

O kryzysie na granicy polsko-białoruskiej, o tym, komu i jak pomagać, by robić to mądrze, oraz o emocjach, których nie może być więcej, niż wiedzy i rozumu, z abp Józefem Guzdkiem, metropolitą białostockim i biskupem polowym rozmawia Marta Łysek.

Marta Łysek, DEON.pl: Jako biskup polowy i metropolita białostocki ma ksiądz arcybiskup dobry wgląd w sytuację na polsko-białoruskiej granicy.

Arcybiskup Józef Guzdek: - To była pierwsza rzecz, którą zrobiłem we wrześniu, jeszcze przed moim ingresem do archikatedry białostockiej: spotkałem się z dyrektorem białostockiej Caritas. Chciałem się dowiedzieć, jaka jest sytuacja w naszych parafiach, czy na terenach przy granicy polsko-białoruskiej widzimy ludzką biedę, jak pomagamy migrantom, jak funkcjonuje instytucja powołana do tego, żeby nieść pomoc, świadczyć miłość miłosierną potrzebującym.

Jako biskup generał Wojska Polskiego, opiekujący się także strażą graniczną i policją, wiedziałem wcześniej, jaka jest ogólna sytuacja na granicy. Dlatego pierwsze spotkanie tutaj, w Białymstoku, dotyczyło właśnie obszaru miłosierdzia. Była to jednak wiedza oparta na relacji kapelanów ordynariatu polowego. Dla mnie to za mało! Osobiście wolę niejako „dotknąć” rzeczywistości, wszak bez dokładnego rozpoznania, bez analizy bieżącej sytuacji, środki i metody działania mogą być nieadekwatne do potrzeb.

Mieszkańcy przygranicznych parafii zdali egzamin z miłosierdzia

Dlatego pojechał ksiądz arcybiskup na granicę.

- Tak, dlatego udałem się na granicę, po raz pierwszy jako metropolita białostocki na początku października, a później w listopadzie. Zorganizowałem spotkanie z proboszczami parafii przygranicznych, przede wszystkim po to, żeby ich wysłuchać. To październikowe spotkanie było bardzo ciekawe. Wyjechałem pełen uznania dla tych księży. Dlaczego? Bo to oni właśnie powiedzieli parafianom: przecież my tutaj od lat w naszych świątyniach mówimy o przykazaniu miłości. Mówimy, że trzeba pomagać, że będziemy na sądzie ostatecznym zapytani: co uczyniliście jednemu z braci moich najmniejszych? Teraz przyszedł czas sprawdzenia naszej wiary.

Byłem zbudowany tym, że proboszczowie i parafianie zdawali praktyczny egzamin z realizacji Chrystusowego przykazania miłości. Księża w bagażnikach samochodów wozili najbardziej potrzebne rzeczy do ubrania, coś do zjedzenia, jakiś napój. Także i parafianie, idąc do lasu na grzyby, kiedy spotykali uchodźców, zawsze darzyli ich sympatią i spieszyli im z pomocą.

W tamtym rejonie wioski są bardzo małe. Na przykład w miejscowości Jałówka, która liczy zaledwie 542 mieszkańców, domostwa rozrzucone są na terenie trzydziestu kilometrów na styku z Białorusią. Stąd potrzebna była pomoc archidiecezjalnej Caritas, żeby wesprzeć parafie. Potem Caritas Polska postawiła tak zwane „Namioty Nadziei”, umieszczając w nich rzeczy służące do udzielania pierwszej pomocy.

Nastawienie mieszkańców przygranicznych miejscowości do uchodźców zaczęło się jednak zmieniać.

- Tak. Nastawienie mieszkańców do migrantów zaczęło się zmieniać po brutalnych atakach tak zwanych uchodźców, ludzi wykorzystywanych przez reżim Łukaszenki, oszukanych, inspirowanych a może nawet przymuszanych do takich zachowań. Szczególnie po zmasowanych atakach w Kuźnicy Białostockiej mieszkańcy przygranicznych wiosek i miasteczek poczuli się zagrożeni.

Dlatego jeszcze większą sympatią i wdzięcznością darzyli tych, którzy z pełnym poświęceniem ochraniali polsko-białoruską granicę. Żołnierze, pogranicznicy i policjanci z orzełkiem na czapkach byli potwierdzeniem tego, że Rzeczpospolita nie zostawiła ich samych. Czuli się bezpieczni. Z jednej strony pomagali uchodźcom w zabezpieczeniu ich elementarnych potrzeb, bo wtedy jeszcze uchodźcy się pojawiali, z drugiej strony darzyli coraz większą sympatią stróżów prawa i bezpieczeństwa ojczystego kraju.

Na kryzys na granicy trzeba patrzeć całościowo

Kryzys na granicy to bardzo złożona sytuacja.

- Ten kryzys ma dwa wymiary: to jednocześnie kryzys humanitarny i kryzys bezpieczeństwa. Jako kraj odpowiadamy za szczelność polsko-białoruskiej granicy, która jest jednocześnie granicą Unii Europejskiej. Czym się w takim kryzysie kierować? Zasadą plus ratio quam vis, więcej rozumu niż siły. A jeszcze bardziej – zasadą „więcej rozumu niż emocji”. Nie można terroryzować emocjonalnie ludzi, którzy tam żyją, którzy to widzą, którzy dojrzewają do takich czy innych postaw.

Parę dni temu odbyło się spotkanie w Czarnej Białostockiej, na którym było około pięćdziesięciu osób: prezydent Andrzej Duda wraz z małżonką, lokalni samorządowcy, przedstawiciele organizacji, które pomagają uchodźcom… Był gen. bryg. Andrzej Jakubaszek – komendant Podlaskiego Oddziału Straży Granicznej, gen. broni Tomasz Piotrowski – dowódca operacyjny, a także pewien rolnik z Krynek. Ten ostatni wstał i powiedział: jestem rolnikiem, chciałbym bardzo serdecznie podziękować za obecność wojska, straży granicznej i policji na terenach przygranicznych. Mam żonę, trójkę dzieci, buduję dom niecały kilometr od granicy… Ja tu chcę żyć i pracować. Z tym miejscem wiążę moją przyszłość. I dodał jeszcze: tak, jak przy leczeniu trzeba całościowo patrzeć na człowieka, nie tylko leczyć ucho, oko, lewą nogę - podobnie na problem, który mamy na granicy, trzeba patrzeć całościowo. Piękna, mądra wypowiedź.

Były podczas tego spotkania jeszcze inne takie głosy?

- Tak, z zainteresowaniem wysłuchałem wypowiedzi mężczyzny, przedsiębiorcy z tego terenu. Jest żonaty z muzułmanką. Bywa w krajach arabskich, w Arabii Saudyjskiej, przez kilka miesięcy w roku. Mówił, że są to kraje bardzo bogate, gdzie islam jest dominującą religią – ale nikt tych ludzi tam nie przyjmuje, są kierowani na Zachód, do Europy. W Kuwejcie, jeśli ktoś nie ma pozwolenia na pracę i nie pracuje, to w krótkim czasie musi opuścić terytorium państwa. Wypowiedź tego człowieka zrobiła na mnie ogromne wrażenie, bo to nie są słowa wypowiadane przez kogoś, kto widzi z daleka, przez mgłę. On tej rzeczywistości dotyka. Ten mężczyzna pytał też, gdzie się kończy gościnność.

I jaka był odpowiedź?

- Powiedział, że Polska jest krajem bardzo gościnnym, otwartym, ale jeżeli widzi się kogoś, kto się zbliża do naszego domu z kamieniem w ręku, to wtedy gościnność się kończy. Czytamy w Ewangelii: jeżeli gospodarz wiedziałby, o której godzinie złodziej ma przyjść, nie pozwoliłby się włamać do swojego domu. Jeżeli jednak zdarzy się włamanie do naszego mieszkania, wówczas zastanawiamy się, jak go zabezpieczyć, żeby włamanie się nie powtórzyło.

Dlatego potrzeba więcej takiego rozumnego podejścia. Potrzebna jest także wiedza odnośnie do procedur azylowych. Jeżeli ktoś składa wniosek o azyl, to musi być ku temu obiektywnie ważna przyczyna: np. ucieczka przed wojną, torturami, prześladowaniem, czystkami etnicznymi. Tymczasem granicę polsko-białoruską często chcą nielegalnie przekroczyć ci, którzy najczęściej szukają poprawy swojego bytu w bogatych krajach Europy zachodniej. A więc to jest przede wszystkim emigracja ekonomiczna. Są też i tacy, którzy chcą dołączyć do swoich bliskich, mieszkających już w Niemczech. Wiem z relacji o pewnej siedemdziesięcioletniej pani, która ma wspaniały dom w Iraku, jest kobietą bardzo zamożną, ale chciała dołączyć do swojej rodziny w Niemczech. Dała wiarę tym, którzy zapewniali, że najkrótsza droga wiedzie przez Białoruś i Polskę, przez zieloną granicę.

Najgorszym suflerem w sytuacji na granicy polsko-białoruskiej są emocje

Takim osobom nie należy pomagać?

- To jest dramat tej osoby. Każdemu, kto znajduje się w sytuacji zagrożenia zdrowia, a tym bardziej życia, należy bezwzględnie pomóc. Tylko, że ci ludzie najczęściej nie chcą pozostać w Polsce. Omijają wielkim łukiem małe osady, a tym bardziej większe miejscowości, aby w sposób niezauważony skontaktować się z przemytnikami, którzy ich przetransportują do kraju marzeń, jakim są kraje Europy zachodniej.

Każdemu, kto znajduje się w sytuacji zagrożenia zdrowia, a tym bardziej życia, należy bezwzględnie pomóc. Tylko, że ci ludzie najczęściej nie chcą pozostać w Polsce.

Mieliśmy taki przypadek na Dolnym Śląsku, gdzie została przyjęta jedna rodzina z Syrii ogarniętej wojną. Przyjęli domek, w którym zamieszkali, lecz właściciel przecierał oczy ze zdumienia, kiedy już trzeciego dnia wyjechali do jednego z krajów na zachodzie Europy, nie zostawiając żadnej informacji ani też jednego słowa wdzięczności za okazane serce. Dlatego chętnie słucham głosu duszpasterzy i mieszkańców przygranicznych parafii oraz spotykam się ze strzegącymi granic Rzeczpospolitej i zarazem zewnętrznej granicy Unii Europejskiej. Ta wiedza jest niezbędna!

Dalej, jeżeli chodzi o pomoc migrantom. Dziennikarze pytają wielkich tego świata: jakby pan zareagował, gdyby pan spotkał uchodźcę? Pada odpowiedź: napoić, nakarmić, i niech idzie dalej. A dokąd? Do Niemiec. Czy to jest rozwiązanie? Tylko połowiczne. Dlatego musimy stanąć na gruncie prawdy, trzeba to z każdej strony przeanalizować, bo to są sprawy bardzo złożone i najgorszym suflerem są emocje.

Słyszymy, że znaleziono w lesie kogoś martwego. Powiem wyraźnie: to się nie powinno zdarzyć! Jedna, dwie osoby zmarłe - to jest o jedną, dwie osoby za dużo. Smutne też jest to, że grupa, która przeszła przez granicę, porzuciła osobę chorą lub będącą na skraju wyczerpania. Ale z drugiej strony, chociaż podejmujemy wiele działań, żeby na naszych drogach było bezpiecznie, to jednak rocznie ginie kilka tysięcy osób. Trzeba spojrzeć na problem uchodźców holistycznie, całościowo.

Co w tym pomaga?

- Rozum. Staram się, gdziekolwiek jestem, odwoływać się do rozumu. Czytamy w Ewangelii, że Pan Jezus, zaczynając przypowieść o dwóch synach, którym ojciec wydaje polecenie podjęcia pracy, pyta: „Co myślicie?”. Ile razy On mobilizuje do tego, by się zastanowić! „Co myślisz?” Jak ty to rozumiesz? Jedna z najpiękniejszych pochwał Jezusa pod adresem rozmówcy brzmiała: rozumnie powiedział! Jesteś niedaleko od Królestwa Bożego. To jest niezwykle ważne, żeby nasze działanie było rozumne. Rozumne! Strasznie się boję ludzi nie używających rozumu. Nauka, medycyna, religia – wszyscy mamy wspólnego wroga, a tym wrogiem jest irracjonalizm.

Zapalone zielone światło jest dla uchodźców jak sygnał: "Uważaj!"

Wrócę do sytuacji na granicy. Te wszystkie pomysły, żeby dać migrantom znak, że jesteśmy otwarci na ich przybycie; że pomożemy np. zapalając w domach zielone światło, są chybione. Pani redaktor, uchodźcy omijają skupiska ludzkie! Słynne Michałowo… Czytam wywiad z zastępca burmistrza, który przekonuje, że są przygotowani na przyjęcie i udzielanie pomocy uchodźcom: w miejscowej remizie są śpiwory, odzież i żywność… Jednak na pytanie: Ilu mieliście uchodźców? – odpowiada: Ani jednego!

Czy jest w tym coś dziwnego? Przecież migranci traktują takie miejsca jak pułapkę, gdzie odnajdą ich polskie służby. Oni pragną je ominąć! Pozostają w kontakcie telefonicznym czy też SMS-owym, aby wsiąść do samochodu podstawionego w umówionym miejscu i kontynuować wędrówkę do wymarzonego celu. Jak dotąd polskie służby strzegące granicy schwytały już ponad czterystu pięćdziesięciu przemytników ludzi. Jeśli ktoś przejdzie przez zieloną granicę, to szuka punktu kontaktowego daleko od domostw i ludzi. Dlatego dom, w którym się pali światło na zielono, to dla uchodźców sygnał: „be careful”, uważaj!

Czyli to jest trochę nasze uspokajanie wyrzutów sumienia, takie zapalone zielone światło? Bo i tak nie jesteśmy w stanie pomóc?

- Najbardziej mogą pomóc - i robią to - ci, którzy mieszkają przy granicy. Zdali i wciąż zdają egzamin. Natomiast, jeżeli uchodźcy są gdzieś daleko, poza domostwami, jest to taki węzeł gordyjski. Pomysły na jego rozwiązanie są przeróżne… Słyszałem nawet podpowiedzi aktywistów: biskupi do lasu. Świetnie, tylko po co? Albo: otwórzcie kościoły, seminaria, klasztory! Mam jednak realną wiedzę: nikt tam nie przyjdzie, może poza sytuacją skrajnego wyczerpania lub choroby. Do remizy OSP w Michałowie lub rozstawionych przez Caritas „Namiotów Nadziei” w przygranicznych parafiach nikt nie przyszedł po pomoc. Dla tych, którzy przekroczyli granicę - poza zagubionymi w miejscowych lasach, cierpiących z powodu niskich temperatur i głodu, najważniejsze jest to, żeby podładować telefon, odnaleźć przewoźnika i kontynuować wędrówkę na Zachód…

To jest niezwykle ważne, żeby nasze działanie było rozumne. Rozumne! Strasznie się boję ludzi nie używających rozumu. Nauka, medycyna, religia – wszyscy mamy wspólnego wroga, a tym wrogiem jest irracjonalizm.

Oczywiście na to wszystko należy spojrzeć z perspektywy dramatu, dramatu człowieka, który wybrał taką drogę „do raju” i stał się ofiarą reżimu zza wschodniej granicy. Nie jest przypadkiem to, że strumień migrantów został skierowany przez wschodniego sąsiada przez Polską na zachód Europy, aby ją podzielić i zdestabilizować. Podczas spotkania w Czarnej Białostockiej z panem prezydentem były takie głosy: gdybyśmy otworzyli naszą i zarazem wspólną granicę Unii Europejskiej, wówczas pojawiłaby się ona na Odrze i Nysie. Owszem, były nagłaśniane pomysły, żeby zrobić korytarz humanitarny przez Polskę do Monachium, które przyjmie uchodźców, jednak minister spraw zagranicznych Niemiec powiedział: to absolutnie nie wchodzi w rachubę. To jest niemożliwe! Trzeba więc wielkiej roztropności i ważenia każdego słowa.

Cytowanie wyrwanych z kontekstu zdań Ewangelii jest bardzo nieuczciwe

Przestrzegam szczególnie przed cytowaniem wyrwanych z kontekstu zdań z Ewangelii, aby podeprzeć swoje przekonania i podejmowane działania. To jest bardzo nieuczciwe. Ludzie, którzy często mają za nic Dekalog, są za aborcją, za eutanazją, nagle cytują Pismo Święte po to, żeby niepokoić, powodować wyrzuty sumienia, terroryzować emocjonalnie.

Ludzie, którzy często mają za nic Dekalog, są za aborcją, za eutanazją, nagle cytują Pismo Święte po to, żeby niepokoić, powodować wyrzuty sumienia, terroryzować emocjonalnie.

Ta walka na słowa dotyczy także służb mundurowych.

- Dlatego bardzo proszę o modlitwę w intencji funkcjonariuszy straży granicznej, policji, żołnierzy. Chciałbym przypomnieć, że Pan Jezus z wielką estymą, miłością odnosił się do ludzi z ówczesnych „służb mundurowych”. Zacheusz był celnikiem, a On spojrzał na niego z miłością, był u niego w gościnie. Mateusz też był celnikiem i został apostołem. Pod adresem setnika, żołnierza rzymskiego, padły te słowa: „Tak wielkiej wiary nie znalazłem w całym Izraelu”. Dlatego potrzebują wsparcia ci, którzy złożyli przysięgę, że będą bronić granic Rzeczypospolitej i jej niezawisłości, wolności, nawet za cenę przelanej krwi i ofiarowanego życia. Za rzetelne wypełnianie powierzonych im zadań należy się im wielki szacunek.

Zapytano kiedyś Norwida, które ze słów jest najtragiczniejsze - bo jako poeta znał wagę słowa. Odpowiedział: „za późno”. W ocenie tej sytuacji na granicy padło wiele obelżywych słów pod adresem wojska - że to są śmieci, pod adresem funkcjonariuszy straży granicznej - że to są mordercy. A ja pytam: jeżeli mówią to ludzie, którzy kiedyś pewnie będą mieli pogrzeb państwowy, bo pełnią lub pełnili wysokie stanowiska, to co: śmieci będą stały przy ich trumnie?

Żeby móc oceniać służących na granicy, trzeba wiedzieć, jak wygląda ich służba

Byłem na granicy, rozmawiałem z żołnierzami, żołnierkami. Jestem pełen uznania i szacunku dla ich pełnej poświęcenia służby. W poprzedni weekend wikariusz generalny [Ordynariatu Polowego – dop. red.] odbył wizytę na granicy w środku nocy. Mówił o tym, jak to jest, gdy się stoi, w ciemności, dwieście metrów dalej następny żołnierz, słychać trzask łamanych gałęzi lub odgłos podciętego drzewa, które upada na concertinę, ktoś inny oślepia laserem… Czy można wypowiadać się o tym, co czują i czego doświadczają chroniący polskiej granicy, gdy nie posiadamy żadnej wiedzy?

Poleciłem, aby kapelani z poszczególnych jednostek wojskowych udawali się na granicę z wizytą i duchowym wsparciem do żołnierzy pełniących służbę na granicy polsko-białoruskiej. Dotychczas ponad czterdziestu kapelanów wypełniło moje polecenie. Ponadto czterech księży kapelanów pełni trzytygodniowy, stały dyżur na granicy. Pomoc niosą także kapelani Straży Granicznej. Do Hajnówki został oddelegowany kapelan Komendy Głównej Policji, aby wspierał duchowo policjantów, którzy pomagają straży granicznej i żołnierzom. To oni często odpierają zmasowane ataki, obrzucani kamieniami i kawałkami drewna przez „gości”, którzy chcą siłą wejść do naszego kraju. Wielu z nich zostało poturbowanych i poranionych.

Żołnierze i funkcjonariusze służb mundurowych, a także ich rodziny, potrzebują duchowego wsparcia. Jeżeli funkcjonariusze straży granicznej byli szykanowani, nazywani mordercami, to warto zapytać, jak to odczuwają ich najbliżsi: rodzice, współmałżonkowie, dzieci? Czy nie doświadczają z tego powodu lęku, obaw? Sytuacja na granicy jest bardzo złożona, dlatego potrzeba ogromnej odpowiedzialności za każde słowo.

Sytuacja na granicy jest bardzo złożona, dlatego potrzeba ogromnej odpowiedzialności za każde słowo.

Jak ksiądz arcybiskup reaguje na takie sytuacje?

- Przypominam w wielu środowiskach, w tym także biskupom podczas ostatniego zebrania Konferencji Episkopatu, że ja również złożyłem przysięgę wojskową i nikt mnie z niej nie zwolnił. Jednocześnie usilnie proszę o wsparcie i poszanowanie tych, którzy są wierni tej przysiędze.

Episkopat jest zainteresowany sytuacją na granicy

Jakie były reakcje? Mamy dość podzielony episkopat, wytykają nam to z zewnątrz, że biskupi nie mają jednego głosu w sprawie granicy…

- Reakcja biskupów na moje słowa była właściwa: przez półtorej godziny toczyła się dyskusja, wymiana zdań, przekaz informacji o granicy w gronie ponad osiemdziesięciu procent stanu osobowego polskiego episkopatu. Było duże zainteresowanie i chęć poznania trudnej sytuacji na chronionej granicy. Zadawaliśmy sobie pytanie: w jaki sposób, zarówno doraźnie, jak i długofalowo pomagać ludziom szukającym nowego domu, uciekającym przed wojną i przemocą. Wielokrotnie pojawiły się także słowa wdzięczności wobec żołnierzy, funkcjonariuszy straży granicznej i policji oraz wielkie uznanie dla przygranicznej ludności.

Ksiądz arcybiskup już wcześniej miał styczność z tematem uchodźców.

- Tak, pamiętam kilka trafnych pytań zadanych w tym kontekście. W 2016 roku byłem w Słowenii na międzynarodowej konferencji naczelnych kapelanów wojskowych z wielu państw, zwłaszcza należących do NATO. Była mowa o pomocy udzielanej w krajach położonych nad Morzem Śródziemnym, i wtedy ktoś zapytał: jak to jest możliwe, że przez terytorium Turcji przeszły niemal trzy miliony ludzi? Przecież Turcja jest państwem zmilitaryzowanym, policyjnym. Te trzy miliony to był strumień kierowany…

Rok później odwiedziłem proboszcza jednej z parafii położonych w Wiedniu. Opowiedział wówczas, że w 2015 roku był wielki napływ migrantów z południa, którzy zatrzymywali się tylko na jedną dobę. Trzeba ich było nakarmić, obmyć i wyprać noszoną odzież, zapewnić nocleg, aby pod wieczór następnego dnia podwieźć ich na granicę niemiecką. Napoić, nakarmić i niech idzie dalej. Dokąd? Do Niemiec… Zdecydowana większość parafian po jakimś czasie miała już dość przyjmowania takich „gości”.

W działaniach pomocowych potrzebny jest przede wszystkim rozum

Czyli jako katolicy, chcący pomagać wszystkim i bez ograniczeń, jesteśmy trochę naiwni?

- Świętość i naiwność to nie są dwie siostry bliźniaczki, które prowadzą się pod rękę. Pan Jezus mówił w Ewangelii, abyśmy byli roztropni jak gołębice i przebiegli jak węże. Podoba mi się to stare tłumaczenie – „przebiegli”. Nie kto inny, ale Pan Jezus wielokrotnie wzywał do rozumnego i odpowiedzialnego działania. Wystarczy wspomnieć przypowieść o budowniczym wieży, który najpierw powinien policzyć, czy wystarczy mu środków na ukończenie zaplanowanej budowli, aby nie narazić się na krytykę i śmiech otoczenia. Rozum, rozum, i jeszcze raz rozum.

Ale nie wszyscy uchodźcy emigrują z powodów ekonomicznych: część z nich, jak Afgańczycy czy Jazydzi, ucieka przed czymś strasznym.

- Tym ludziom bezwzględnie trzeba podać rękę, stworzyć warunki, aby rozpoczęli nowe życie w warunkach godnych człowieka. Uważam, że Polska powinna być domem otwartym dla tych, którzy chcą się tutaj osiedlić, chcą się asymilować, chcą pracować. Trzeba być otwartym, absolutnie! Warto przypomnieć, ilu Białorusinów, a jeszcze więcej Ukraińców, pracuje u nas, tak samo, jak Polacy pracowali na Zachodzie. I trzeba tu być uczciwym do bólu. Ludziom, których życie, zdrowie jest zagrożone – trzeba pomóc. Ale niech oni zachowują się jak goście, którzy przychodzą, szanują nasze prawa, podejmują pracę. Byłem kiedy w ośrodku Straży Granicznej w Białej Podlaskiej. Są tam bardzo dobre warunki. Na obiad przygotowanych było siedem różnych dań ze względu na możliwe choroby, ograniczenia wynikające z wyznawanej religii lub inne powody. Czy pani redaktor jako żona i matka – poza Wigilią – przygotowuje po trzy, cztery, pięć dań na każdy obiad dla swojej rodziny?

Uważam, że Polska powinna być domem otwartym dla tych, którzy chcą się tutaj osiedlić, chcą się asymilować, chcą pracować.

Nie można przyjmować osób, które mogą zagrażać bezpieczeństwu

Kolejna rzecz. Wielu naszych rodaków wyemigrowało „za chlebem” do Stanów Zjednoczonych lub krajów Europy zachodniej. Niejednokrotnie wspominają, że nie dostali żadnej zapomogi od państwa. Już na drugi dzień udali się do pracy! Ostatnio czytałem, że około dwóch tysięcy naszych rodaków, którzy nie chcieli podjąć pracy, lecz żyć na koszt społeczeństwa Wielkiej Brytanii, zostało wydalonych do Polski.

Dlatego uważam, że trzeba być otwartym, trzeba tym ludziom pomóc - ale rozsądnie. Nie można na przykład przyjmować do kraju osób, które mogą zagrażać naszemu bezpieczeństwu. To jest zadanie dla naszych służb, aby dokładnie sprawdzić przybyszów i ustalić ich przeszłość. Wiedza i poznanie celu, w jakim migrant przybywa do naszego kraju, jest podstawą do podjęcia trafnej decyzji. Dlatego, parafrazując wypowiedź Pascala, można powiedzieć, że mało wiedzy oddala nie tylko od Boga, ale także od człowieka. Wówczas budzą się demony lęku, oskarżeń, podejrzeń.

Ale gdy szukamy wiedzy, informacji, trafiamy na takie, które są bardzo emocjonalne, mówią, że straż graniczna wyrzuca ludzi do lasu bez pomocy, że czteroletnia dziewczynka gubi się w lesie, oddzielona od rodziny. Jak ma sobie z tym radzić zwykły chrześcijanin, który czyta te informacje? Jak do tego podejść?

- Ludziom zawsze trzeba pomagać, to nie ulega żadnej wątpliwości. Jest to nie tylko imperatyw rozumu, ale i serca, imperatyw wiary. Chorym, a zwłaszcza tym, których życie jest zagrożone, bez względu na pochodzenie, kolor skóry lub wyznawaną wiarę – trzeba pomóc. Wśród żołnierzy, pograniczników i policjantów są ratownicy medyczni, a więc te służby nie zostawiają człowieka bez pomocy. Wzywane jest pogotowie… Gdyby był choć jeden taki przypadek, że nie została udzielona pomoc człowiekowi w potrzebie, o którą prosił, byłoby to godne potępienia. Zero tolerancji dla takiej postawy. Tak nie wolno. Tak nie wolno! Nie tylko dlatego, że do tego zobowiązuje prawo, ale nade wszystko odruchy człowieczeństwa, ludzkie sumienie. W Ewangelii czytamy: „Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie”.

Czego się nauczyliśmy? Jaka tu jest lekcja dla nas?

- Dla nas wszystkich lekcja jest taka, że w sprawach zasadniczych, jakimi są ratowanie ludzkiego zdrowia i życia, nie możemy się różnić. Trzeba tylko ustalić, kto i w jaki sposób powinien to czynić. Jest też i drugi aspekt kryzysu na polsko-białoruskiej granicy. Oprócz kryzysu humanitarnego jesteśmy także świadkami kryzysu migracyjnego, a nawet wojny hybrydowej. Jeśli atakowany jest nasz wspólny dom, któremu na imię Polska, powinniśmy stanowić jedno, jak Litwini i Łotysze. Oni wszyscy mówią jednym głosem! Jeśli został zaatakowany nasz kraj, nie możemy się różnić. O tym mówiłem w Święto Niepodległości – tu, w Białymstoku. Trzeba bić na alarm: ludzie, opanujcie się!

Dla nas wszystkich lekcja jest taka, że w sprawach zasadniczych,
jakimi są ratowanie ludzkiego zdrowia i życia, nie możemy się różnić.

Wrócimy do jedności, gdy będziemy się słuchać i ze sobą rozmawiać

Jak wrócić do jedności? Jak nas uratować przed podziałami, które przebiegają już w każdym możliwym kierunku?

- Gdy ktoś chce zmienić cały świat, powinien zacząć od siebie. Jeżeli chcemy zbudować jedność w domu rodzinnym, w środowisku służby i pracy, w naszych parafiach i diecezjach, należy zaczynać od siebie, a wówczas zmieni się środowisko naszego życia, bliższe i dalsze otoczenie. O tym jestem głęboko przekonany! Tylko nie należy zapomnieć o zasadzie plus ratio quam vis, więcej rozumu niż siły. Ważniejsza jest siła argumentów od siły głosu. Trzeba też umieć rozmawiać - zaczynając od doskonalenia wzajemnego szacunku i umiejętności słuchania drugiego człowieka.

To zadziała?

- Oczywiście!

Poproszę dowody.

- Był początek października bieżącego roku. W Białymstoku zapowiadany był Marsz Równości. Narastało napięcie ponieważ przed dwoma laty doszło do konfrontacji a nawet przemocy na ulicach naszego miasta. Aby temu zapobiec, skierowałem odezwę do diecezjan, która została odczytana we wszystkich kościołach archidiecezji białostockiej. Przypomniałem w niej: nauka Kościoła jest jednoznaczna, małżeństwo to związek mężczyzny i kobiety. Przypomniałem, że papież Franciszek powiedział: to jest sakrament, tego się nie zmieni. Także polska Konstytucja mówi, że małżeństwo to jest związek mężczyzny i kobiety a macierzyństwo i rodzina są prawnie chronione.

Zaapelowałem, by uszanować tę hierarchię wartości. Ale równocześnie przestrzegałem przed postawą konfrontacyjną. Przypomniałem, że Jezus, kiedy w rodzinnym mieście odrzucono Jego naukę i wprowadzono Go na stok góry, żeby Go strącić - oddalił się. Kiedy rodacy chcieli Go wykorzystać politycznie i obwołać królem - On się oddalił. Gdy Piotr wyciągnął miecz i chciał Go bronić, Jezus powiedział: schowaj miecz do pochwy, to nie jest moja metoda.

I to zadziałało?

- Tak. Wszystkie miecze zostały pochowane, młodym ludziom, którzy chcieli bronić katedry, organizować modlitwę i kontrmanifestację - przedstawiłem inne argumenty. Powiedziałem: od tego, by bronić świątyni jest policja. I nadszedł dzień 9 października, sobota, piękny, słoneczny dzień. Na manifestacji było wiele osób, ale wszystko odbyło się zupełnie spokojnie. Na drugi dzień dowiedziałem się, że było czterech ambasadorów zachodnich państw, którzy chcieli być świadkami słownych utarczek a nawet pobicia… A tu nic takiego się nie wydarzyło! Manifestujący pochowali agresywne transparenty, bo nie było ich komu pokazywać. Z kolei, gdy zaprosiłem wiernych na modlitwę w intencji rodzin - w innym terminie - mogliśmy to uczynić w spokoju i atmosferze radości.

I to jest metoda. Starać się dostrzec w każdym człowieku dobro. Każdego uszanować i domagać się tego samego. Nade wszystko trzeba iść z posługą myślenia. Postawić na dialog, nie podgrzewać emocji, ale wprowadzać na drogę Ewangelii, którą wytycza przykazanie miłości Boga i bliźniego. I z tej drogi nie zejdę.

*    *    *    * 

Abp Józef Guzdek - generał brygady Wojska Polskiego, administrator apostolski Ordynariatu Polowego, a od 16 lipca 2021 metropolita białostocki. Ur. w 1956 r. w Wadowicach.

Marta Łysek - dziennikarka i teolog, pisarka i blogerka. Poza swoim pisaniem ogarnia ludziom ich teksty i książki i wspiera w budowaniu relacji ze Słowem na ewangelizacyjnym blogu Maluczko. Żona i matka. Odpoczywa, chodząc po górach, robiąc zdjęcia i słuchając dobrych historii. 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
abp Wojciech Polak, Marek Zając
27,93 zł
39,90 zł

Bez kompromisów i skrępowania. Po ludzku

Czy Kościół powinien mieszać się do polityki? Czy Polska powinna przyjmować uchodźców? W jaki sposób mierzyć się z problemem pedofilii wśród księży? Co Kościół ma do powiedzenia kobietom, które...

Skomentuj artykuł

Abp Guzdek: W sytuacji kryzysu potrzebujemy więcej wiedzy i rozumu niż emocji [WYWIAD]
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.