Tam, gdzie życzliwość jest sposobem na przetrwanie. Dwa tygodnie na Alasce [REPORTAŻ]
Latem Alaska wita kosmicznymi cenami w wypożyczalniach samochodów, deszczową pogodą oraz milionami komarów, których ukąszenia wywołują obrzęki i nieprawdopodobne swędzenie. A jednak ten odległy i dziewiczy stan ma w sobie coś, co rekompensuje wszystkie niedogodności. I wbrew pozorom nie są to (tylko) zapierające dech w piersiach krajobrazy. O tym jednak przekonywałem się stopniowo, odkrywając dopiero pod koniec podróży, co jest największym skarbem Alaski.
Lato to czas podróży, urlopów i odwiecznego pytania: gdzie wyjechać? Doskonale znamy ten dylemat, dlatego chcemy Wam pomóc. W każdy piątek wakacji zabierzemy Was do miejsc, które darzymy szczególnym sentymentem i do których zawsze chętnie wracamy, nawet jeśli nie są pozbawione wad. Podzielimy się sprawdzonymi wskazówkami, pokażemy ukryte perełki i podpowiemy, jak najlepiej odkryć to, co dany region ma do zaoferowania.
Lot z Frankfurtu do Anchorage trwał około dziesięciu godzin, a z samolotu, który skrócił trasę przez biegun północny, rozpościerały się widoki na Grenlandię, skute lodem Morze Baffina i bezkresny Ocean Arktyczny.
Fot. Piotr Kosiarski
Pierwszą rzeczą, którą ja i moich trzech towarzyszy zrobiliśmy po wylądowaniu, było wypożyczenie samochodu. Biały Nissan Versa z tablicą rejestracyjną ozdobioną wizerunkiem niedźwiedzia grizzly kosztował więcej niż bilety lotnicze i kolejowe, żywność, wynajem kajaków oraz noclegi na kempingach razem wzięte. Innego wyjścia jednak nie było - bez samochodu na Alasce ani rusz.
Nie był to jednak jedyny wydatek na starcie. Tuż przed opuszczeniem Polski widziałem na Instagramie słynne w 2023 roku nagranie turystów z Alaski, którzy krzykami odstraszali potężnego grizzly biegnącego w ich stronę (na jednej z przeróbek najgłośniej krzyczący mężczyzna miał na siedzeniu spodni brązową plamę). Właśnie dlatego zaparkowaliśmy przed sklepem outdoorowym w Anchorage (takim, w którym są quady, łodzie oraz wypchane niedźwiedzie polarne) i oprócz butli gazowej do palnika kupiliśmy spray na niedźwiedzie. Następnie zrobiliśmy zakupy spożywcze i ruszyliśmy przed siebie. Moi towarzysze szybko zasnęli, a ja nie mogłem uwierzyć, że w końcu trzymam w rękach kierownicę, a przede mną jest Alaska!
Fot. Piotr Kosiarski
Góra, nad którą nie zachodzi słońce. Nasz pierwszy nocleg znajdował się pod najwyższą górą Ameryki Północnej, sześciotysięcznikiem Mount McKinley (dawniej Denali), wokół którego rozciąga się najbardziej znany i najłatwiej dostępny spośród ośmiu parków narodowych Alaski.
Ponieważ na polu namiotowym nie było pryszniców (w USA właściciele kempingów zakładają, że prysznic jest na wyposażeniu kampera), zadowoliliśmy się kąpielą w lodowatej rzece, wystawiając ciała na żer dla wiecznie spragnionych krwi komarów.
Następnego dnia - pokąsani i opuchnięci - wsiedliśmy do autobusu jadącego w głąb parku, licząc, że uda nam się zobaczyć choćby skrawek lodowej kopuły McKinleya. Jest on tak wysoki i tak bardzo wysunięty na północ, że latem, gdy słońce tylko nieznacznie chowa się za horyzont, a niebo jest bezchmurne, jego wierzchołek przez cały czas oświetlają promienie słoneczne. Tym razem jednak góra uparcie kryła się w chmurach. Zamiast niej oglądaliśmy białe owce Dalla, spokojnie pasące się na zboczach dolin.
Fot. Piotr Kosiarski
"Into the Wild". Alaska, choć od dziesięcioleci przyciąga podróżników z całego świata, zyskała jeszcze większy rozgłos dzięki ekranizacji książki Jona Krakauera "Into the Wild". Jej bohater, dwudziestoczteroletni Christopher McCandless, wyruszył w samotną podróż po Stanach Zjednoczonych, której zwieńczeniem było spędzenie kilku miesięcy w alaskańskiej dziczy. Gdy dotarł na miejsce, zamieszkał w porzuconym, stojącym przy nieistniejącej już drodze autobusie numer 142. To właśnie ten zardzewiały wrak - a właściwie historia jego mieszkańca, który spędził w nim ostatnie miesiące swojego życia - stał się jednym z powodów, dla których tak bardzo chciałem odwiedzić Alaskę.
Oryginalny pojazd nie znajdował się już jednak pośrodku alaskańskiej dziczy. Kilka lat wcześniej przetransportowano go śmigłowcem do Fairbanks, ponieważ tysiące turystów, próbując dotrzeć do niego, przeprawiało się przez niebezpieczną rzekę Teklanika - tę samą, która odcięła McCandlessa od cywilizacji. Kolejne akcje ratunkowe i tragiczne wypadki sprawiły, że władze zdecydowały się na zabranie pojazdu, przeniesienie go na teren Uniwersytetu Alaski w Fairbanks i odrestaurowanie.
Fot. Piotr Kosiarski
Gdy dotarliśmy na teren kampusu, autobus stał w podziemnym warsztacie, oddzielony od nas szklanymi drzwiami. Nie udało nam się do niego podejść, ale oczami wyobraźni zobaczyłem słynną fotografię przedstawiającą uśmiechniętego McCandlessa, opartego plecami o ścianę swojego "domu", grzejącego twarz w promieniach letniego słońca. Niedługo po wykonaniu tego zdjęcia mężczyzna zmarł, a jego ciało znaleziono zawinięte w śpiwór w środku autobusu. W jednej z książek, które zabrał na samotną wyprawę, widniało zapisane ołówkiem zdanie, które po latach stało się symbolem jego historii: "Szczęście jest prawdziwe tylko wtedy, gdy się nim dzielimy".
Chociaż nie mogliśmy podejść do autobusu, ostatecznie udało mi się zrobić zdjęcie podobne do tego, które ma McCandless. Było to możliwe, ponieważ na potrzeby ekranizacji książki Krakauera wykorzystano wierną replikę pojazdu, która dziś stoi przed browarem 49th State Brewing niedaleko Parku Narodowego Denali. Dotarliśmy tam kilka dni później.
Fot. Piotr Kosiarski
Kierowca tira i most nad Jukonem. Zostawiając Fairbanks za sobą, ruszyliśmy na północ, w stronę rzeki Jukon. Całą Alaskę z północy na południe przecina Dalton Highway - droga zbudowana do obsługi biegnącego wzdłuż niej rurociągu. Choć w nazwie ma "highway", daleko jej do autostrady. To szutrowa trasa, miejscami trudna do pokonania samochodem osobowym, przecinająca jedną z najbardziej ikonicznych rzek Alaski, płynącą przez samo serce dzikiego pustkowia. Ponieważ aż do Fairbanks mijaliśmy po drodze wiele stacji benzynowych, a przed Jukonem znajdowała się jeszcze jedna "miejscowość", zignorowaliśmy fakt, że bak był już do połowy pusty. Jak się później okazało, był to spory błąd.
Przekonaliśmy się o tym dopiero po minięciu wspomnianej "miejscowości", która okazała się po prostu leśnym skrzyżowaniem (w północnej Alasce definicja tego, co nazywamy "miejscowością", bardzo się zmienia). Właśnie wtedy dotarło do nas, że jeśli nad Jukonem nie zatankujemy samochodu, będziemy mieli poważny problem. O radę pozostało zapytać kogoś, kto powinien znać trasę, a więc kierowcę stojącej na poboczu ciężarówki. Wtedy po raz pierwszy przekonałem się, jak wygląda alaskańska gościnność.
Gdy zatrzymałem samochód kilkanaście metrów od stojącego na poboczu tira, kierowca natychmiast wyszedł z kabiny i ruszył w naszą stronę. Nie musieliśmy nawet pytać - sam chciał wiedzieć, czy czegoś nie potrzebujemy. Gdy jednak zapytaliśmy go, czy nad Jukonem uda nam się zatankować, pokręcił głową. "Niestety, nie wiem" - odpowiedział. Po chwili uważnie spojrzał na nas i na nasz samochód, po czym powiedział: "Uważajcie na siebie, bo to bardzo niebezpieczna droga".
Fot. Piotr Kosiarski
Postanowiliśmy jednak zaryzykować. Im bliżej było do rzeki, tym więcej aut miało na dachach lub przyczepach pickupów kanistry z paliwem. Wokół była tylko tajga. Zero zabudowań, zasięgu, asfaltu. I właśnie to bezkresne pustkowie było w tym wszystkim najbardziej ekscytujące. Co jakiś czas z nieba kropił deszcz, innym razem nad niekończącymi się wzgórzami odsłaniał się kawałek błękitnego nieba. W końcu droga zaczęła opadać, a przed nami ukazał się Jukon, który do tej pory znałem tylko z czytanych w dzieciństwie książek przygodowych.
Jak później się okazało, mniej więcej w tym samym czasie, w którym dotarliśmy nad rzekę, płynął nią przez 250 kilometrów, w samym czepku i kąpielówkach, Leszek Naziemiec, polski sportowiec znany m.in. z ekstremalnego pływania w lodowatych wodach (link do wywiadu z Leszkiem, który przeprowadziłem po powrocie).
Nad Jukonem na szczęście była stacja benzynowa (niewielka naziemna cysterna z dystrybutorem i wyjątkowo drogim paliwem), dzięki której mogliśmy napełnić bak. Był tam również motel z barem jak z amerykańskich filmów, w którym pracowała… Polka. Spędziliśmy tam zaledwie chwilę, ale to wystarczyło, by się zachwycić. Spacer po rozpiętym nad rzeką moście, pośród bezkresnej dziczy, zaledwie kilkanaście kilometrów od koła podbiegunowego wspominam jako najbardziej ekscytujący moment całej wyprawy.
Fot. Piotr Kosiarski
Chłód z górskich sztolni. Następnego dnia postanowiliśmy złapać oddech i odpocząć w gorących źródłach. Przed nami była bowiem daleka droga na południowy wschód, prowadząca do położonej na obrzeżach Parku Narodowego Wrangla-Świętego Eliasza kopalni Kennicott. Ten nieczynny już ośrodek górniczy z końca XIX wieku był przeznaczony do wydobycia i obróbki miedzi. Chociaż wcześniej czytałem o nim w przewodnikach, dopiero po dotarciu na miejsce okazało się, jak ogromny był rozmach Kennicott. Sieć specjalnych kolejek linowych dostarczała rudę miedzi ze sztolni ukrytych w górach do centralnego ośrodka, potężnej kaskadowej konstrukcji, w której surowiec poddawany był obróbce, a następnie przewożony specjalną linią kolejową do portu i wysyłany na południe.
Na terenie kopalni oglądaliśmy wnętrza biur, robotniczych mieszkań i sklepu. Wszystko zachowało się w surowym, industrialnym klimacie. Zaglądając do wnętrza olbrzymich drewnianych hal, pełnych zachowanego do dziś górniczego sprzętu, wyobrażałem sobie, jak tętniącym życiem musiało być to miejsce, podobnie jak położone u jego stóp miasteczko McCarthy, które po zamknięciu kopalni niemal opustoszało. Ale nie tylko kopalnia mnie zachwyciła.
Fot. Piotr Kosiarski
Sam Park Narodowy Wrangla-Świętego Eliasza to pokryta lodowcami grupa wulkanów, wyrastająca pośrodku tajgi. To właśnie z prowadzącej do nich drogi pochodzą ikoniczne zdjęcia prostego odcinka szosy z charakterystycznymi żółtymi liniami, znikającej daleko w ośnieżonych górach.
Fot. Piotr Kosiarski
Kennicott to nie jedyny przykład determinacji człowieka, który próbował wydrzeć z alaskańskiej ziemi ukryte bogactwa. 340 kilometrów na wschód znajduje się kopalnia złota Independence, do której dotarliśmy po kilku dniach. Choć została zamknięta znacznie później niż Kennicott, jej infrastruktura - z wyjątkiem odnowionej bocznicy kolejowej - jest dziś w opłakanym stanie. Ze znajdujących się za żelazną kratą szybów i sztolni wciąż jednak wydobywa się chłód tak przeszywający, że już po kilku chwilach spędzonych w wilgotnym powietrzu trudno było nie pomyśleć o robotnikach, którzy przez lata pracowali w tych ciemnych, zimnych korytarzach.
Fot. Piotr Kosiarski
Amerykanie na holu. Aby przyjrzeć się z bliska alaskańskim lodowcom, można wybrać się na trekking po poprzecinanym szczelinami polu lodowym albo podpłynąć kajakiem pod czoło jednego z nich. Ponieważ kajakowanie wśród gór lodowych znajdowało się na bucket liście kolegi, jeszcze przed wyjazdem wykupiliśmy wycieczkę i - po przyjeździe do Valdez - od razu udaliśmy się do biura organizującego takie wyprawy.
Dwie godziny później, po pokonaniu kilkunastu kilometrów busem, ubrani w gumowe wodery, weszliśmy do kajaków na brzegu lodowej laguny. Oprócz naszej czwórki i przewodnika Roba dołączyła do nas jeszcze para Amerykanów - w sumie trzy kajaki.
Im bardziej zbliżaliśmy się do potężnego lodowego czoła, tym fale stawały się większe, a powietrze przeszywało chłodem. Czuć było, jak od lodowca w dół doliny spływa katabatyk - zimna masa gęstego powietrza, nazywana wiatrem lodowcowym. To on odpowiadał za fale. W dodatku zaczął padać deszcz. W takich warunkach kilkugodzinne wiosłowanie nie należało do łatwych, ale piękno błękitnych gór lodowych dryfujących po lagunie wynagrodziło trud, podobnie jak gorąca czekolada, którą przygotował przewodnik.
"Macie szczęście" - powiedział, mieszając słodki napój. "Lodowiec najlepiej wygląda właśnie przy takiej pogodzie".
Gorąca czekolada dodała nam sił przed drogą powrotną. Były potrzebne, bo wiatr i fale nie odpuszczały. Przekonali się o tym Amerykanie, których Rob musiał wziąć na hol.
Fot. Piotr Kosiarski
Miasto w bloku. Kilka lat przed wyprawą oglądałem dokument o chyba najdziwniejszym budynku na Alasce - Begich Towers w miejscowości Whittier. Ta niegdyś najwyższa konstrukcja w stanie, nazywana jest "miasteczkiem w bloku", bo znajduje się w niej niemal wszystko, co potrzebne do życia - od poczty i komisariatu policji, przez sklep i biuro burmistrza, po kościół.
Do Whittier można dostać się jedynie statkiem albo tunelem, z którego korzystają zarówno samochody, jak i pociągi. Problem polega na tym, że tunel jest bardzo wąski i jednocześnie może korzystać z niego albo pociąg, albo samochody. Gdy podjechaliśmy pod wlot czterokilometrowej przeprawy, właśnie korzystał z niej towarowy skład, ciągnięty przez trzy lokomotywy z silnikami Diesla. Musieliśmy odczekać dwadzieścia minut, aż tunel przewietrzy się na tyle, by samochody mogły wjechać do środka. Ale nawet wtedy powietrze było gęste od niebiskich spalin.
Chociaż po kontynentalnej stronie gór świeciło słońce, za górami pogoda była zupełnie inna - wilgoć, deszcz i zimny wiatr wiejący od fiordu potęgowały uczucie izolacji. Begich Towers rzeczywiście tam stał, ale wcale nie był jedynym budynkiem (to pokazuje, jak łatwo zmanipulować rzeczywistość, nawet w dokumencie). Mimo to jego rozmiar i fakt, że mieszkańcy - jeśli chcą - nie musza w ogóle go opuszczać, i tak robiły ogromne wrażenie. Nawet szkoła, która znajduje się poza budynkiem, została połączona z nim podziemnym przejściem.
Moją uwagę przykuły świetlice na wyższych piętrach. Niestety podczas naszej wizyty były puste, podobnie jak korytarze - odpowiedniki ulic. Begich Towers, choć zamieszkane, sprawiało wrażenie miasta pogrążonego w izolacji.
Fot. Piotr Kosiarski
"Słodki" miś i spray na niedźwiedzie. Ponieważ ze wszystkich środków transportu najlepiej czuję się w pociągu, postanowiłem namówić towarzyszy na przejazd fragmentem Alaska Railroad, linii kolejowej łączącej Fairbanks z Seward. Żeby było taniej, ustaliliśmy, że dwie osoby pojadą z Anchorage do Seward pociągiem, a pozostałe dwie samochodem. W Seward mieliśmy się zamienić.
Los sprawił, że znalazłem się w ekipie jadącej porannym pociągiem. Choć perspektywa bardzo wczesnej pobudki nie napawała optymizmem, wszystko zmieniło się, gdy zająłem miejsce w wagonie z kopułą widokową. Od tej chwili trudno było oderwać wzrok od otaczającego nas krajobrazu.
Fot. Piotr Kosiarski
Skład najpierw ruszył na wschód, wzdłuż północnego brzegu Zatoki Cooka. Przez pewien czas tory biegły równolegle do Seward Highway, lecz na końcu zatoki ostro skręciły na południe, zostawiając nie tylko drogę, ale i wszelkie ślady cywilizacji. Nagle pociąg stał się samotną wyspą pośrodku dzikiej przyrody, zmierzającą prosto w serce pokrytych lodowcami gór. Za oknem co chwilę pojawiał się kolejny malowniczy szczyt, kanion z rwącą rzeką albo wodospad. Kulminacją podróży była pętla, po której pociąg wspiął się wysoko na zbocze, tuż obok spływającego z gór lodowca.
Fot. Piotr Kosiarski
W pewnym momencie jedna z pasażerek krzyknęła: "Patrzcie, jaki słodki!" (słowo "słodki" powtórzyła kilka razy). Na jednym z drzew siedział młody niedźwiadek, spokojnie przyglądający się machającym ku niemu podróżnym. Po półtora tygodnia wożenia sprayu na niedźwiedzie jedynym drapieżnikiem, którego spotkaliśmy, był ten mały, "słodki" miś.
"Jestem kobietą z Alaski. Zawsze mam przy sobie nóż". Pod koniec wyjazdu, mając już dość śmieciowego jedzenia (w USA prawie każda żywność przetworzona jest śmieciowa, a my kupowaliśmy tylko najtańsze puszki z dolnych półek), zapragnęliśmy zjeść coś zdrowego. Zachęceni radą pracownika jednego ze sklepów outdoorowych kupiliśmy masło, pieprz, sól i wybraliśmy się do miejscowości Kasilof (rosyjsko brzmiące nazwy to pamiątka dawnej przeszłości Alaski).
"Bez problemu dostaniecie tam za grosze świeżego łososia, prosto z rzeki" - zapewniał.
Gdy późnym popołudniem dotarliśmy na miejsce, ostatni wędkarze zwijali się już z łowisk i chociaż już czuliśmy smak smażonej ryby, żaden z pakujących sprzęt mężczyzn nie chciał nawet słyszeć o sprzedaży zdobyczy.
"Jedyna ryba, jaką w życiu zjadłem, to taka, którą sam złowiłem" - powiedział jeden z nich, a my czuliśmy, jak perspektywa posiłku oddala się bezpowrotnie. Głodni i zawiedzeni postanowiliśmy odwiedzić pobliski bar i zapytać choćby o sklep, w którym kupimy do jedzenia cokolwiek.
Kolorowy neon z napisem "Open" po raz kolejny przywołał skojarzenia z amerykańskimi filmami. W środku było tylko kilka osób, lada, parę stolików i bilard. W telewizji leciał jakiś mecz, ale i tak nikt go nie oglądał. O rybę zapytaliśmy stojącą za ladą barmankę.
"Tutejsze prawo zabrania sprzedawania złowionych ryb. Każda rodzina może złowić tylko tyle, żeby starczyło na zimę" - odpowiedziała.
Kiedy jednak zapytaliśmy, czy w okolicy jest sklep, spojrzała na nas, jakby oceniając, jak bardzo jesteśmy głodni. Po chwili zniknęła na zapleczu i wróciła z siatką.
"Nie mogę wam sprzedać ryb, ale mogę wam je dać".
W środku leżały dwa gigantyczne łososie.
Fot. Piotr Kosiarski
Takiego obrotu spraw nikt z nas się nie spodziewał. Gdy zaczęliśmy dziękować, odezwała się druga kobieta, która do tej pory siedziała przy stole. Przedstawiła się jako Candy.
"Wiecie, jak oprawić te ryby?" - zapytała. Gdy z zażenowaniem przyznaliśmy się, że mamy ze sobą jedynie plastikowe sztućce, wyszła do samochodu i po chwili wróciła z wielkim, naostrzonym nożem.
"Jestem kobietą z Alaski. Zawsze mam przy sobie nóż" - powiedziała, po czym zabrała się za patroszenie ryb.
"Nauczyła mnie tego mama. Moja siostra się tym brzydzi" - powiedziała, oddzielając od rybich wnętrzności ikrę, której nie pozwoliła nam wyrzucić.
"To bardzo ważna część ryby" - dodała.
Tego wieczoru zjedliśmy najsmaczniejszy posiłek podczas całej podróży. W dodatku w pięknym miejscu, na porządnym kempingu w Homer, rybackim mieście położonym na otoczonej górami morskiej mierzei. Podsmażone na maśle łososie były wyśmienite i tak syte, że najedliśmy się wszyscy. Surowa, czerwona ikra nie była tak smaczna, ale również ją zjedliśmy.
Fot. Piotr Kosiarski
Po gorącym prysznicu (tym razem gospodarz kempingu pomyślał o śpiących pod zwykłym namiotem) wypiliśmy piwo w Salty Dawg Saloon, latarni morskiej zamienionej na bar. Był to najbardziej alaskański i klimatyczny wieczór podczas całej podróży.
Fot. Piotr Kosiarski
Po dwóch tygodniach spędzonych na Alasce przekonałem się, że ten najbardziej odosobniony, dziki i dziewiczy stan to coś znacznie więcej niż bezlitośnie kąsające komary i wypchane niedźwiedzie polarne w sklepach outdoorowych. Nawet zapierające dech w piersiach krajobrazy nie wyczerpują jego definicji. Alaska to przede wszystkim ogromna, pusta i trochę niebezpieczna przestrzeń, w której można spotkać ludzi dużo bardziej życzliwych, niż wymaga tego zwykła codzienna grzeczność. Nieważne, czy spotyka się kierowcę tira, przewodnika kajakowego czy kobietę pracującą w barze. Wszyscy wiedzą, że warto być uprzejmym i gotowym nieść pomoc, bo nigdy nie wiadomo, kiedy samemu będzie się jej potrzebować.
To właśnie do spotkań z ludźmi ostatecznie prowadzi każdy szlak, nawet najbardziej dziki i odosobniony. Przekonał się o tym Chris McCandless. I przekonałem się o tym ja - podczas mojego własnego "Into the Wild".
Dziękuję, że przeczytałeś/przeczytałaś ten reportaż do końca. Sięgnij po więcej moich artykułów, odwiedź mojego bloga lub kup książkę, którą napisałem.


Skomentuj artykuł