Kościół nie patrzy bezczynnie na granicę

Kościół nie patrzy bezczynnie na granicę
Fot. Caritas Polska / Facebook
1 tydzień temu

A co w tej sprawie robi Kościół? – to pytanie pada w dyskusjach o granicy coraz częściej, podszyte myślą, że Kościół stoi z boku i tylko się przygląda. Nic bardziej mylnego.

- Ojciec Cordian jest jednym z nielicznych, którzy wjeżdżają do strefy. Rozmawia z ludźmi. Szuka połączeń, tego, co sprawi, że każdy będzie dostawał pomoc. Pyta: czego potrzebujesz? Czego się boisz? Jak bardzo? Wchodzi w głęboki dialog. Szuka wolontariuszy, nie zamyka się na żadną pomoc. Jeśli ktoś chce gotować zupę dla strażników – to dobrze, niech gotuje, bo wszyscy tutaj to są po prostu ludzie – mówi mi Judyta Sowa, która przyjechała z Krakowa, żeby pomagać.

Wzmacniać człowieka i szukać jedności

Tak napisał na Twitterze o. Cordian Szwarc,  franciszkanin, zastępca dyrektora Caritas Polska, gdy przyjechał na Podlasie: „Jedziemy, by wzmacniać człowieka i szukać jedności”. Za tymi słowami kryje się konkret - Namioty Nadziei, które Caritas stawia przy granicy, by móc pomagać potrzebującym pomocy. Nie tylko wygłodzonym i wychłodzonym migrantom z granicy, ale także mieszkańcom, którzy ciężko znoszą ten czas.

- Zobaczyliśmy, że jest realna potrzeba, żebyśmy jako Caritas Polska byli grupa obecni tu na miejscu. I tak powstał projekt Namioty Nadziei. Namiot stawiany jest w wybranym miejscu, po wcześniejszym rozpoznaniu potrzeb, i jest takim zapleczem dla wszystkich organizacji, mieszkańców, służb, takim magazynem najbardziej potrzebnych rzeczy – wyjaśnia mi Dominika Chylewska z Caritas Polska. Jest na miejscu, zajmuje się kontaktami z mediami, ale także tym wszystkim, co aktualnie jest potrzebne.

Pierwszy z Namiotów Nadziei stanął w Podlipkach, przy granicy; tutaj Caritas ma swoją tymczasową „bazę”. Drugi będzie w Białowieży. - Tam jest bardzo prężna lokalna społeczność, działająca i decydująca się na to, żeby wspierać ludzi, szukać ich, dlatego tam też zdecydowaliśmy się otworzyć namiot – mówi Dominika Chylewska. Jednak nie w każdym miejscu ludzie są otwarci na powstanie takiego zaplecza pomocowego, jakim jest Namiot Nadziei. Są miejscowości, w których ludzie się boją, i to coraz bardziej, bo kryzys trwa wiele tygodni i przynosi coraz więcej strachu i napięcia. Reguły nie ma, wszystko zależy od miejsca.

Sytuacja się zmienia, ludzie się boją

- Tło cały czas się zmienia, jest wielobarwne, a nie czarno-białe. Zanim jeszcze sprawa zrobiła się medialna, miałem już informacje o przekraczaniu granicy, ale też takie dobre wiadomości o mieszkańcach, którzy się spotykają na co dzień i udzielają pomocy imigrantom. Człowiekowi, który jest w potrzebie, spragniony, głodny – mówi ks. Jerzy Sęczek, dyrektor białostockiej Caritas. – A kiedy proponowałem naszą pomoc proboszczom, to słyszałem: jeszcze nas na mleko i chleb stać.

Jak podkreśla ks. Sęczek, sytuacja jest dynamiczna. Jest agresja ze strony reżimu Łukaszenki, ludzie są wykorzystywani, w grupach migrantów pojawiają się osoby agresywne. - Były już nawet w sierpniu przykre sytuacje, jakieś wymuszenia, groźby karalne ze strony migrantów i siłą rzeczy ludzie się boją. Boją się o siebie i mniej jest przez to realnej pomocy. Dlatego tym więcej pola do działania ma lokalna Caritas. Większość jej działań wiąże się z działaniami straży granicznej, bo wolontariusze Caritas nie docierają bezpośrednio do migrantów.

Jak wygląda pomoc? Przede wszystkim w parafiach są przygotowane pakiety Helps Pack z artykułami pierwszej potrzeby, a z magazynów pakietów korzysta przede wszystkim straż graniczna.

4200 par skarpet, 1300 ręczników, milion złotych

- Nasza pomoc jest bardzo konkretna, wiele transportów już wysłaliśmy, jesteśmy cały czas w gotowości i zaopatrujemy parafie, aby z nich straż graniczna mogła potrzebne rzeczy wziąć. Tak samo dbamy o większe ośrodki – jesteśmy w  stałym kontakcie, mamy aktualizowaną listę potrzeb i dostarczamy artykuły pierwszej potrzeby dla dzieci, kobiet, mężczyzn: ubrania, środki czystości, także rzeczy dla dzieci, bo to dzieci, trzeba je jakoś zająć: więc na liście są zabawki, ostatnio ktoś prosił o tablicę magnetyczną – opowiada ks. Sęczek.

Na stronie Caritas – lista wykonanych działań i przekazanych rzeczy. Dwie najnowsze pozycje to przekazanie 140 opakowań proszku do prania i 3360 szczoteczek do zębów do centrum pomocy w Warszawie, przekazanie 4200 par skarpet dla osób przebywających w dwóch innych ośrodkach. Wcześniej – Helps Packi, dwa tysiące sztuk. Paleta kapsułek do prania, 375 opakowań pieluch, 1300 ręczników, dziesięć i pół palety środków higienicznych, 460 koców, niemal 4000 opakowań herbaty. Na pomoc przy granicy, tylko od września 2021 r., został już wydany ponad milion złotych. Wszystko dzięki hojności ludzi wielkiego serca.

- W najbliższą niedzielę, 21 listopada, odbędzie się zbiórka, ogłoszona przez abp. Gądeckiego, która jest przeznaczona na pomoc migrantom. To jest bardzo ważne, bo mamy całe mnóstwo pytań, maili, co można kupić, co można wysłać, czy potrzebujemy specjalistów, wolontariuszy, gdzie można wpłacić pieniądze. Jest mnóstwo pytań, bo są ludzie bardzo wrażliwi na to, co się dzieje i chcą otworzyć swoje serce – mówi Dominika Chylewska.

Paczki przygotowane spontanicznie przez wolontariuszy. Fot. Judyta SowaPaczki przygotowane spontanicznie przez wolontariuszy. Fot. Judyta Sowa

Przyjechała, bo bezradność jest gorsza

- To jest ogromny ciężar: widzisz nieludzkie cierpienie. Z jednej strony migranci na granicy, ale też ci, którzy już przez nią przeszli. Mieszkańcy, straż graniczna. Miałam taki kryzys po rozmowie z jednym z lokalnych aktywistów, który mi powiedział, że od września codziennie chodzi do lasu. Zadzwoniłam do niego tylko po to, żeby go z kimś skomunikować, ale przy okazji zapytałam, czy mogę mu jakoś pomóc. Powiedział, że jestem pierwszą osobą od dwóch miesięcy, która o to zapytała – opowiada Judyta Sowa. Jest z Krakowa, należy do Ruchu Światło-Życie, koordynuje misje w Kenii i Tanzanii. Na Podlasie przyjechała, znajomi powiedzieli jej o obecności tam o. Cordiana, którego znali z bardzo dobrego działania.

Jak mówi, wszystko się zaczęło, gdy siedziała w ładnym, cieplutkim mieszkaniu w Krakowie. 

- Patrzyłam na to wszystko, przykrywałam się tą ciepłą pościelą w tym wygodnym łóżku i w pewnym momencie już nie mogłam. Dlaczego ja mam tak cudownie, a ktoś tam tak bardzo cierpi i zasypia w lesie? – opowiada Judyta. – Próbowałam też coś robić na Facebooku, ale robiłam to bardzo nieumiejętnie, z taką złością, która ze mnie wypływała. Nie potrafiłam już spokojnie tłumaczyć, bo tak mnie drażniła ignorancja na ludzki ból i cierpienie, ciągle te same pytania: dlaczego oni nie pójdą na legalne przejście graniczne? Dlaczego nie złożą wniosków o azyl? Nie pójdą, bo nie mogą, bo ich Białorusini pchają w inne miejsce, nie złożą wniosków, bo są wywożeni w las i przerzucani przez granicę, przez Polaków, po osiem, dziesięć, piętnaście razy. Nie trzeba długo szukać, żeby znaleźć te odpowiedzi.

Gdy dowiedziała się, że brat Cordian jest na granicy i można do niego przyjechać, napisała wiadomość. Czekała, co odpowie, jak zareaguje, czy się przyda. Bała się jechać sama, więc zaczęła wysyłać wiadomości do nieznajomych ludzi, którzy, tak jak ona, skomentowali wpis o. Cordiana. Przyjechała w końcu do Podlipek z dziewczyną, która jest… znajomą znajomej zakonnika.

-  Bardzo kocham Kościół katolicki i nie chcę, żeby w tej całej sytuacji był tym, który odwrócił się od drugiego człowieka. To nie wypływa z Ewangelii. Kościół nie jest tym, który się odwraca, wycofuje, staje z boku. Zależało mi na budowaniu dobrego imienia Kościoła – mówi Judyta, gdy pytam ją, dlaczego pojechała na Podlasie.

 

Modlitwa nie jest brakiem działania ani czymś zbędnym

- Gdy przyjechałam, o. Cordian zapytał: co ty tu chcesz zrobić? Mówię: może zorganizować spotkania modlitewne, żeby dużo ludzi zaczęło się modlić. Bo to jest strasznie ciężkie rozmawiać z migrantami, z mieszkańcami, widzieć, jak dużo ludzie z siebie dają, ale jak przy tym wszyscy tutaj są złamani psychicznie. Ojciec mówi: dobrze, zróbmy z tego kościółka miejsce, do którego wspólnoty będą mogły przyjechać i się modlić. Nie ma na co czekać, modlić się należy teraz, zróbmy modlitwę w sobotę. Przygotuj, ja wyjeżdżam. Była środa, zaczęłam wszystko przygotowywać, szukać ludzi, którzy przyjdą, księdza, który odprawi mszę. Przyjechała diakonia misyjna, ludzie, którzy ze mną jeżdżą do Afryki - z Warszawy, z Białegostoku, było małżeństwo z Domowego Kościoła z dwójką malutkich dzieci.

- Od dłuższego czasu męczyła mnie myśl o tym, że źle dzieje się na granicy, a ja nie mogę nic z tym zrobić, tylko patrzeć. Namiot Nadziei był więc idealnym momentem na to, aby włączyć się w pomoc osobom potrzebującym. Zarówno poprzez pracę, jak i modlitwę – dzieli się Krzysiek Bach z białostockiej Diakonii Misyjnej Ruchu Światło-Życie. - Modlitwa jest ważna, szczególnie w tej sytuacji gdyż nie mamy większego wpływu na to, jak wygląda sytuacja na granicy. Modląc się, pokładamy ufność w Bogu, że On zajmie się tą sytuacją, tymi ludźmi. Mogę spróbować podjechać na granicę, dać ciepłe jedzenie i ubrania uchodźcom, zrobić zakupy starszym paniom, które boją się wyjść na ulicę - ale w dalszym ciągu nie rozwiąże to sytuacji. Wierzę że jedynie Pan Bóg jest w stanie coś realnie zmienić.

Jak podkreśla Krzysiek, modlitwa ma tym większy sens, im więcej osób się modli, bo modląc się w jednej intencji ludzie tworzą wspólnotę.  - Bardzo dzisiaj brakuje jedności w Kościele. Ale każdy, dla kogo cenne jest życie ludzkie, bez względu na poglądy, ma możliwość pomodlenia się o pokój na granicy i o rozwiązanie całego tego problemu – dodaje.

Wspólna, sobotnia modlitwa odbyła się po południu w malutkim kościele w Podlipkach. Przyjechało na nią kilkanaście osób.

- Dla mnie najważniejszym było zobaczyć właśnie, że Kościół działa i dociera do tych, którzy go potrzebują. Bez zbędnego nagłaśniania i tak dalej. Ale zobaczyłam też, że mieszkańcy strefy nie są pozostawieni sami sobie, choć wydawali mi się tacy zupełnie zapomniani; że są osoby, które do nich wychodzą, wysłuchują, wspierają. I że ta pomoc migrantom i mieszkańcom jest mądra – mówi Asia Kuklińska, także z białostockiej diakonii misyjnej.

Fot. Facebook / Diakonia Misyjna Ruchu Światło-Życie Archidiecezji BiałostockiejFot. Facebook / Diakonia Misyjna Ruchu Światło-Życie Archidiecezji Białostockiej

Kochać i być uważnym na drugiego

W naszej rozmowie Judyta podkreśla, że najważniejsze jest to, co o. Cordian mówi o uważności: że trzeba być uważnym i trzeba kochać.

- On nie wchodzi w politykę, mówi po prostu, że każdy człowiek jest ważny. Każdy. Ten strażnik na granicy, te rodziny.

Nie ma budowania podziałów, nie ma hejtu, ale jest mówienie, że wszyscy ludzie tu cierpią, wszyscy są pokrzywdzeni. I chociaż nikt tak naprawdę nie wie, co trzeba zrobić, jak ten konflikt rozwiązać – bądźmy wszyscy razem.

Ta uważność przejawia się w działaniach franciszkanina, oddelegowanego do pracy w przygranicznych parafiach. Jeździ do ludzi, spotyka się z nimi, pyta o imiona – albo po mszy siedzi i rozmawia. Jak mówi Judyta - bardzo ciężkie są te rozmowy. Ale to właśnie jest dla nich najważniejsza pomoc: wsparcie psychiczne, przypominanie nie o polityce, ale o tym, że mamy być uważni i że mamy kochać.

- Ja też pokochałam tych ludzi tutaj, i nie mam żadnego żalu do tych, którzy nie chcą pomagać, bo się boją się, i dzwonią od razu po straż graniczną. Jeżeli ktoś ma 80 lat i koło jego domu przechodzi nagle trzydzieści obcych osób, to jaki to musi być strach o własne życie! – mówi Judyta.

Starsi znoszą to lepiej, bo pamiętają wojnę

- Mało mówi się o mieszkańcach przygranicznych miejscowości, którzy też mają swoje domy, swoje życie. Ich życie się bardzo mocno zmieniło, żyją w lęku o siebie, o swoje rodziny, wielu z nich to też rodziny funkcjonariuszy straży granicznej, więc to też dodatkowy lęk o swoich ojców, mężów, synów. To są realne problemy, z bliska wygląda to inaczej, z daleka możemy widzieć tylko ataki na granicę i biednych uchodźców, ale włączmy wyobraźnię i zobaczmy tych, których media nie pokazują – podkreśla ks. Sęczek.

Jak mówi, w mediach nie ma tych, którzy widzą ludzką biedę i starają się pomóc. To najczęściej ci, którzy wcale nie są bardzo zamożni. Mieszkają w małych, przygranicznych parafiach, ciągnących się przez kilkadziesiąt kilometrów przy granicy. Często to starsi ludzie, doświadczeni już przez wojnę.

- Ci ludzie bardzo często byli bardzo sponiewierani. Gdy powstała granica po II wojnie światowej, a potem zrobiono korektę, potracili majątki, najbliższych. Osoby starsze nieraz wspominały, że im ta sytuacja przypomina wojnę. Trauma wraca. Ale te osoby psychicznie są najsilniejsze, Ci, którzy nie doświadczyli wcześniej tego, czym jest zagrożenie z zewnątrz, nie mają takiej wyobraźni. Osoby pamiętające jeszcze czas wojny i powojenny wiedzą, że trzeba dbać i o najbliższych, i o tych z zewnątrz. I jakoś się w tym odnajdują – opowiada dyrektor białostockiej Caritas.

Jak dodaje, w tak dynamicznie rozwijającej się sytuacji Caritas chce też dać większe poczucie bezpieczeństwa mieszkańcom przygranicznych miejscowości.

- Przez parafialne zespoły Caritas planujemy wzmocnić istniejące wsparcie osób najuboższych. Pomoc duchową parafianie stale oczywiście otrzymują od swoich duszpasterzy. Jeśli będzie taka potrzeba, możemy także zapewnić pomoc psychologiczną – mówi. 

Po prostu mamy się troszczyć

Sytuacja na granicy jest też zderzeniem kultur, spotkaniem ludzi, którzy nie do końca mogą siebie nawzajem pojąć, nie tylko ze względu na rolę, którą w tym momencie przypisało im życie.

- Przyjeżdżają do nas ludzie z innej kultury, w której życie ludzkie nie jest aż tak szanowane. Patrzymy na to z przykrością: nie tylko na zachowanie służb białoruskich, bardzo brutalne i bezwzględne, wykorzystujące i kobiety, i dzieci. Także na zachowanie samych migrantów, którzy też wykorzystują swoje kobiety i dzieci, by przedostać się przez granicę. – mówi ks. Sęczek. - W ich kulturze życie mniej znaczy, mówią to zwłaszcza ludzie, którzy przebywali tam misjach humanitarnych: dzieci jest dużo, ale i kobieta jest niżej w społeczeństwie, i dziecko niewiele znaczy, dzieci i kobiety są traktowane bardzo instrumentalnie.

Jak pogodzić nasze kulturowe nastawienie na szacunek dla życia i na troskę o dzieci z tym, że zderzamy się z inną kulturą, która wykorzystuje nasze podejście? Nie wyjść na naiwnych?

- To nie powinno blokować naszej pomocy i szacunku do życia. Nawet, jeżeli rodzice własne dzieci wykorzystują do tego, by przekroczyć granicę, i nie traktują ich tak, jak powinni – to my mamy te dzieci wziąć w obronę. I nie tylko dzieci. Jesteśmy realistami. Wiemy, że są wśród migrantów mężczyźni ze służb specjalnych i o nieczystych zamiarach. Są jednak i tacy, którzy, choć wbrew prawu, to starali się zatroszczyć o swoją rodzinę. Może wydali ostatni grosz na bilet do Mińska i zostali oszukani. Nie wszyscy mają złą wolę. To jest trochę taka sytuacja, jak stan wojny: pomagamy każdemu człowiekowi, którego życie i zdrowie jest zagrożone, niezależnie od tego, czy jest przyjacielem, czy wrogiem – dodaje dyrektor białostockiej Caritas.

Po ludzku to bardzo trudna sytuacja. Przedłużający się kryzys coraz bardziej pogłębia podziały, każe nam stawać po którejś ze stron, określać się, uważać, nie dać się oszukać.

Wielu katolików, obserwując kryzys migracyjny, zastanawia się, co powinno zrobić, jak się zachować. Judyta podkreśla, że naszą sytuację można porównać do sytuacji miłosiernego Samarytanina.

- Ostatnio mówił o tym o. Cordian: w tej przypowieści leżał poraniony człowiek - i nie wiadomo, czy on wcześniej kogoś nie pobił, może kogoś okradł, może zrobił coś nielegalnego. Samarytanin nie zapytał tego człowieka, czy nie zrobił czegoś złego. Po prostu podszedł i go opatrzył. Dlatego, jeśli ktoś jest głodny, to bez roztrząsania i szukania w internecie, kim jest, dajmy mu jeść – mówi Judyta.

Fot. Judyta Sowa Fot. Judyta Sowa

Kościół się włącza? „Świetnie, że jesteście”

Jak inne organizacje reagują na aktywną obecność Kościoła w miejscu kryzysu? Judyta Sowa i Dominika Chylewska, które od kilku dni są na miejscu, w Podlipkach, mają bardzo podobne obserwacje.

- Mam różnych znajomych: wierzących, aktywnie wierzących, spoza Kościoła, ludzi aktywnie przeciwko Kościołowi. Gdy zobaczyli, jak piszę o kryzysie, zaczęli się do mnie odzywać, dostałam dużo kontaktów do różnych aktywistów, którzy tu są. Moim zadaniem było połączyć ich, żeby porozmawiali: ludzi z Caritas i z wszystkich innych organizacji. Tak, niektórzy byli niechętni.

Ale w większości jednak chcieli porozmawiać, spotkać się, wymienić doświadczenia. Mówili, że są dumni, że Caritas tutaj jest, że są szczęśliwi, że Kościół się włączył – mówi Judyta.

- Chcemy, żeby kościół był taką przestrzenią, w której ludzie znajdują oparcie, znajdują to, czego potrzebują, kiedy tak nowa sytuacja się dzieje. I choć sytuacje są bardzo różne, miałam okazję obserwować ogromną życzliwość wszystkich organizacji pomocowych, które są tu na miejscu, niezależnie od tego, jak bardzo różne mamy poglądy i z jak różnych środowisk się wywodzimy. Każdy telefon kończył się słowami: świetnie, że tu jesteście, że Kościół tu jest, że zabiera głos – dodaje Dominika Chylewska.

- Była u nas pani fotograf, która mówiła mi: ja jestem niewierząca, ale mój brat jest wierzący i ja tylko czekałam, żeby Kościół się włączył, przyjechałam tu do Caritas, bo chcę zrobić zdjęcia i pokazać, że Kościół jest tym kryzysem zainteresowany. Czuć tutaj, że wszyscy w jedności chcą budować dobro.

I ten ruch Caritas, Namioty Nadziei - to nie jest tylko pomoc, ale też świadectwo. I taki most, który łączy – podsumowuje Judyta.

- Przedwczoraj przeszłam kryzys, miałam wrażenie, że te wszystkie smutki i cierpienia tak mnie przytłoczyły, że już nie wstanę. Ale potem w czytaniu było o tym, że dla Boga nie ma nic niemożliwego. I to zdanie mnie przekonało.

 

 

 

 

Marta Łysek - dziennikarka i teolog, pisarka i blogerka. Poza swoim pisaniem ogarnia ludziom ich teksty i książki i wspiera w budowaniu relacji ze Słowem na ewangelizacyjnym blogu Maluczko. Żona i matka. Odpoczywa, chodząc po górach, robiąc zdjęcia i słuchając dobrych historii. 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
abp Wojciech Polak, Marek Zając
27,93 zł
39,90 zł

Bez kompromisów i skrępowania. Po ludzku

Czy Kościół powinien mieszać się do polityki? Czy Polska powinna przyjmować uchodźców? W jaki sposób mierzyć się z problemem pedofilii wśród księży? Co Kościół ma do powiedzenia kobietom, które...

Skomentuj artykuł

Kościół nie patrzy bezczynnie na granicę
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.