Dla Tej, co jeszcze nie zginęła…

January Suchodolski - Bitwa pod Somosierrą (fot. Mathiasrex / Wikipedia Coomons)
Józef Kosiarski / pk

"A czyjeż to imię rozlega się sławą, kto walczy za Francję z Hiszpanami krwawo? To konnica polska, sławne szwoleżery, zdobywają cudem wąwóz Somosierry" - pisała o legendarnej szarży polskich szwoleżerów Maria Konopnica.

Był rok 1808… Gwiazda wojennego geniuszu Napoleona Bonaparte błyszczała pełnym blaskiem. Wprawdzie trzy lata wcześniej flota koalicji napoleońskiej została pokonana przez siły angielskie pod dowództwem admirała Nelsona w bitwie pod Trafalgarem (będącej ostatnią wielką bitwą morską drewnianych żaglowców),  jednakże niezwyciężona armia francuska nadal uważana była za najlepsze wojska lądowe w ówczesnej Europie, odnosząc kolejne zwycięstwa i zapewniając cesarzowi uzyskanie coraz większych wpływów na kontynencie.

Wstawał szary, mglisty ranek 30 listopada 1808 roku, gdy wojska francuskie  dowodzone przez samego Napoleona, posuwały się górzystym traktem z północy w stronę Madrytu, w celu opanowania stolicy kraju w którym cesarz zamierzał ustanowić własny porządek polityczny. Do pokonania była obsadzona przez oddziały hiszpańskie górska przełęcz Somosierra, położona na wysokości 1444 merów pomiędzy pasmem Sierra de Guadarrama, a wysokim na ponad 2100 metrów szczytem Pena Cebollera. Wprawdzie Hiszpanie znani byli wówczas zarówno z niewystarczającego wyszkolenia jak i ze słabszego i przestarzałego uzbrojenia, jednakże sprzyjały im w bardzo istotny sposób miejscowe warunki terenowe. Na przełęcz prowadziła stosunkowo wąska, obsadzona topolami, kręta, wyboista i stroma  droga, otoczona z obu stron kamiennymi murkami. Otaczające ją góry o stosunkowo łagodnych zboczach, przypominają raczej nasze Beskidy, mimo znacznej ich wysokości. Jednakże pobliskie stoki i dno doliny usłane były licznymi głazami, co poważnie ograniczało jednoczesne użycie większych sił, a wykonywanie jakichkolwiek manewrów większymi oddziałami było praktycznie niemożliwe. Trakt był tak wąski,  że obok siebie mogło poruszać się najwyżej czterech jeźdźców. Mając świadomość tak korzystnego położenia swoich sił,  dowódca oddziałów hiszpańskich - generał San Juan obsadził ten odcinek drogi czterema bateriami armat (po cztery w każdej), wspieranych oddziałami licznej piechoty i miejscowej partyzantki (Zwycięskie bitwy Polaków, 1808 Somosierra, Iwona Kienzler, wyd. Bellona).

Do wykonania rozpoznania położenia i liczebności sił hiszpańskich został wyznaczony rekonesans złożony z kilkunastu żołnierzy polskiego pułku szwoleżerów w służbie cesarskiej. Formacja ta składała się zasadniczo z synów patriotycznie nastawionego ziemiaństwa polskiego, które miało nadzieję że cesarz Francuzów pomoże odzyskać Ojczyźnie niepodległość. Początków formacji należy szukać podczas pobytu Napoleona na ziemiach polskich w roku 1806, w wyniku którego na mocy cesarskiego dekretu z 9 kwietnia 1807 został powołany  do istnienia właśnie 1. Pułk Szwoleżerów Gwardii Cesarskiej.

Juliusz Kossak - Wzięcie jeńca na przełęczy Somosierra

(fot. Belissarius / Wikimedia Commons)

Rekonesansem dowodził najmłodszy z oficerów - dwudziestoletni podporucznik Andrzej Niegolewski. Rozpoznanie pozwoliło wprawdzie "zasięgnąć języka" biorąc do niewoli hiszpańskiego jeńca, jednakże jeden z Polaków także dostał się w ręce wroga. Obawiając się, że Hiszpanie mogą uzyskać w ten sposób wiadomości o położeniu i liczebności wojsk francuskich, Napoleon wydał rozkaz natychmiastowego forsowania i zdobycia przełęczy. Jednakże kolejno wysyłane oddziały francuskie wracały bez powodzenia, zdziesiątkowane ogniem dział i broni ręcznej ukrytych za skałami Hiszpanów. Wtedy to, nawet wbrew opiniom swoich generałów, cesarz wysłał na przełęcz polskich szwoleżerów. Cesarski rozkaz dotarł do dowodzącego 3. szwadronem pułkownika Jana Kozietulskiego. Dziś wielu historyków uważa, że cesarzowi chodziło raczej o dokonanie ponownego rozpoznania bojem pozycji wroga niż o zdobywanie przełęczy tak szczupłymi siłami (Zwycięskie bitwy Polaków, 1808 Somosierra, Iwona Kienzler, wyd. Bellona).

Pułkownik Jan Leon Kozietulski (fot. Mathiasrex / Wikimedia Commons)

Kozietulski uznał, że zadanie można wykonać korzystając wyłącznie z wąskiej i jedynej drogi. Do ataku ruszyło około dwustu jeźdźców, uformowanych w wąską kolumnę: kolejno 3. i 7. kompania pod dowództwem rotmistrzów (kapitanów): Jana Dziewanowskiego i Piotra Krasińskiego. Kozietulski wydał rozkaz ataku z okrzykiem: "Naprzód! Niech żyje cesarz!"… Niektóre źródła, oparte głównie na późniejszych pamiętnikach uczestników szarży, wspominają że było to zgoła inne zawołanie, bardziej właściwe żołnierskiej fantazji: "Naprzód psiekrwie, cesarz patrzy!"...

Oddana z odległości kilkuset metrów salwa pierwszej baterii hiszpańskich armat zmieniła atak w kłębowisko ludzi i koni. Na szczęście - oficerom udało się przywrócić porządek i ponowić atak mimo strat w ludziach i koniach. Niestety, Hiszpanom udało się po raz drugi załadować działa i wystrzelić. Straty wśród atakujących były już znacznie większe ale nie przerwano szarży, zdobywając pierwszą baterię.

Atak na odległą o kilkaset metrów drugą baterię trwał. Tym razem hiszpańscy kanonierzy zdążyli oddać tylko jedną salwę. Padli kolejni zabici i ranni, padły kolejne wierzchowce wśród których był koń Kozietulskiego, który zmuszony był pieszo wrócić do podnóża doliny, a dowodzenie przejął rotmistrz Dziewanowski. I tak jak poprzednio atakujący roznieśli na szablach obsługę dział drugiej baterii i osłaniającą ich piechotę. Zaczynało jednak dawać znać o sobie zmęczenie zarówno ludzi, jak i koni.

Trzecia bateria także zdążyła oddać tylko jedną salwę, która spowodowała jednak bardzo dotkliwe straty, a 3. kompania praktycznie przestała istnieć. Dziewanowski w ataku na tę baterię stracił nogę (zmarł od ran kilka dni później w wojskowym szpitalu w Madrycie)… Lecz i tym razem kolejna  bateria została zdobyta i unieszkodliwiona.

Ostatnia, czwarta bateria znajdowała się na szczycie przełęczy, około pół kilometra wyżej. Obsługa i osłona dział była tu najliczniejsza... Hiszpanie nie mieli nawet załadowanych dział, nie spodziewając się że atakujący dotrą aż tak wysoko. Jednak zmęczenie pozostałych przy życiu i jeszcze nie rannych około czterdziestu szwoleżerów a zwłaszcza koni było tak wielkie, że tylko resztkami sił dotarli do celu ataku. Tylko dzięki znacznemu spowolnieniu tempa natarcia, działa zdążono załadować i ta salwa ostatniej baterii wraz z ogniem broniącej jej piechoty hiszpańskiej dokonały największego spustoszenia. Jedynym zdolnym do walki oficerem pozostał Niegolewski, który z kilkoma zaledwie ludźmi rzucił się na piechurów broniących armat. Gdy padł pod nim ranny i zmęczony koń,  on sam otrzymał dziesięć pchnięć bagnetem i cios szablą w głowę. Przeżył jedynie dlatego, że udał martwego… Dopiero wtedy na odsiecz dotarł pluton francuskich strzelców konnych, którzy z pozostałymi Polakami z innego szwadronu rozpędzili Hiszpanów, urządzając pościg za niedobitkami. Wkrótce po bitwie ciężko ranny Niegolewski (był pewny że umiera) został jako pierwszy ze szwoleżerów odznaczony przez Napoleona krzyżem Legii Honorowej. Niegolewski przeżył jeszcze pięćdziesiąt lat i brał udział w powstaniu listopadowym (Zwycięskie bitwy Polaków, 1808 Somosierra, Iwona Kienzler, wyd. Bellona).

Szarża polskich szwoleżerów pod Somosierrą która trwała około 8 - 10 minut, podczas której z prędkością prawie 20 km na godzinę i 700 metrów pod górę, pokonali oni odległość 2,5 kilometra dzielącą ich od szczytu, jest dziś uznawana przez znawców zagadnienia za jedną z najlepiej przeprowadzonych w historii.

Dziś miejsce bitwy w niczym nie przypomina ówczesnego szlaku komunikacyjnego z przed dwustu przeszło  lat. Obecnie przez przełęcz przebiega dwupasmowa autostrada łącząca Burgos z Madrytem, podwójnym tunelem pokonująca najwyższą część wzniesienia. Nawet stary trakt "napoleoński" będący miejscem szarży polskich kawalerzystów, zmienił się bardzo od tamtych dni. Oprócz współczesnej choć niezbyt licznej zabudowy, stoi tu jednak niewielka kaplica pod wezwaniem Matki Bożej Samotnych (La Eremita Nuestra Senora de la Soledad), będąca pamiątką tamtych czasów i jednocześnie  pomnikiem poświęconym poległym. A w jednej z jej ścian, wmurowana brązowa tablica z polskim godłem państwowym i napisem: "Polskim bohaterom Somosierry 30 listopada 1808", przypomina odwiedzającym to miejsce o chwale polskiego oręża. I o czasach, gdy żołnierz polski nie pierwszy i nie ostatni raz i drogami jakże okrężnymi pod wieloma względami, bił się o niepodległość Ojczyzny.

Ci zaś, którym dane było przeżyć Somosierrę, wspierali i później Napoleona w jego kolejnych kampaniach militarnych, biorąc udział w bitwach pod Wagram, Berezyną, czy osłaniając cesarza wracającego po klęsce w Rosji, towarzyszyli mu na Elbie i walczyli przy nim pod Waterloo… Wielu z nich wzięło udział w pierwszym naszym czynie zbrojnym o niepodległość już na ziemiach polskich - w powstaniu listopadowym (Zwycięskie bitwy Polaków, 1808 Somosierra, Iwona Kienzler, wyd. Bellona).

Sądzę, że warto w kolejną rocznicę tej legendarnej i brawurowej szarży polskich kawalerzystów na Somosierrę wspomnieć i odnowić pamięć o Nich, uwiecznioną na obrazach Kossaków, Suchodolskiego, Michałowskiego czy w literaturze Żeromskiego… I zacytować zapomniany już niestety wiersz Marii Konopnickiej:

A czyjeż to imię rozlega się sławą,
Kto walczy za Francję z Hiszpanami krwawo?
To konnica polska, sławne szwoleżery
Zdobywają cudem wąwóz Somosierry.

Już francuska jazda cofa się w nieładzie,
Pod śmiertelnym ogniem wał trupów się kładzie.
A wtem Napoleon na Polaków skinął -
Skoczył Kozietulski, w czwórki jazdę zwinął.

Na wiarusów czele jak piorun się rzucił,
Wziął pierwszą baterię, ale już nie wrócił.
Skoczył Dziewanowski, jak piorun się rzucił,
Wziął drugą baterię - ale już nie wrócił.

Skoczył Krzyżanowski, jak piorun się rzucił,
Wziął trzecią baterię - ale już nie wrócił.
Jeszcze się została ta bateria czwarta…
Bronią jej Hiszpanie, walka wre zażarta.

Niegolewski młody spiął konia ostrogą,
- Może stracę życie, lecz sprzedam je drogo!
Jak wicher się rzucił i jak błyskawica,
A za nim, jak burza, ta polska konnica.

Już biorą armaty, już tną kanoniery,
Już wzięli Polacy wąwóz Somosierry.
Niegolewski ranny, z konika się chyli,
- Napoleon z piersi orła mu przyszpili!

I rzecze ściskając rannego junaka:
Nie ma niepodobnej rzeczy dla Polaka!

DEON.pl poleca również:

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Dla Tej, co jeszcze nie zginęła…
Komentarze (1)
G
gosc
30 listopada 2014, 10:52
Świetny artykuł!