[PRL z perspektywy zakrystii - cz.5.] Studenci, czyli ludzie, bez których żyć się nie da, ale którzy byli wyłącznie problemem
Zaczął się kolejny rok akademicki. W największych miastach znacząco wzrosła populacja, pojawiły się korki na drogach, a w komunikacji miejskiej ścisk. Właściciele mieszkań znów wywindowali ceny, trochę trudniej jest o dorywczą pracę, obudziły się duszpasterstwa akademickie, a na wszystkich uczelniach rozpoczęła się nerwowa weryfikacja tych, którzy deklarowali, że właśnie tu chcą rozpocząć studia. Od czasów PRL-u świat akademicki przeszedł niewyobrażalną transformację, wciąż jednak początek roku akademickiego jest tą oczywistą i ostateczną granicą wakacji i… jesieni.
Studenci w PRL-u nie mieli łatwo. I to nie tylko dlatego, że nie wszystkich na studia było stać (do dzisiaj nie wszyscy mogą sobie pozwolić na wyjazd z ważnych ośrodków akademickich, dlatego część zostaje na lokalnych uczelniach, które poziomem nauczania nieraz w ogóle uczelni nie przypominają). Studenci nie mieli łatwo dlatego, że byli trochę mądrzejsi od wszystkich, a jako takich państwo z jednej strony ich potrzebowało, ale jednocześnie nie kryło się z tym, że ich nie lubi.
Najlepiej świadczy o tym fakt, że dość długo istniało coś takiego jak „punkty za pochodzenie”. Przypomnę, że partia (oczywiście robotnicza, choć tylko z nazwy) wprowadziła odgórny podział na społeczeństwo trzyklasowe: robotników, chłopów i inteligencję. Robotnicy mieszkali w miastach, chłopi na wsi, a inteligencja i tu, i tam. Podział – ten klasowy – był jednak mocno naciągany i sztuczny. O ile jednak robotnicy, którzy właśnie „dorwali się” do władzy, nie mogli lekceważyć mieszkańców wiosek (do których przylgnął etos uciskanych i wykorzystywanych, ale wiernych oraczy ziemi ojczystej), o tyle z inteligencją już nie było im po drodze – w sumie nie ma się co dziwić, przecież nikt nie lubi mądrzejszych od siebie. W praktyce, o ile dwie pierwsze klasy społeczne jakoś ze sobą współpracowały (w naszym kraju pojawił się nawet dziwaczny twór określany jako „chłopo-robotnik”, czyli mieszkaniec wsi, który do pracy dojeżdżał do miasta, a nędzne gospodarstwo obrabiał później albo na urlopie, bo o ile robotnik wyjeżdżał na wczasy, to chłopo-robotnik nie mógł sobie na taki luksus pozwolić – stąd w jednej z piosenek porównano go do „boa-grzechotnika”), o tyle inteligencja zawsze odstawała od reszty.
Studenci więc nie mieli łatwo. Z jednej strony dzieci chłopów i robotników zachęcano do nauki – przyznając im dodatkowe „punkty za pochodzenie” – z drugiej jednak zaraz potem traktowano je gorzej, bo zamiast udawać, że pracują na budowie, na roli czy przy maszynie, stawali się nielubianą inteligencją.
Zwykle bywało tak, że perspektywa ich rozwoju też nie kształtowała się obiecująco - kiedy już skończyli studia i uzyskali jakie-takie tytuły (przynajmniej inżyniera), to wsiąkali w system i często pokornieli wobec władzy. Rodzina, przydział mieszkania, talon na samochód, w ogóle możliwość awansu - wszystko to były narzędzia, jakie umiejętnie stosowała władza, aby inteligencję utrzymać „na krótkiej smyczy”. W rzeczywistości więc kilka lat studiów to był jedyny, niepowtarzalny czas, kiedy młodzi ludzie – nieraz nieodpowiedzialnie zachłystując się wolnością – byli sobą i właśnie wtedy dla społeczeństwa mogli zrobić najwięcej. I rzeczywiście, choć lekceważeni i spychani na margines, jako ci, którzy jeszcze wiele się muszą nauczyć, w kluczowych momentach okazywali się niezbędni – żaden z kluczowych robotniczych protestów (o niewdzięczni, przecież to była ich partia i ich reżim!), nie mógł się obyć bez strajku na uniwersytecie.
Jednak w spokojnych czasach młodość też musiała się „wyszumieć”. Stąd do studentów przylgnęła opinia „kasty imprezowej”. Z tym, że imprezowali też trochę bardziej inteligentnie niż cała reszta i nawet jeśli nie wylewali za kołnierz, to jak sami uważali, robili to „z klasą”. Ale zaraz – przecież na studia szli po wiedzę, powinni więc byli się uczyć!!! No oczywiście, że uczyli się: chodzili na wykłady i ćwiczenia, ale tak naprawdę uczyć zaczynali się dopiero przed sesją. Wtedy też – jak zawsze przed życiowymi wyzwaniami – rosła ich pobożność. W Krakowie opowiadano taki żart: Na początku roku Pan Bóg wysłał anioła na ziemię, żeby przyjrzał się studentom. Ten wrócił i Bóg go pyta, jak tam studenci. „Ci z Uniwersytetu Jagiellońskiego się uczą, a AGH imprezuje”. To samo powtórzyło się po paru miesiącach. Kiedy Bóg na początku sesji wysłał anioła ponownie, ten zaskoczony mówi po powrocie: „UJ dalej się uczy, a AGH się modli…”. Pan Bóg zamyślił się przez chwilę, a w końcu powiedział: „Pomożemy”.
Cóż, wiedza tak zdobyta nie sprawiała, że studenci stawali się szczególnie kompetentni, ale przynajmniej utrzymywali się na studiach – w przeciwnym razie czekało ich… wojsko. A swoją drogą, to także wśród studentów aktywnie rekrutowały komunistyczne służby, które też chciały mieć kadrę trochę mądrzejszą od reszty.
Dlaczego Kościół inwestował w młodych? Oczywiście dlatego, że starał się wpoić im wartości, jakich gdzie indziej im nie oferowano. Ale też dlatego, że to właśnie oni mogli wywalczyć to, o co Kościołowi chodziło, a czego sam – przy pomocy wikarych – nie mógł dokonać. Co ciekawe, w dzisiejszej perspektywy można powiedzieć, że było to pierwsze – choć nie do końca świadomie przeprowadzone – inwestowanie w laikat. Młodzi, którzy przeszli przez duszpasterstwa akademickie, niezwykle rzadko wstępowali do seminariów – raczej zakładali rodziny i jako tacy, przynajmniej do pewnego czasu, pozostawali Kościołowi wierni. Do seminariów wstępowali chłopcy po maturze, którzy nie mieli jeszcze doświadczenia życia na własną rękę, ale też – czego naprawdę szkoda – doświadczenia tego „zachłyśnięcia się wolnością”, które dawało im zupełnie inną perspektywę i odwagę działania. I ten brak, niestety, w tamtych pokoleniach duchownych było widać… Kościół zresztą, przynajmniej wtedy, nie był gotowy na formowanie w seminariach starszych kandydatów – zdecydowanie wolał tych młodych i niedoświadczonych, ale za to bardziej uległych.
Skomentuj artykuł