Lekcje religii w przykościelnych salkach [PRL z perspektywy zakrystii - cz.4.]
Kiedyś na religię chodzili wszyscy. Wyjątek stanowiły dzieci tych „najbardziej partyjnych rodziców” oraz chuligani z prawdziwego zdarzenia, no i dzieci należące do innych wyznań. Religia prowadzona była w przykościelnych salkach – oczywiście albo po lekcjach, albo przed nimi. My, ludzie z Pokolenia X, uważaliśmy, że zawsze tak było i tak być powinno. Dopiero późniejsze zmiany doprowadziły do bałaganu, który niestety trwa do dziś. Czy to oznacza, że za PRL-u było lepiej?
Ciężko to przechodzi przez gardło, ale trzeba powiedzieć, że pod tym względem rzeczywiście tak – wtedy było lepiej. Ale nie dlatego, żeby tamten system szczególnie się sprawdził, choć trzeba przyznać, że był adekwatną odpowiedzią na potrzeby tamtych czasów – ale ponieważ w powszechnej świadomości chodzenie na religię uważano za rzecz normalną – w przeciwieństwie do tego, co coraz częściej głosi się dzisiaj.
Najpierw garść historii. Od samego początku rządów komunistów lekcje religii były na cenzurowanym, ale dopiero w 1956 roku wprowadzono pierwsze przepisy, pozwalające na usuwanie jej z placówek oświatowych, a w końcu w lipcu 1961 roku uchwalono ustawę, która ostatecznie usunęła lekcje religii ze szkół. I tak było przez blisko 30 lat, bo katecheci wrócili do szkolnych klas dopiero na mocy rozporządzenia ministra oświaty we wrześniu 1990 roku. Starsi pamiętali więc jeszcze religię w szkołach, ale o tamtych czasach mówili bez emocji – moja mama-nauczycielka wspominała kilku lepszych i gorszych księży, którzy jeszcze do szkoły przychodzili – ale dla większości z nas chodzenie na religię do kościoła było sytuacją jak najbardziej normalną i wydawało nam się nie tylko, że zawsze tak było, ale też, że tak być powinno.
Co ciekawe, w mniejszych szkołach nauczyciele, pomimo tej zasadniczej zmiany, jaką było usunięcie lekcji religii z programu nauczania, wciąż współpracowali z księżmi, np. układając podziały godzin tak, żeby różne klasy kończyły zajęcia o różnych porach, a tym samym żeby mogły do kościoła przychodzić jedne po drugich. System wymagał sporego wysiłku organizacyjnego, ale Kościół dość szybko się dostosował. A nawet jeśli miał jakieś braki, to praktycznie nikt go nie kontrolował. Łatwo więc było odwołać lekcje religii: z powodu kolędy, pogrzebu, wyjazdu do sąsiedniej parafii na odpust, choroby księdza itd.
Podstawowym problemem dla Kościoła było na początku to, że brakowało przestrzeni, w której można było uczyć dzieci – trzeba więc było różnego typu pomieszczenia duszpasterskie dostosowywać do nowej funkcji, zamieniając je w klasy lekcyjne. Zdarzało się jednak, że takich przestrzeni po prostu nie było, bo prowadzenie duszpasterstwa bardzo często ograniczano do tego, co związane było z liturgią. „Tamte czasy” obfitowały w rekolekcje, procesje, pielgrzymki, wędrówki świętych obrazów, swoje robiła Oaza – ale to wszystko zwykle odbywało się w budynku kościoła i wiązało się albo bezpośrednio z Mszą, albo z jakimś innym nabożeństwem. Jeśli w parafiach w ogóle były jakieś inne pomieszczenia, to często nie były dostępne, bo już dawno zamieniono je w nigdy nie sprzątane magazyny i składy wszystkiego: starych ławek, feretronów, lichtarzy, tam też czekał na swój czas ponury, choć darzony zabobonnym szacunkiem katafalk.
Od usunięcia religii ze szkół sytuacja się zmieniła. Gdy przy jakimś kościele nie było salek, wtedy księża uczyli religii tam, gdzie się dało. W najmłodszych klasach mojej podstawówki lekcje odbywały się na plebanii w… jadalni. (Dla mnie była to okazja, żeby w ogóle zobaczyć coś takiego, jak „jadalnia” – przecież w normalnych domach czegoś takiego nie było!). Wielu księży uczyło po prostu w kościołach (w zimie siedziało się tam w kurtkach, a ze względu na temperaturę, lekcje były krótsze). Władze nie pozwalały na wybudowanie salek lekcyjnych, więc Kościół musiał sobie jakoś radzić, i z czasem poradził sobie całkiem nieźle. W mojej rodzinnej wiosce proboszcz uzyskał pozwolenie na wybudowanie dwóch garaży, a przy okazji – na piętrze – powstały dwie salki. Wtedy nikt się nie przejmował „samowolą budowlaną”.
W salkach katechetycznych nie było godła, wisiał tylko krzyż. Generalnie na koniec roku z religii dostawało się „piątkę”, a gdy ktoś notorycznie opuszczał lekcje, to „czwórkę”. Wystawianie ocen było jednym z tych elementów, które przykościelne lekcje miały upodobnić do tych prawdziwych. Oczywiście sama ocena byłaby jeszcze za mało motywująca, dlatego znaleziono jeszcze inny, dość skuteczny sposób weryfikacji uczęszczania na religię – świadectwo ukończenia poszczególnych klas. O świadectwo takie ksiądz pytał m,in. gdy rozpoczynano procedurę przygotowania do ślubu, a jego brak powodował naprawdę poważne problemy (wtedy wszyscy ślub brali w kościele).
Innym z elementów, jaki miał upodobnić lekcje przy kościele do tych prawdziwych, było sprawdzanie obecności (w wiejskich parafiach ksiądz po prostu „rzucał okiem” na klasę i już wiedział, kogo brakuje). Przez wiele lat nie było podręczników (pierwsze nowoczesne opracowało Wydawnictwo WAM, które zresztą podręczniki do religii wydaje do dziś), ale zawsze były zeszyty, w których – jak na wszystkich innych przedmiotach – zapisywano temat i parę zdań jakiejś banalnej notatki. I znów – w Kościele uwielbiamy patrzeć sobie na ręce – zeszyty te sprawdzano podczas kolędy, dodatkowo ksiądz tę wizytę często wpisywał do zeszytu (w ten sposób ksiądz, który przychodził po kolędzie, wiedział, czy dzieci chodzą na religię, a katecheta sprawdzał, czy rodzina przyjmuje księdza po kolędzie). Pewnym „kuszącym” elementem, mającym utrzymać młodzież przy katechezie aż do końca szkoły były kursy przedmałżeńskie, zwykle organizowane w ostatniej klasie (ale potem często okazywało się, że i tak trzeba go powtórzyć, bo ta druga strona nie miała podobnego dokumentu).
Lekcje religii były prowadzone dość swobodnie – zarówno w kwestii tematów, jak i ich przebiegu. Generalnie jednak katecheci starali się czegoś nauczyć, np. wpoić podstawowe pojęcia i zasady, ale też rzadko był to wykład, a o wiele częściej rozmowa (i tu katecheza pozytywnie różniła się od innych lekcji w szkole). Miało to tę dobrą stronę, że pozwalało nawiązać jako takie relacje z księżmi, zresztą ci ostatni też starali się o dobre relacje z młodzieżą. Czasami może nieco przesadzali, ale ponieważ zajęcia te odbywały się „na luzie”, wszyscy chętnie chodzili na religię, a sami księża dość chętnie jej uczyli, choć robili to zupełnie gratis, nie otrzymując za to złamanego grosza. Uczenie religii było niejako wpisane w zakres normalnych obowiązków każdego księdza.
Oczywiście fakt, że chodziliśmy na religię, wcale nie oznaczał, że byliśmy grzeczni i święci – nie tylko w życiu, ale także w drodze na katechezę. Razem ze mną do podstawówki chodził kolega, który był Świadkiem Jehowy: cichy i miły chłopak, którego wszyscy lubiliśmy. Dzieci jednak potrafią być dla siebie okrutne – my też czasami straszyliśmy go, że siłą zaprowadzimy go do kościoła. Wyrywał się nam, jakby miał popełnić grzech – choć tak po prawdzie gdybyśmy tak zrobili, dostalibyśmy nieźle po uszach od księdza, bo akurat proboszcza mieliśmy wyjątkowego, który dobrze żył z rodziną Świadków Jehowy. Zresztą ojciec tego kolegi, jeden z poważniejszych gospodarzy we wsi, swoimi maszynami regularnie „obrabiał” pole księdza i ponoć nie brał za to ani grosza. Katecheza z tym księdzem też była trochę „odjechana”, ale była miła atmosfera i wszyscy chętnie na nią chodzili.
Co się więc stało, że dziś lekcje religii przerodziły się w obiekty drwin i kpin i teraz ze świecą szukać katechetów zadowolonych ze swej pracy? Co się stało, że katecheta i katechetka dla wielu stali się symbolami niekompetencji w szkole? Co się stało, że dzieci i młodzież nie są w ogóle zainteresowani tym, czego na katechezie mogliby się nauczyć i co potem przydałoby się im w życiu? W tym jedynym przypadku, myśląc o PRL-u, trzeba powiedzieć, że kiedyś było lepiej.
Skomentuj artykuł