Tolkien, wiara i... hobbit

Tolkien, wiara i... hobbit
Prof. Tolkien w Oxfordzie w 1972 roku (fot. summonedbyfells / flickr.com / CC)

"Brak wyobraźni czyni ludzi złymi i okrutnymi" F. Mauriac

Nazywają go "władcą wyobraźni". Urodził się w 1892 roku w południowej Afryce. Jednak wkrótce cała jego rodzina przeniosła się do Anglii. Za sprawą matki, Mabel, która po śmierci męża przeszła na katolicyzm pomimo oburzenia krewnych, John R. J. Tolkien od 8 roku życia wychowywał się jako katolik i pozostał nim do swojej śmierci. Ale dzieciństwa nie miał lekkiego.

DEON.PL POLECA




Ojca stracił w wieku 4 lat, a matkę 8 lat później. Odeszła młodo, na skutek powikłań cukrzycowych, wycieńczona również trudem, by zabezpieczyć dzieciom przyszłość. Dziewięć lat po śmierci mamy, Tolkien nazwał ją w jednym z listów męczennicą, stwierdzając nadto, iż "Bóg dał im matkę, która zmarła wskutek pracy i zmartwienia, aby zapewnić nam [dzieciom] wytrwanie w wierze".

Osieroconymi dziećmi zaopiekował się ks. Francis Morgan, oratorianin, przyjaciel bł. Johna H. Newmana. Wspomagał on młodego Tolkiena materialnie i duchowo w czasie studiów. W liście do swojego syna pisarz wspomina, że ks. Morgan "był dla niego kimś więcej niż ojciec" i że "to od niego nauczył się miłości i przebaczenia".

Jako 16-latek John zakochał się w trzy lata starszej od niego Edith Bratt. Za stanowczą radą, wręcz nakazem, swego mentora, nastolatek ograniczył nieco swoje amory, zagłębiając się najpierw w solidne studia w Oxfordzie, ale relacji z Edith nie zerwał. Na krótki czas wylądował na froncie, ale szybko powrócił, bo nabawił się ciężkiej choroby. John i Edith wzięli ślub w 1916 roku. Wydali na świat trzech synów i córkę. Jeden z nich, również John, został księdzem.

Już we wczesnym dzieciństwie John senior wykazywał niezwykłe zdolności lingwistyczne. Miał głębokie zamiłowanie do języków klasycznych. W szkole podstawowej zaczął pobierać lekcje łaciny i greki, bez których trudno było zdobyć w tamtych czasach solidne wykształcenie. W ciągu życia nauczył się i badał wielu innych języków, szczególnie anglosaksońskich i germańskich. Tworzył też własne - coś w rodzaju hobby - inspirując się starodawnymi językami. Tolkien został profesorem Oxfordu w 1925 roku. Należał też do grupy przyjaciół - akademików, gdzie poznał C. S. Lewisa, który wkrótce stał się jednym z jego najbliższych przyjaciół. W sumie za sprawą Tolkiena, autor "Kronik Narnii" powrócił do chrześcijaństwa.

W święta nie oglądałem "Kevina samego w domu", ale za to uciąłem sobie długą pogawędkę z przyjaciółmi na temat "Władcy pierścieni" J. R.R. Tolkiena. Jest to zresztą moja ulubiona baśń, zarówno w wersji książkowej jak i filmowej. W trakcie naszej rozmowy przypomniałem sobie mało znany esej tego brytyjskiego pisarza o roli baśni w życiu ludzkim, który kiedyś przeczytałem - przeczytaj tekst "Nie bój się wyobraźni"

Religijne korzenie

Nie ulega wątpliwości, iż katolicyzm odegrał ogromną rolę w formowaniu literackiej wrażliwości Tolkiena. Jednak w jego dziełach nigdzie nie natrafimy na bezpośrednią promocję chrześcijaństwa. Profesor cenił sobie szczególnie Eucharystię. Umiłowanie tego sakramentu pozostawił w duchowym testamencie jednemu z synów, pisząc do niego: "Spomiędzy ciemności mego życia, pełnego rozczarowań, kładę ci przed oczy jedną wspaniałą rzecz godną miłości na ziemi: Najświętszy Sakrament. Tam znajdziesz miłość, chwałę, honor, wierność i prawdziwy sposób przeżywania wszystkich twoich miłości na ziemi, których pragnie serce każdego człowieka".

Znajomość Ewangelii sprawiła, że Tolkien podchodził do życia i historii świata z nadzieją. Pomimo ciemności, które dotknęły jego samego i krewnych, wierzył, że ostatecznie nastąpi zwycięstwo, że zło - chociaż wydaje się wszechobecne i potężne - w końcu przegra.

Tę wiarę Tolkien uwiecznił szczególnie na kartach "Władcy pierścieni" - epickiej powieści, która do dzisiaj cieszy się niegasnącym powodzeniem. Trylogię tę przeczytałem stosunkowo niedawno, podczas studiów teologicznych, w wieku dorosłym. Pochłaniałem ją dość długo jako lekturę do poduszki. Nie sądziłem, że znajdę tam tak wiele teologicznych i religijnych inspiracji.

Jest to o tyle dziwne, że we "Władcy pierścieni" nie znajdziemy ani jednej wzmianki o Bogu. Nie pojawia się też słowo o religii. Nie ma kultu i świątyń. Wydaje się, że Śródziemie to świat, w którym bogowie nie istnieją, że jest to rzeczywistość laicka, pogańska, a-religijna. Jednak sam pisarz powiada, że "’Władca pierścieni’ jest oczywiście z gruntu religijnym i katolickim dziełem".

Tolkien nie lubił alegorii, bo wydawała mu się zbyt prosta. Nie podobała mu się bezpośredniość, z jaką C.S. Lewis stworzył "Kroniki Narnii". Autor "Hobbita" nie chciał, aby doszukiwać się w baśniowych bohaterach kolejnych ucieleśnień Chrystusa. Obrał sprytniejszą i skuteczniejszą metodę. Wolał odwoływać się do literackiego mitu, który, jego zdaniem, jest bardziej wymagający, ale za to odsłania znacznie więcej. Chciał, aby to czytelnik utożsamił się z konkretnymi wartościami, które wprawdzie nienazwane, są pochodzenia chrześcijańskiego, choć wiele z nich cechuje również uniwersalizm. Religijne znaczenie dzieła wciela się niejako w samą akcję, odbija w różnych charakterach, obrazach i całym nastroju "Władcy pierścieni". Jest to obecność na poły sakramentalna. Pod znakami i materialną rzeczywistością ukrywa się to, co niewidzialne, ale działające. Myślę, że katolickie rozumienie sakramentalności naznaczyło sposób przedstawiania prawdy o człowieku i świecie w dziełach Tolkiena.

Spójrzmy na kilka możliwych ukrytych nawiązań do chrześcijaństwa. Na czoło wysuwa się idea niemalże kosmicznej walki między dobrem i złem, walki nierównej. Przypomina to zarazem ewangeliczne zmaganie tego, co małe, ubogie, pozornie bez szans, z tym, co silne i ufające tylko w przemoc i lęk. Zwycięstwo, choć opóźnione, należy jednak do "słabszego". W książce dobrze też zarysowuje się konieczność współpracy łaski z człowiekiem. W bitwach, które odmalowuje Tolkien, walczy się do ostatka, pomimo lęku, ale też we współpracy z innymi. Pomoc nadchodzi często wtedy, kiedy wydaje się, że już wszystko stracone. Jednak najpierw trzeba zrobić swoje.

Warto również wspomnieć o wierności, przyjaźni, lojalności, dążeniu do celu pomimo doświadczenia głodu, pragnienia, zimna i zagrożenia życia. Nie bez znaczenia jest też zgoda na cierpienie dla wyższego celu, poświęcenie się dla innych, ufność w działanie Siły Wyższej.

Niektórzy interpretatorzy idą jeszcze dalej. Mimo wszystko dopatrują się w ciężarze dźwiganym przez Froda krzyża Chrystusa, a w chlebie elfów - lembas - symbolu Eucharystii. Specyficzne rozdwojenie Golluma czy nie przywodzi na myśl Pawłowego rozdarcia w człowieku grzesznym, który chce dobra, ale go nie czyni? A tolerowanie Golluma, pomimo jego przebiegłości i dwuznaczności, czy nie przypomina przypowieści o chwaście rosnącym pośród pszenicy, którego Chrystus nie każe wyrywać aż do żniwa? Bez Golluma Frodo nie wrzuciłby pierścienia w ogień Góry Przeznaczenia…

Dobra Nowina okiem fantazji

Baśń, zdaniem Tolkiena, ma wytrącić czytelnika z jego wymoszczonego świata, z którym zanadto się utożsamił i skleił, aby udać się do innego świata, poddać działaniu światła i przemyśleć swoje prawdziwe powołanie. Trzeba uciec od swojskości świata, by zobaczyć "po co zostaliśmy stworzeni" - pisze Tolkien w swoim wykładzie o baśniach. Każe zajrzeć głębiej, zaryzykować zerwanie zewnętrznej powłoki rzeczy, odkryć ich niewidzialną strukturę, aby na nowo rozpoznać znaczenie tego, co oswojone i znane. Innymi słowy, baśń na skrzydłach wyobraźni, która przenosi nas poza czas i przestrzeń, kieruje ku temu, co istotne, odwieczne, a niewidoczne.

Twórca "Hobbita" ukuł swoje własne pojęcie "eukatastrofy". Jest to "nagły szczęśliwy zwrot w opowieści, który przeszywa cię radością ze łzami w oczach" - pisał. W niespodziewanym momencie następuje przełom, który przeprowadza bohaterów z doliny smutku i niepewności do radości i wiary. Jest to, według niego, punkt szczytowy każdej baśni. Trochę przypomina to zabieg literacki greckich tragików, zwany "peripateją", stosowany przez nich, by nagle zmienić bieg akcji i ułożenie okoliczności w ich przeciwieństwo, jednak nie tyle ku lepszemu, ale ku gorszemu, aby zaskoczyć widza, wzbudzić emocje i zmusić go do myślenia. Arystoteles nazywa ten mechanizm najbardziej znaczącym elementem tragedii.

Początki

Prof. Tolkien pierwszy raz opowiedział "Hobbita" swoim dzieciom na dobranoc. Także dla nich pisywał co roku ilustrowane listy od "Ojca Boże Narodzenie" (Letters from Father Christmas). Jednak pierwsza myśl o hobbicie pojawiła się dość niespodziewanie, zważywszy na fakt, że wyobraźnia ludzka nie przejmuje się granicami czasu i przestrzeni. Zaprząta uwagę człowieka, kiedy ma na to ochotę.

Zaczęło się od jednego zdania: "W pewnej norze w ziemi mieszkał sobie hobbit", które Tolkienowi przyszło do głowy, kiedy sprawdzał testy egzaminacyjne studentów. Coś w rodzaju przerywnika. Ale jak się okazało, nie wszystkie rozproszenia są bezpłodną ucieczką. Niektóre przychodzą jako natchnienia, błyski nowych idei, które cisną się na ten świat przez okna ludzkiej wyobraźni.

"Hobbit" to pewnego rodzaju literacki rozbieg przed monumentalnym ciągiem dalszym, czyli "Władcą pierścieni". W pierwszym dziele Tolkiena jest już jednak wszystko, co składa się na baśń. A więc spotkamy w nim znane widzom przygód Froda stwory: krasnoludy, orki, trole, gobliny i elfy. Jest też Galadriela, Gandalf i Saruman. Gollum i wielu innych bohaterów.

"Hobbit" jest chyba bardziej dostosowany do wrażliwości dziecka. W książce jest dużo humoru i gagów. Brakuje jeszcze rozmachu właściwego dla "Władcy pierścieni". Pojawia się znacznie mniej wątków i charakterów. W tej baśni chodzi głównie o przygodę, wędrówkę, o opuszczenie tego, co drogie i cenne, by osiągnąć jeszcze więcej. Hobbicia nora Bilba to w zasadzie podziemny pałac z sypialniami, łazienkami, jadalniami. Zadbane i uporządkowane gniazdko. Wizja pałętania się po odległym i  niebezpiecznym świecie, skoro w domu jest tak miło i przytulnie, zrazu wydaje się Bilbowi niedorzeczna. Jedyne, o czym on marzy, to święty spokój. Bo hobbici z natury są domatorami, lubią dobrze i często zjeść. Wizyta krasnoludów i Gandalfa wszystko zmienia.

Filmowa wersja "Hobbita" to kolejna trylogia Petera Jacksona. Nieproporcjonalna do długości książki. Mam więc nadzieję, że reżyser zrobił wszystko, by widz nie znużył się, lecz dobrze bawił i nauczył się czegoś ważnego. Nie tylko ten najmłodszy. Dorośli też potrzebują dystansu do swojego poważnego świata.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Tolkien, wiara i... hobbit
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.