Jej przepisy znają miliony Polaków. Tak siostra Anastazja opowiadała o swoim życiu

Jej przepisy znają miliony Polaków. Tak siostra Anastazja opowiadała o swoim życiu
fot. Dariusz Kobucki / Studio INIGO
Logo źródła: WAM Sławomir Rusin, Siostra Anastazja Pustelnik / DEON.pl / red.

Przez lata gotowała dla innych, tworzyła przepisy i pomagała kolejnym pokoleniom odkrywać radość ze wspólnego przygotowywania posiłków. Sama mówiła jednak, że swoją pracę wykonywała przede wszystkim z miłości do Boga. Dziś, w dniu pogrzebu Siostry Anastazji, wracamy do rozmowy, w której opowiadała o swoim życiu, powołaniu i gotowaniu, które stało się jej sposobem służenia innym. Publikujemy fragment książki „Siostra Anastazja. Życie pełne smaku”. 

Sławomir Rusin: Ktoś pomagał w nauce gotowania czy do wszystkiego doszła Siostra sama? 
Siostra Anastazja: Trochę zapamiętałam z nauk mamy. Pomagały mi też niektóre sąsiadki, starsza siostra, która mieszkała już poza domem… Jak sobie z bratem ugotowaliśmy, tak też zjedliśmy. Musieliśmy sobie jakoś radzić. Na szczęście bardzo dobrze się dogadywaliśmy, nie było między nami żadnych konfliktów. 

Wspomniała Siostra wcześniej, że po śmierci mamy wyjechała do pracy w Czechosłowacji…

Nie od razu. Myślę, że miało to miejsce jakieś trzy lata po odejściu mamy. Nasza sytuacja materialna była bardzo trudna, a jako młoda dziewczyna chciałam – jak każda kobieta – pięknie wyglądać, mieć jakąś ładną sukienkę. Dorabiałam więc przy różnych pracach, np. przy sadzeniu lasu. Były to jednak prace sezonowe, dość krótkie i niezbyt dobrze płatne. Dlatego postanowiłam znaleźć jakąś stałą pracę. Tym bardziej że brat się ożenił, więc było mi łatwiej zostawić go na gospodarce. I tak trafiłam do huty szkła w Czechosłowacji. 

W jaki sposób się tam Siostra dostała? 
W czasach mojej młodości na wsi nie było telefonów. Ludzie przekazywali sobie informacje, ogłoszenia za pomocą wędrującej od domu do domu kartki, którą określaliśmy mianem „motyl”. 

Dziś powiedzielibyśmy pewnie „newsletter”. „Motyl” ma trochę więcej uroku. 
Też mi się tak wydaje. 
Pewnego dnia natrafiłam w jednym z takich „motyli” na ogłoszenie o pracę w Czechosłowacji. Trzeba było wysłać zdjęcie i dane osobowe. Organizatorzy załatwiali resztę formalności, wyrabiali nawet paszport. Zgłosiłam się więc, przyjęto mnie i po jakimś czasie wyjechałam. Tak jak chciałam, zarobiłam trochę pieniędzy, kupiłam sobie sukienkę, bratu też kilka rzeczy. 
Praca w hucie była ciężka? 
Bardzo. Źle ten czas wspominam. Mieszkałam w miejscowości Valašské Meziříčí, a pracowałam przy produkcji kloszy do lamp w oddalonym o dwadzieścia kilometrów miasteczku Vsetín. Nie można było się spóźnić na autobus, bo ten odjeżdżał punktualnie i nie było innego sposobu, by dostać się do zakładu pracy. Czasem więc budziłyśmy się odpowiednio wcześnie, przebierałyśmy się w ubranie robocze i zasypiałyśmy, siedząc przy stole. Kiedy autobus zajeżdżał, schodziłyśmy na dół. Śniadanie jadłyśmy w pracy. Później przeniosłam się do samego Valašské Meziříčí. Tam polerowałyśmy obrazovky, czyli po prostu kineskopy. Czasem dzień pracy trwał szesnaście godzin. Wychodziłyśmy mokre, zarówno od wysokiej temperatury, jak i od wody służącej do mycia ekranów. To był okres niedługo po inwazji wojsk Układu Warszawskiego, więc Czesi nie zawsze traktowali nas dobrze… Pracowałyśmy na akord, a kiedy następowała awaria, Czesi z rozmysłem bardzo wolno reagowali. Oni zyskiwali wolny czas, my traciłyśmy pieniądze. Większość sobót miałyśmy roboczych, podczas gdy Czeszki cieszyły się wolnym dniem. Podobnie było ósmego marca, Dzień Kobiet świętowały tylko Czeszki, my pracowałyśmy. 
Była Siostra przynajmniej zadowolona z finansów? 
Zarabiałam więcej niż w domu, ale to nie były duże sumy. Pamiętam, że kiedy dostałam pierwszą wypłatę i kupiłam sobie oraz bratu jakieś ubrania, od połowy miesiąca głodowałam. Na szczęście niedaleko naszego zamieszkania rosły jabłonie, zbierałyśmy więc owoce, które spadły, i jadłyśmy. Człowiek musiał sobie jakoś radzić, uczył się w ten sposób zarządzania pieniędzmi. 

Długo Siostra pracowała w hutach szkła? 
W sumie dwa lata. 

I właśnie w Czechosłowacji spotkała Siostra kandydata na męża… To było coś poważnego?
Pracowałam wtedy w Valašské Meziříčí. Jak wspomniałam, on był Czechem, dość sympatycznym. Jego mama bardzo mnie lubiła i próbowała nas ze sobą zeswatać. Zapraszała mnie na obiady w sobotę lub niedzielę (w zależności od tego, czy musiałyśmy wtedy pracować), przynosiła mi słodycze, ciasta. To była bardzo miła, dobra rodzina, ale – mimo całej sympatii – nic z tego nie wyszło. Nasze losy potoczyły się inaczej. Wizja małżeństwa w ogóle mnie nie pociągała. Już wkrótce okazało się dlaczego. 
Pojawiła się myśl o klasztorze. Jak Siostra dowiedziała się o Zgromadzeniu Córek Bożej Miłości, do którego wstąpiła? 
Po zmianie fabryki mieszkałam w pokoju z dziewczyną, której siostra była w tym zgromadzeniu. Słyszałam więc opowieści o zakonie. I zaczęłam coraz bardziej się nim interesować. Od koleżanki dostałam adres klasztoru i z jej pomocą napisałam do sióstr z informacją, że chcę wstąpić, ale pod warunkiem, że nie jest to zakon kontemplacyjny. (śmiech) Nie był. Przyszła odpowiedź i pojechałam. 

Nasz główny dom jest w Krakowie, na ulicy Pędzichów. Miasto zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Pochodziłam przecież z malutkiej, biednej wioski w Bieszczadach. Dom wybudowany przez tatę był niezwykle skromny, a tu piękna kamienica, parkiety… Przeżyłam duży szok. Po rozmowie z przełożoną wiedziałam, że swoją przyszłość chcę związać z tym zgromadzeniem. Wróciłam jeszcze do Czechosłowacji, by dopełnić formalności, a potem jeszcze raz wyruszyłam do Krakowa. Tym razem już na dużo dłużej. Sukienki, które sobie kupiłam za zarobione w hucie pieniądze, na niewiele się więc przydały. 
Wcześniej pojawiała się u Siostry myśl o zakonie? 
Nie. Nie przypominam sobie. 
A wątpliwości co do wybranej zakonnej drogi już po wstąpieniu? 
Miałam taki okres w życiu zakonnym, kiedy przychodziłam na modlitwę do kaplicy (to było rozmyślanie według metody św. Ignacego) i słyszałam bardzo wyraźny głos: „Porzuć to. To nie dla ciebie”. 

I… 
I wtedy zaczęłam się modlić: „Idź precz ode mnie, diable!”. Trwało to kilka tygodni i za każdym razem powtarzałam tę modlitwę. Muszę przyznać, że to było niezwykle wyczerpujące doświadczenie. Po pewnym czasie głos ucichł zupełnie. I od tego momentu nigdy nie miałam wątpliwości, że dobrze wybrałam. Okazuje się, że Zły nawet w kaplicy może kusić. 
Myślę, że to mógł być rodzaj walki duchowej. 
Nie wiem, czy użyłabym tu tak wielkich słów. Może… 

Rozmawiała Siostra z kimś na ten temat, kierownikiem duchowym, przełożoną? 
Nie. Wstydziłam się. Dziś wiem, że niepotrzebnie, że gdybym to zrobiła, być może szybciej uporałabym się z tym głosem. Wiem również, że niektóre wydarzenia, niektóre przeszkody mogą służyć zahartowaniu. I że tam, gdzie pojawia się jakieś dobro, Zły zawsze będzie próbował namieszać. Ale jeśli zaprosimy do tego doświadczenia Boga, pomoże nam je przetrwać. Wtedy wyjdziemy z niego silniejsi, bardziej pewni. 
W klasztorze od razu poznano się na Siostry talencie? Czym się Siostra zajmowała?
Formacja zakonna kładzie na początku nacisk na inne elementy. Kandydatura, postulat, nowicjat – to przede wszystkim czas modlitwy, badania prawdziwości powołania, poznawania charyzmatu zakonu. Jeśli są prace, to nieskomplikowane: sprzątanie, zmywanie, pranie. Niemniej podczas pomagania w klasztorze odkryłam z czasem, że to praca w kuchni najbardziej mnie pociąga. Zatem na pytanie matki przełożonej o to, co chciałabym robić w zakonie, odparłam: „Gotować”.

I tak też się stało. Moją pierwszą placówką po ślubach był Pleszów (niedaleko Nowej Huty), gdzie siostry prowadziły ośrodek dla chorych dzieci. Dziś ten dom zakonny znajduje się w Prusach (gmina Kocmyrzów). Mieszkałam tam trzy lata. W tym czasie wiele nauczyłam się od siostry Ludwiny, za co jestem jej do dziś wdzięczna. Potem przeniesiono mnie do Jastrzębia-Zdroju, gdzie gotowałam dla małych dzieci i dla personelu w zakładzie leczniczo-opiekuńczym. Pracowałam tam dwanaście lat. Wiele z tych dzieci z radością reagowało na dotyk, przytulenie. Było to niezwykle wdzięczne. Z przyjemnością wspominam czas w tym ośrodku. Dalej były Wilkowice koło Bielska-Białej, potem Częstochowa, Warszawa (cztery lata) i znów Kraków… 
Trochę tych placówek Siostra zwiedziła. 
Tak, ale każdy z tych domów miał inną specyfikę. W Częstochowie starałam się odpoczywać i wyleczyć pewne problemy zdrowotne. W Warszawie gotowałam w domu, gdzie mieszkały siostry uczące w szkole. Była to niewielka wspólnota. Najbardziej zestresował mnie dekret o przenosinach do Krakowa i pracy w kuchni jezuitów. Wydawało mi się, że powinnam zmienić zupełnie dotychczasowy sposób gotowania. Kobiety i dzieci jedzą bowiem zupełnie inaczej, wolą lżejsze dania. Pomyślałam: „Jakoś ten rok wytrzymam”, bo tyle pierwotnie miałam pracować. Skończyło się na osiemnastu latach. (śmiech) 
U jezuitów nie gotowała Siostra sama… 
Tak, pracowały ze mną dwie panie. 
I to tam zaczęła Siostra opracowywać swoje przepisy? 
Do systematycznego zbierania i wymyślania nowych przepisów zainspirowała mnie jedna z sąsiadek z Dylągowej, która dorabiała, piekąc i gotując na weselach. Prowadziła taki zeszyt z recepturami i pomyślałam, że ja też powinnam, jeśli chcę porządnie zajmować się kuchnią. Dawniej nie było książek kucharskich, dlatego takie notatki były bardzo ważne. 
I po pewnym czasie pojawili się ojciec Bogdan Całka i brat Grzegorz Sochacki, którzy – zachwyceni ciastami Siostry – postanowili wydać je w formie książkowej. 
A ówczesny dyrektor wydawnictwa był bardzo przeciw. Udało się go jednak przekonać. Zgodę wydać musiała także matka przełożona. Wszyscy się zgodzili i po pewnym czasie książka 103 ciasta siostry Anastazji ujrzała światło dzienne. 
Zawsze wszystko Siostrze wychodziło w kuchni? 
Pamiętam, że kiedyś piekłam ciasto, które trochę „się buntowało”. Pani, z którą pracowałam – jak zauważyłam – co chwilę spoglądała na to, co robię, ale nie komentowała. Ja za to, raz za razem, wpadałam na kolejne pomysły, jak ten wypiek uratować i wcielałam je w życie. W końcu się udało. Usłyszałam wtedy: „Już myślałam, że nic z tego nie będzie. Jak to siostra zrobiła, że tak fajnie wyszło?”. 

Kiedy pracowałam, mieliśmy w kuchni zasadę, zwłaszcza gdy gotowania uczyły się młode osoby, żeby nigdy nie krytykować; nawet jeśli komuś na początku coś nie wyjdzie, trzeba pochwalić. Po jakimś czasie można powiedzieć, że to danie można było jakoś poprawić, inaczej zrobić. Ale zawsze należy to robić delikatnie, żeby nie podcinać skrzydeł. 
Siostra, jak widzę, jest nie tylko świetną kucharką, ale również psychologiem…
Zawsze trzeba zachęcać, chwalić, nie tylko dzieci. Wtedy łatwiej się uczymy. Bardzo ważne jest to, żeby człowiek uwierzył w siebie. I tę wiarę powinniśmy pomóc budować. 

Tym bardziej że gotowanie, zwłaszcza na współczesnych produktach, nie jest tak proste, jakby się wydawało. Mamy wiele dostępnych składników, ale zwykłe masło, budyń, mąka, w zależności od producenta, zachowują się bardzo różnie i nie zawsze praca pójdzie po naszej myśli i według przepisu. Niestety, dziś już mało kto wyrabia własne masło, śmietanę, robi swoje sery czy wędliny. 
Ojciec Stanisław Groń SJ powiedział kiedyś, że należy się Siostrze medal, państwowe odznaczenie nie tyle za przepisy, ile za jednanie, gromadzenie polskich rodzin wokół przygotowywania i spożywania posiłków. Myślę, że to bardzo trafne zdanie. 
Bo posiłki powinno się przygotowywać wspólnie. Zawsze to powtarzam. Oczywiście w miarę możliwości, choćby w dni wolne od pracy. Nie traktujmy osoby, która przyrządza obiad (kobiety czy mężczyzny, bo mężczyźni dziś też świetnie gotują), jak kucharki i kelnera w jednej osobie. Przecież rodzinne przygotowywanie posiłków to dla dzieci radość. Obserwuję to u moich znajomych. Oczywiście najmłodszym można powierzyć tylko najprostsze prace, ale nawet wtedy będą czuły się ważne i potrzebne. 
Siostra gotowała prawie czterdzieści lat. Nie znudziło się? 
Oj nie. Gotowanie sprawiało mi wielką radość. Nigdy mi się nie nudziło, bo każdy dzień mojej pracy był inny. Cały czas coś wymyślałyśmy w kuchni, opracowywałyśmy nowe przepisy, poprawiałyśmy niektóre. Twórcza praca. 
Jeśli pracy towarzyszy radość, efekty stają się widoczne dla wszystkich. Kto wykonuje swój zawód pod przymusem, nigdy nie będzie dobrym specjalistą, niezależnie od tego, czy jest lekarzem, stolarzem, czy nauczycielem. Swoją pracę trzeba lubić. Trzeba też wiedzieć, dla kogo się pracuje. Ja moją pracę wykonywałam z miłości do Pana Jezusa i starałam się tak przygotowywać posiłki, jakby były dla Niego. To mi bardzo pomagało, np. kiedy musiałam gotować dla osób, których nie darzyłam sympatią. 

Trochę szkoda, że to już za mną, ale teraz przynajmniej odpoczną moje nogi. 

A z jakiego przepisu Siostra jest szczególnie dumna? 
Wydaje mi się, że wszystkie są dobre. (śmiech)

 

DEON.PL POLECA

DEON.PL POLECA

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
s. Anastazja Pustelnik FDC, Sławomir Rusin

Przez żołądek do serca. Miliony razy

Swój pierwszy w pełni samodzielny posiłek przygotowała dopiero, gdy miała 17 lat. To było w 1967 roku, dzień po śmierci mamy. Zrobiła ziemniaki z kwaśnym mlekiem. Pierwszy chleb spaliła,...

Skomentuj artykuł

Jej przepisy znają miliony Polaków. Tak siostra Anastazja opowiadała o swoim życiu
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.