Nie żyje Dolly Parton. Wiara była dla niej ważniejsza od sławy
Większość z nas o trzeciej nad ranem smacznie śpi. Dolly Parton wolała jednak o tej porze rozmawiać z Bogiem. Królowa muzyki country, która zmarła 25 sierpnia 2026 roku w wieku 80 lat, pod warstwą scenicznego blichtru skrywała zaskakująco głęboką duchowość. Choć sprzedała ponad sto milionów płyt i napisała około trzech tysięcy piosenek, dzień zaczynała od modlitwy, a nie od liczenia tantiem. Jej odejście to nie tylko koniec pewnej epoki w amerykańskiej kulturze, lecz także opowieść o kobiecie, która w świecie wielkich pieniędzy, sławy i bolesnych strat do końca trzymała się Boga.
Informację o śmierci artystki przekazała jej rodzina w specjalnym nagraniu wideo opublikowanym 25 sierpnia. Światowe media natychmiast zalała fala wspomnień o kobiecie, która takimi przebojami jak „Jolene” czy „9 to 5” na trwałe zapisała się w historii amerykańskiej kultury popularnej. Parton nie była jednak jedynie kolejną gwiazdą show-biznesu. Za jej pełnym cekinów, charakterystycznym wizerunkiem i autoironią krył się mocny chrześcijański fundament.
Boga nie było na marginesie
W 2020 roku, w rozmowie z magazynem Marie Claire, Parton opowiedziała o swoim niezwykłym planie dnia. Zazwyczaj wstawała o trzeciej nad ranem, kiedy większość świata jeszcze spała. „Robię wtedy moje najlepsze rzeczy duchowe, część mojej najlepszej pracy i pisania – w tym moje piosenki – między 3:00 a 7:00 rano” – mówiła.
Zanim jednak sięgała po długopis czy gitarę, rozmawiała ze Stwórcą. Modliła się, aby Bóg stawiał na jej drodze właściwych ludzi, odsuwał od niej tych, którzy mogliby jej zaszkodzić, i prowadził ją w podejmowaniu decyzji. Chciała, jak podkreślała, nieść ludziom nadzieję i swoim życiem oddawać Bogu chwałę. Dopiero po modlitwie i lekturze Pisma Świętego zabierała się za pisanie piosenek i listów czy za sprawy związane z prowadzoną przez siebie działalnością.
Ta codzienna dyscyplina nie wzięła się znikąd. Dolly Parton urodziła się w 1946 roku w ubogiej, wielodzietnej rodzinie w górzystym Tennessee. W tamtejszej kulturze religia i muzyka były częścią codzienności, a nie jedynie niedzielnym obowiązkiem. Jej dziadek ze strony matki był zielonoświątkowym kaznodzieją, a pieśni religijne towarzyszyły jej od dzieciństwa – na długo przed tym, zanim podbiła światowe listy przebojów.
„Gospel był ważną częścią życia w Smoky Mountains” – mówiła Parton. To właśnie tam nauczyła się, że śpiew może być czymś więcej niż sposobem na zrobienie kariery. Może być także źródłem pocieszenia i siły, szczególnie w najtrudniejszych chwilach.
Do tych korzeni wróciła w 1971 roku, wydając swój pierwszy album w całości poświęcony muzyce gospel – „The Golden Streets of Glory”. Jak przypomina Associated Press, na płycie znalazły się m.in. tradycyjne utwory „I Believe” i „Lord Hold My Hand”. Religijny repertuar nie był w jej przypadku jednorazowym epizodem ani próbą przypodobania się określonej publiczności. Wiara pozostawała stałym i naturalnym elementem jej życia.
Grała z Niebem o najwyższą stawkę
Duchowość Parton nie osłabła wraz z upływem lat. W 2019 roku artystka nagrała z Zachem Williamsem utwór „There Was Jesus”. Piosenka opowiada o dostrzeganiu obecności Boga w momentach, w których człowiekowi wydaje się, że został zupełnie sam. Utwór spotkał się z uznaniem branży muzycznej i przyniósł artystom nagrodę Grammy.
Podobnie było w przypadku współpracy z duetem For King & Country przy piosence „God Only Knows”. Jak podaje oficjalna strona artystki, utwór przez jedenaście tygodni zajmował pierwsze miejsce na liście Billboard Top Christian Songs, a współpraca przyniosła kolejną nagrodę Grammy.
Prawdziwym testem wiary stało się jednak dla Parton doświadczenie straty. W 2025 roku, po niemal sześciu dekadach wspólnego życia, zmarł jej mąż Carl Dean. Dla artystki był to jeden z najtrudniejszych momentów życia. Jednocześnie, jak przypomina Associated Press, Parton mówiła o nadziei na ponowne spotkanie z mężem i odwoływała się do wiary w życie po śmierci.
Jej pieśń wielkanocna z 1989 roku, „He's Alive”, w której śpiewała o zmartwychwstaniu Jezusa, nabrała wówczas szczególnie osobistego znaczenia. Wiara, która przez całe życie była dla niej czymś naturalnym, stała się także sposobem przeżywania żałoby.
Cekiny i miłość bliźniego
Dolly Parton wymykała się prostym schematom. Potrafiła z dystansem i humorem mówić o swoim wyglądzie, perukach i operacjach plastycznych, a chwilę później z niezwykłą prostotą opowiadać o Bogu. Nie próbowała łagodzić tych pozornych sprzeczności – przeciwnie, uczyniła z nich część swojego publicznego wizerunku.
Być może właśnie dlatego jej chrześcijańskie przesłanie trafiało także do ludzi, którzy byli daleko od Kościoła. Parton nie ograniczała wiary do słów. Przekładała ją na konkretne działania. Jednym z najbardziej znanych przykładów jest założona przez nią fundacja Imagination Library, która wspiera czytelnictwo wśród dzieci, przekazując im książki.
Dolly Parton zostawiła po sobie tysiące piosenek, ogromny dorobek artystyczny, działalność charytatywną i – być może przede wszystkim – świadectwo, że światowa sława nie musi oznaczać rezygnacji z tego, co dla człowieka najważniejsze.
W jej życiu Bóg nie był dodatkiem ani dekoracją. Był obecny w codziennej modlitwie, w muzyce, w pracy, w chwilach sukcesu i w doświadczeniu straty. Parton przypominała, że wiara nie musi być głośna ani skomplikowana. Czasem zaczyna się po prostu o trzeciej nad ranem, od rozmowy z Bogiem, zanim rozpocznie się kolejny dzień.
Aleteia/Associated Press/Stacja7/łs
Skomentuj artykuł