Dlaczego nie warto spędzić wakacji w Rzymie? Po trzech latach w Wiecznym Mieście powiem wam o tym, co ukrywają biura podróży  

Fot. Łukasz Sośniak

Rzym należy do najpiękniejszych miast świata. Cztery miliony mieszkańców każdego roku dzielą go z ponad 35 milionami turystów, którzy przyjeżdżają tu zachwycać się zabytkami starożytności, arcydziełami włoskiej sztuki i smakami śródziemnomorskiej kuchni. Sama bazylika św. Piotra przyciąga rocznie około 11 milionów pielgrzymów. Wieczne Miasto ma jednak także swoje ciemniejsze strony, które potrafią dać się we znaki nawet najbardziej cierpliwym podróżnikom. Przez trzy lata mieszkałem w samym centrum włoskiej stolicy i spędziłem tam cały okres pandemii. Dziś chciałbym podzielić się z wami tym, czego nie znajdziecie w katalogach biur podróży i o czym ich pracownicy zazwyczaj wolą nie wspominać. Czy mimo to warto przyjechać do Rzymu na wakacje? Odpowiedź na to pytanie każdy musi znaleźć sam.

Gorąco jak w piekle

Sierpień kojarzy nam się z miesiącem idealnym na wypoczynek. W lipcu leje i wieje, ale sierpień? To miesiąc wręcz wymarzony: przyjemny, słoneczny i stabilny. Tak to wygląda w Polsce. Jednak gdy przeniesiemy się do Rzymu, sytuacja dramatycznie się zmienia. Krótko mówiąc, w sierpniu jest tam gorąco jak w piekle. Miasto, niemal w całości wyłożone kamieniem i marmurem, nagrzewa się jak patelnia i oddaje ciepło przez całą noc. Jeśli nie masz w pokoju klimatyzacji, marny twój los. Zdarzało się, że wstawałem kilka razy w nocy, by spryskać pościel zimną wodą i wziąć chłodny prysznic. Koszmar od którego nie ma dokąd uciec.

Trzeba jednak uczciwie przyznać, że Włosi nie lekceważą zagrożeń związanych z upałami. W najgorętsze dni policjanci i pracownicy innych służb miejskich rozdają przechodniom butelki zimnej wody. Zapewne taka akcja kosztuje mniej niż leczenie kolejnych ofiar udarów. Zresztą udzielenie wam pomocy w sierpniu mogłoby okazać się utrudnione, ponieważ w szpitalach pracuje wówczas jedynie część personelu. – Zdecydowanym plusem Rzymu, szczególnie wtedy, gdy słupki rtęci biją rekordy, są wszechobecne „nasoni”, czyli fontanny z charakterystycznym kranikiem zwanym potocznie „nosem”, z których można bezpiecznie pić wodę. Są dosłownie wszędzie. Dzięki ostatniemu Jubileuszowi w mieście pojawiło się też wiele punktów, w których można bezpłatnie napełnić butelkę wodą – wyjaśnia Beata Zajączkowska, polska dziennikarka mieszkająca od 30 lat w Rzymie.

DEON.PL POLECA



Skutki upałów są tym bardziej odczuwalne, że w sierpniu miasto przeżywa prawdziwe oblężenie. Wszędzie widać tłumy turystów, a jednocześnie wiele sklepów i stacji benzynowych pozostaje zamkniętych. Otwarte są za to sklepy z dewocjonaliami i horrendalnie drogie restauracje nastawione na przyjezdnych. Samych Włochów raczej nie spotkacie, bo kto tylko może, ucieka z miasta w chłodniejsze rejony, których w okolicach Rzymu nie brakuje. To właśnie dlatego w połowie sierpnia Włosi obchodzą Ferragosto – okres świątecznego odpoczynku, podczas którego starają się wyjechać jak najdalej od rozgrzanego miasta. Nawet papież udaje się wówczas do Castel Gandolfo, położonego nad malowniczym jeziorem Albano, gdzie temperatura jest zazwyczaj o kilka stopni niższa.

Wiatr, który wywiewa z człowieka życie

Scirocco to gorący wiatr wiejący w basenie Morza Śródziemnego. Cóż może być złego w podmuchach wiatru, zwłaszcza podczas letnich upałów? – zapytacie. Niestety, scirocco nie przynosi upragnionego ochłodzenia. Wieje znad Sahary i innych obszarów pustynnych, niosąc ze sobą tumany drobnego pyłu oraz dodatkowe fale gorąca. Temperatura potrafi wówczas sięgać nawet 45°C.

Charakterystyczną cechą tego wiatru jest także wysoka wilgotność powietrza. W połączeniu z ekstremalnym upałem tworzy ona nieznośną mieszankę duszności i parności. Warunki przypominają wtedy pobyt w saunie – tyle że bez możliwości wyjścia na świeże powietrze. Scirocco zazwyczaj utrzymuje się przez kilka dni, choć zdarza się, że wieje nawet przez dwa tygodnie. Jeśli trudno wam wyobrazić sobie czternaście dni piekielnego skwaru połączonego z dusznym, wilgotnym powietrzem, zapraszam do Rzymu.

Mój współbrat Mateusz Odachowski, który przez dwa lata pracował w szkole na Sycylii, przyznaje, że podczas scirocco czuł się fatalnie i marzył jedynie o tym, by napić się zimnej wody i zjeść lody. – Powietrze było bardzo suche. Po raz pierwszy w życiu poczułem, że parzy mnie w nosie – dokładnie jak w saunie – wspomina. Dodaje, że wiatr znad Afryki oznacza nie tylko uciążliwy upał i trudne do zniesienia warunki atmosferyczne. Scirocco przynosi ze sobą także inny problem – pożary. – Co roku pojawiają się podpalacze, którzy wzniecają ogień w okolicznych lasach. Nad miastem unosi się wtedy mnóstwo dymu. W takich warunkach, przy tej temperaturze, oddychanie staje się niemal niemożliwe – opowiada. Według mieszkańców część podpaleń ma związek z działalnością mafijną i układami funkcjonującymi wokół gospodarki leśnej. Problem powraca regularnie, szczególnie w okresach największych upałów. – W ten sposób wyłudzane są odszkodowania. Najłatwiej o nie wtedy, gdy las płonie, a przecież nie ma lepszych warunków do rozprzestrzeniania się ognia niż czas scirocco – dodaje jezuita. Proceder ten wielokrotnie potępiał publicznie arcybiskup Palermo, Corrado Lorefice, apelując o większą odpowiedzialność za wspólne dobro i ochronę sycylijskiej przyrody.



Scirocco to nie tylko piasek, upał i duchota. Wiatr niesie ze sobą również drobinki soli morskiej, które wraz z pyłem osiadają na samochodach i stopniowo niszczą lakier. Z tego powodu nie polecam wybierać się do Wiecznego Miasta własnym autem. A to jeszcze nie koniec problemów. Pozostaje bowiem kwestia kultury jazdy Włochów, która – mówiąc bardzo delikatnie – znacząco odbiega od tego, do czego przywykliśmy na polskich drogach. Mnie akurat włoski styl prowadzenia samochodu odpowiadał, ale wielu Polaków już po kilku godzinach spędzonych za kierownicą w centrum Rzymu (nie wspominając nawet o miastach południowej Italii) jest przerażonych i gotowych porzucić auto przy najbliższej okazji, by ratować własne nerwy, zdrowie a nawet życie. – Kierowcy nie respektują przejść dla pieszych. Czasem trzeba dosłownie wejść przed maskę samochodu, żeby przejść na drugą stronę ulicy. I nie zdziwcie się wszechobecnym trąbieniem. Włosi używają klaksonu nagminnie i z wyraźnym upodobaniem, szczególnie gdy tworzą się korki albo… gdy jakaś dziewczyna wpadnie im w oko. To kwestia włoskiego temperamentu – wyjaśnia Beata Zajączkowska.

DEON.PL POLECA


Mewy z piekła rodem

Niezwykle uciążliwe są także… gabiany. Dla kogoś, kto spędził w Rzymie zaledwie kilka dni, mogą wydawać się niegroźne, ale te ptaszyska naprawdę potrafią uprzykrzyć życie. Gabian to taka mewa na sterydach – większa, sprytniejsza i znacznie bardziej bezczelna niż jej polskie kuzynki. Wielu turystów, rozkoszujących się kawałkiem doskonałej włoskiej pizzy na świeżym powietrzu, zostało zmuszonych do nieplanowanego podzielenia się posiłkiem z tym stworem. Ten skrzydlaty bandyta wykazuje bowiem niezwykłą odwagę. Potrafi ukraść jedzenie prosto z talerza, a nawet wyrwać je człowiekowi z ręki.

Miałem to nieszczęście, że na sąsiednim dachu, tuż pod moim oknem, gabiany założyły gniazdo. Nieprzypadkowo jeden z filmików na YouTube poświęconych tym ptakom nosi tytuł gabbiano urlatore, czyli „wrzeszczący gabian”. Noce w Rzymie bywają bardzo gorące, dlatego często zostawiałem okno szeroko otwarte. Nad ranem jeden z tych piekielników lubił przysiadać na parapecie, zaglądać do pokoju i budzić mnie krzykiem, którego nie powstydziłby się obdzierany ze skóry kot. Miałem wrażenie, że robi to z czystej złośliwości i czerpie z darcia dzioba o piątej rano szczerą, nieukrywaną satysfakcję.



Rzymskie mewy są ogromne nie dlatego, że należą do jakiegoś wyjątkowego gatunku. Są po prostu znakomicie odżywione i spasione. Nie muszą walczyć o pożywienie, które dosłownie wala się po ulicach. Gabiany doskonale czują się w Rzymie, gdzie nie brakuje śmieci, zwłaszcza w pobliżu restauracji serwujących owoce morza. Sterty odpadków często zalegają na słońcu przez wiele dni. Same w sobie są odrażające i wydzielają ciężki, lepki odór, ale w połączeniu z żerującymi tam gabianami stają się jeszcze bardziej uciążliwe. Ptaki rozgrzebują worki i roznoszą ich zawartość po całej okolicy. Każdego dnia ciężko pracują na to, by smród pozostawał równie intensywny i dokuczał jak największej liczbie mieszkańców. Także sami Włosi nie pomagają w utrzymaniu swojej stolicy w czystości. – Turystów szokuje widok Włochów wyrzucających na ulicę niedopałki, puszki, papiery, plastikowe kubki po kawie czy butelki. Dla Rzymian to norma – wyjaśnia Beata Zajączkowska. – Chodniki przypominają tor przeszkód.

Gabiany mają również tendencję do zawłaszczania przestrzeni, w której się pojawiają. Gdy młode z gniazda na sąsiednim dachu trochę podrosły, można je było spotkać dosłownie wszędzie. Bez skrępowania spacerowały po tarasach i korytarzach, a jeden z nich postanowił nawet zjechać windą na niższe piętro.



Skala inwazji gabianów na Rzym jest tak duża, że pisał o niej nawet „The New York Times”. Dziennik przedstawił stolicę Włoch jako miasto znajdujące się w szponach bezlitosnych ptaków polujących na jedzenie, rozdzierających potężnymi dziobami worki ze śmieciami, atakujących turystów i ogłuszających mieszkańców swoim wrzaskiem. W artykule zwrócono uwagę, że to współczesne Sacco di Roma – nawiązujące do zdobycia i złupienia Rzymu przez wojska Karola V w XVI wieku – ma związek z zamknięciem kilkanaście lat temu największego w Europie wysypiska śmieci na obrzeżach miasta. To właśnie stamtąd te skrzydlate utrapienia przeniosły się do centrum, które samo nierzadko przypomina wielkie wysypisko. Już w 2018 roku pojawiły się pomysły wprowadzenia „gabianoodpornych” koszy na śmieci, jednak niewiele z nich wynikło. Miasto do dziś pozostaje w szponach tych stworzeń z piekła rodem.

Jak można nie jeść śniadania?!

Ktoś może pomyśleć: „Co za człowiek! Czepia się włoskiego jedzenia, które przecież uchodzi za jedno z najlepszych na świecie”. I będzie miał rację. Włoska kuchnia jest ceniona za prostotę, wyjątkowe smaki i walory zdrowotne. Problem polega jednak na tym, że to, co zachwyca egzotyką podczas kilkudniowego urlopu, po kilku tygodniach, a tym bardziej po kilku latach, może zacząć nużyć.

Śniadanie składające się wyłącznie z kawy i rogalika – co było oczywiście do przewidzenia – znudziło mi się już po kilku dniach. Nieco później zaczął mi też doskwierać brak sosu czosnkowego do pizzy. Tak, wiem, dla wielu Włochów samo wspomnienie o takim dodatku mogłoby zostać uznane za zamach na narodowe dziedzictwo.



Całą pandemię spędziłem w Rzymie. Przez wiele miesięcy nie miałem możliwości odwiedzenia rodziców ani przyjaciół w Polsce. Z czasem coraz bardziej brakowało mi smaków, z którymi się wychowałem. W stolicy Włoch działa wprawdzie kilka polskich sklepów, ale ich oferta jest raczej skromna.

Najbardziej brakowało mi klasyka polskich obiadów – schabowego. Owszem, Rzym ma swoją słynną saltimboccę alla romana, czyli cielęcinę z plasterkiem prosciutto crudo i listkiem szałwii, smażoną na maśle. To bardzo smaczne danie, ale do swojskiego schaboszczaka ma się mniej więcej tak, jak skuter do motocykla.

Doskwierał mi także brak prawdziwej polskiej kiełbasy. Szybko przekonałem się, że dla Włocha słowo „kiełbasa” oznacza coś zupełnie innego niż dla Polaka. Każda kolejna kulinarna pomyłka tylko utwierdzała mnie w tym przekonaniu.

Tęsknota za rodzimymi smakami szczególnie daje o sobie znać w czasie świąt. Zwłaszcza podczas Bożego Narodzenia. Zapomnijcie o polskiej wigilii i dwunastu tradycyjnych potrawach. Zamiast tego najpewniej dostaniecie panettone – słynną włoską babkę drożdżową. Wielu ją uwielbia, ale mnie nigdy do siebie nie przekonała. Do dziś podejrzewam ją o nadprzyrodzone właściwości konserwujące. Egzemplarz pozostawiony przeze mnie w szafce przez niemal rok (tak, naprawdę to sprawdziłem) smakował niemal identycznie jak w dniu zakupu.

„Żyję w kraju, w którym wszyscy chcą mnie zrobić w…”

I to „za moją kasę” – jak śpiewał zespół Strachy na Lachy. Dokładnie tak jest w Italii a już szczególnie w wielkich miastach, takich jak Rzym. Najgorzej jest w metrze. – To prawdziwy hardcor – mówi Beata Zajączkowska. – Przepełnione i pełne kieszonkowców, którzy działają w kilkuosobowych bandach, wykorzystując często dzieci. Jest to prawdziwa plaga, z którą policja zupełnie sobie nie radzi. Kieszonkowcy to zresztą zakała Rzymu. Kradną wszędzie, nawet w kościołach czy w czasie papieskich liturgii.



Problemem są nie tylko złodzieje. Wielką zmorą turystów są „ciemnoskórzy panowie” nachalnie zakładający ci na rękę bransoletki czy wciskający inne rzeczy. Imigranci bywają niezwykle natarczywi. Na każdym kroku próbują coś ci wcisnąć, sprzedać. Zagadują, hałasują, czasem bezczelnie łapią za rękę czy rękaw, machają przed nosem swoimi towarami. Są miejsca, gdzie panuje jeden wielki chaos. To potrafi zepsuć każde zwiedzanie i nie pozwala się cieszyć niewątpliwym pięknem miejsc. – Trzeba im oddać towar i zdecydowanie odejść, bo potrafią być bardzo agresywni. Generalnie napływ migrantów zmienił oblicze Rzymu. Centrum jest wciąż bezpieczne, ale udawanie się w niektóre miejsca już niekoniecznie – wieczorny spacer po wzgórzu Pincio, skąd roztacza się piękna panorama na miasto może już być obarczony ryzykiem – ostrzega dziennikarka.

W Rzymie naciągacze to nie tylko imigranci z Senegalu, czy innych części Afryki. Oszwabić mogą nas także miejscowi i to bez mrugnięcia okiem, zwłaszcza, gdy nie znamy ani słowa po włosku. W języku Dantego jest nawet na ten proceder specjalne słowo – truffa, oznaczające oszustwo, przekręt, a oszusta określa się jako truffatore. – Tam, gdzie są naganiacze zapraszający (także po polsku) do barów czy trattorii, generalnie odradzam wchodzić – przestrzega Beata Zajączkowska. – I koniecznie trzeba sprawdzać rachunki. Warto też pamiętać, że kawa przy barze (i inne rzeczy) jest zwykle o połowę tańsza od tej wypitej przy stoliku. Z cenami jest tak, że wejście w boczną uliczkę od głównej atrakcji turystycznej może ją zmniejszyć nawet o kilkadziesiąt procent. Jeśli w menu znajdziecie pizzę z ananasem lub zobaczycie ketchup na stołach, to dzwonek alarmowy, by nie wchodzić do tego miejsca, bo na pewno nie skosztujecie tam typowej rzymskiej kuchni.

Każdy autobus to niespodzianka i przygoda

Beata Zajączkowska zachęca by Rzym zwiedzać pieszo. I to nie ze względu na to, że gubiąc się w urokliwych uliczkach miasta możemy odkryć jego prawdziwe oblicze. To oczywiście też. – Powód jest jednak prosty – niedziałająca komunikacja miejska. Nigdy nie wiadomo, kiedy przyjedzie autobus. Zdarza się, że mieszkańcy czekają na przystanku nawet godzinę, a potem przyjeżdżają cztery autobusy o tym samym numerze. Kierowcy zdają się niczym nie przejmować i często ucinają sobie rozmowy przez telefon – wyjaśnia.

Do dziś czuję ucisk w żołądku, gdy przypomnę sobie przejażdżkę, jaką kilka lat temu zafundował mi kierowca jednego z rzymskich autobusów. Po raz pierwszy – i zarazem ostatni – postanowiłem skorzystać z komunikacji miejskiej, by dostać się na lotnisko. Wcześniej sprawdziłem trasę w Internecie i, ku mojemu zaskoczeniu, autobus nawet pojawił się na przystanku punktualnie. Wszystko zapowiadało się więc nad wyraz obiecująco. Problemy zaczęły się w okolicach Piazza Venezia. Zamiast kontynuować jazdę w kierunku lotniska, kierowca nagle skręcił w przeciwną stronę. Początkowo uznałem, że chce ominąć korek i za chwilę wróci na właściwą trasę. Nic bardziej mylnego. Gdy coraz bardziej zdenerwowany zacząłem dopytywać, co się dzieje i dlaczego jedziemy zupełnie inaczej, niż wynikało to z rozkładu, usłyszałem odpowiedź rozbrajającą swoją prostotą. W okolicach Ołtarza Ojczyzny (L’Altare della Patria) na Piazza Venezia odbywała się właśnie demonstracja, więc – jak wyjaśnił kierowca – nie dało się tamtędy przejechać. Problem polegał na tym, że nie zamierzał wracać na wyznaczoną trasę. Po prostu pojechał gdzie indziej. Nie uznał też za stosowne poinformować o tym pasażerów. Na lotnisko dotarłem dosłownie w ostatniej chwili. Od tamtego czasu, ilekroć muszę zdążyć na samolot, komunikację miejską w Rzymie omijam szerokim łukiem.

My mamy zegarki, a oni mają czas

Jest wiele mitów o Włochach. Niektóre z nich są żywe także nad Wisłą: że są cholernymi leniami i maminsynkami, którzy do wczesnej starości mieszkają z rodzicami; że są nieuprzejmi dla turystów, którzy po południu chcą zamówić cappuccino z rogalikiem itd. Jednak jedna rzecz nie jest mitem. Przyjeżdżając do Rzymu trzeba uzbroić się przede wszystkim w cierpliwość, bo dla Włochów czas, to pojęcie względne. Są trochę jak Afrykanie, o których Ryszard Kapuściński pisał: „my mamy zegarki, a oni mają czas…”.



– Dla mnie po 30 latach mieszkania w Rzymie ekstremalnym sportem pozostaje próba załatwienia czegoś w urzędach – przyznaje Beata Zajączkowska. – Rzeczy, które w Polsce załatwiam online tu wymagają stania w kolejkach i trwają często miesiącami, jak choćby wyrobienie nowego dowodu osobistego. Trzeba się też przyzwyczaić do powszechnej niepunktualności. Mój stolarz ze zrobieniem szafy zwlekał miesiąc, zawsze mówiąc, że jest już prawie gotowa. „Prawie” i „około” ma we Włoszech zupełnie inne znaczenie. Dlatego też jeśli umówicie się z Włochami ok. 16, to nie zdziwcie się jak dotrą godzinę po czasie i naprawdę nie będą poczuwali się do winy za spóźnienie.

Nie cofniesz kijem Wisły

W Polsce jesteśmy miłośnikami powiedzeń i aforyzmów. Jednym z najbardziej popularnych jest zdanie: nie cofniesz kijem Wisły. Włochów też nie zmienimy, zwłaszcza jeśli jesteśmy w ich kraju tylko w czasie wakacji. Warto z otwartością podejść do codzienności, bo wtedy żyje się lepiej, a po włosku życie toczy się wolniej, na większym luzie i bez zbędnego napięcia. Kawa w ulubionym barze jest częścią codziennego rytuału, podobnie jak pogawędki podczas zakupów w przydomowym sklepie. – Dwa, trzy razy gdzieś pójdziesz i już jesteś traktowany jak swój. Tego też trzeba się nauczyć, by móc cieszyć się tu życiem. Choć turyści zalewają stolicę Włoch, to mieszkańcy pozostają gościnni, życzliwi i uczynni i w każdej sytuacji służą życzliwą pomocą. To pozostaje niezmienne od lat – mówi Beta Zajączkowska.

Rzym jest najpiękniejszym miastem na świecie. By to docenić trzeba dać sobie czas. Każdy kolejny krok po rzymskim bruku sprawia, że coraz bardziej zakochujemy się w Wiecznym Mieście i – mimo różnorodnych przeszkód i dziwactw – chcemy tutaj powracać. To takie miasto, które trzeba kosztować małymi krokami i małymi kęsami, odkrywając miejsca, smaki i atmosferę, która choć w tym mieście daleka jest od dolce vita, to jednak pozwala rozsmakować się w Italii. Tylko w Rzymie spotkałem emerytowanego przewodnika turystycznego, który powiedział mi, że choć oprowadzał zwiedzających przez czterdzieści lat, to ciągle odkrywa coś nowego… Zabytki, piękne widoki i – mimo wszystko – rewelacyjna kuchnia pomagają poradzić sobie z wszelkimi niedogodnościami, wszak wszystkie drogi prowadzą właśnie do Rzymu.

Absolwent filologii polskiej, dziennikarstwa i teologii. Pracował w Gazecie Częstochowskiej, Radiu Jasna Góra i Radiu Watykańskim. Obecnie dyrektor jezuici.pl, autor Podcastu Jezuickiego i Męskiego Punktu Widzenia. Jego pasją i sposobem na relaks jest czytanie książek i jazda na rowerze.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Dlaczego nie warto spędzić wakacji w Rzymie? Po trzech latach w Wiecznym Mieście powiem wam o tym, co ukrywają biura podróży  
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.