Człowiek czy „zlepek komórek”? Bp Artur Ważny o języku straty i języku aborcji
„Kobieta, która chce urodzić, pragnie być matką, nie ma wątpliwości, że nosi pod sercem swoje dziecko. Co więcej, gdy działania związane z towarzyszeniem rodzicom po stracie nabrały tempa, nawet portale i gazety przeciwne Kościołowi zaczęły używać słowa »dziecko«. Pisały o »dziecku utraconym«, informowały, że kobieta powinna przeżyć żałobę po stracie »dziecka« i tak dalej. To ta sama rzeczywistość! A jednak w przypadku kobiety, która nie chce urodzić dziecka, jawi się zupełnie inaczej. Kobieta, która nie chce być matką, będzie mówiła o »embrionie«, »zlepku komórek«, »problemie«; będzie twierdzić, że »to jej ciało« i że może zrobić z nim, co chce. Gdzie tu jest racjonalność?” - mówi bp Artur Ważny w rozmowie z Piotrem Kosiarskim. W Dzień Dziecka Utraconego publikujemy fragment książki „Bóg odrzuconych. Rozmowy o Kościele, wykluczeniu i pokonywaniu barier”.
Piotr Kosiarski: Badania z ostatnich lat wykazały, że rocznie 1700 polskich kobiet rodziło martwe dziecko, a u 40 tysięcy z nich ciąża kończyła się poronieniem. Strata dziecka jest więc poważnym problemem społecznym, który jednak nie zawsze był obecny w praktyce duszpasterskiej.
Bp Artur Ważny: Towarzyszenie rodzicom po stracie to jeden z obszarów Nowej Ewangelizacji, którego adresaci zawsze byli w Kościele, choć w sposób nie do końca przez Kościół uświadomiony. Owszem, w liturgii pogrzebowej znajdujemy ślady obrządku pogrzebania dziecka nieochrzczonego, który nazywany był „pokropkiem”, ale już sama jego nazwa sugeruje, że traktowano tę kwestię dość pobieżnie. Po raz pierwszy wyraźnie zwrócono uwagę na ten problem w czasie prac Soboru Watykańskiego II, który zaprosił Kościół do opracowania ksiąg liturgicznych związanych z pogrzebami dzieci nienarodzonych i nieochrzczonych. Dziś natomiast w adhortacji Amoris laetitia czytamy: „Jakże nie rozumieć żalu tych, którzy stracili dziecko?”. Papież Franciszek jednoznacznie więc zachęca, by cały Kościół towarzyszył rodzicom po stracie. W praktyce niestety bywa różnie.
Być może jest to pokłosie tego, że brak potomstwa był w przeszłości traktowany jako brak Bożego błogosławieństwa.
- Myślę, że dzisiaj wiele kobiet i mężczyzn wciąż w taki sposób to przeżywa. W świadomości wielu ludzi strata dziecka nadal wiąże się z pewnym rodzajem wstydu, napiętnowania, chęci ukrywania tego doświadczenia. Ich wielkie pragnienie, żeby urodzić dziecko za wszelką cenę, skłania na przykład do sięgania po in vitro lub szukania innych sposobów na pojawienie się dziecka. Chęć jego posiadania jest głęboko wpisana zarówno w kobiety, jak i w mężczyzn, nawet jeśli twierdzą, że jest inaczej.
A jednak wiele par nie decyduje się na dziecko. Dlaczego?
- Historia i doświadczenie bogatych społeczeństw pokazuje, że im większy dobrobyt, tym mniej rodzi się dzieci. Ludzie skupiają się na sobie, na swoich egoistycznych pragnieniach, a dziecko staje się przeszkodą w ich realizacji. To cywilizacyjna nowość, z którą również musimy się zmierzyć. Nie zapominajmy jednak, że Kościół dopuszcza sytuacje, w których małżonkowie odkładają współżycie, czyli nie chcą mieć dziecka. Ma to związek z czterema uwarunkowaniami: psychologicznymi, ekonomicznymi, społecznymi i zdrowotnymi. Pierwsze z nich dotyczy strachu przed zajściem w ciążę lub związanych z tym przeszkód medycznych. W przypadku uwarunkowań ekonomicznych ktoś natomiast może odkładać współżycie, obawiając się – na przykład z powodów finansowych – że nie będzie w stanie wychować dziecka. Uwarunkowania społeczne związane są z kolei z pełnieniem ważnych funkcji – lekarza, lidera jakiejś grupy, czy ról społecznych – na przykład prezydenta miasta. W tym przypadku ktoś wie, że gdyby został ojcem lub matką, jego dziecko mogłoby się wychowywać bez rodzica. Uwarunkowania zdrowotne mogą zaś wiązać się z obawą urodzenia chorego dziecka, bo istnieje prawdopodobieństwo wystąpienia wad genetycznych. Oczywiście w tych czterech kryteriach może mieścić się wiele innych.
Wróćmy do kobiet i mężczyzn, którzy stracili potomstwo. Jeszcze niedawno nie było zwyczaju praktykowania pochówku dzieci; ich rodzice nie wiedzieli, jak się zachować, co zrobić, jakich formalności dopełnić. Jak to wygląda obecnie?
- W moim przypadku dopiero po kilkunastu latach kapłaństwa, kiedy byłem już proboszczem, rodzice zmarłych przedwcześnie dzieci zaczęli do mnie przychodzić i wyrażać swój ból. Wtedy też stało się dla mnie jasne, że taki problem istnieje. Pamiętam rozmowę z rodzicami, którzy przyszli do mnie, ponieważ odebrali ze szpitala ciało swojego dziecka i chcieli zorganizować mu pogrzeb. Myśleli, że złożą je w grobie dzieci nienarodzonych, który znajduje się na cmentarzu komunalnym, ale nie były w nim organizowane indywidualne pogrzeby. Podpowiedziałem im, by zorganizowali dziecku normalny pogrzeb, a jego ciało złożyli w grobie rodzinnym. Byli zaskoczeni tą propozycją – na początku nawet trochę się bali. Ale po godzinnej rozmowie, gdy dotarło do nich, że mają prawo do żałoby, a śmierć ich nienarodzonego dziecka nie jest powodem do wstydu, hańby czy napiętnowania, postanowili, że tak właśnie zrobią. Obiecałem im, że zadzwonię do proboszcza i uprzedzę go o ich zamiarze, bo niektórzy księża – zwłaszcza starsi – wciąż niestety mają przekonanie, że w takich wypadkach należy organizować nie pogrzeb, a ów „pokropek”, czyli podjąć jakieś poboczne działanie duszpasterskie. Myślę, że towarzyszenie, do którego wzywa nas papież Franciszek w Amoris laetitia, polega między innymi właśnie na tym, by zapraszać rodziców przedwcześnie zmarłych dzieci do wyprawiania im normalnych pogrzebów i dać im prawo do przeżywania żałoby. Pamiętam, że po wspomnianej rozmowie mama tamtego dziecka, już wychodząc, odwróciła się i rzuciła mi się na szyję. Nigdy nie zapomnę jej łez pełnych ulgi i wdzięczności. To wydarzenie pokazało mi, że właśnie taki proces – przeżywanie żałoby i wyprawienie pogrzebu nienarodzonemu dziecku – jest bardzo naturalny. I myślę, że trzeba dążyć do tego, żeby jak najmniej zmarłych przedwcześnie dzieci było chowanych w zbiorowych mogiłach, tylko żeby to robić na cmentarzach, wśród bliskich.
Wciąż jednak zdarza się, że rodzice po stracie mogą być – na przykład przez personel szpitala – zniechęcani do organizowania pogrzebu swojemu dziecku. W internetowym „przewodniku” dla rodziców po stracie przeczytałem radę, by rodzice nie dawali sobie wmówić, że ich zmarłe dziecko nie było jeszcze dzieckiem, a „jedynie płodem”, albo że oni jako rodzice są „dziwni”, bo chcą je pochować.
- Kościół podkreśla, że śmierć nienarodzonego dziecka to śmierć konkretnej osoby, której należy się taki sam pogrzeb, jak każdemu innemu człowiekowi, a jego rodzicom – prawo do żałoby z powodu odejścia kogoś bliskiego i ukochanego.
W naszej rozmowie kilkakrotnie zwracaliśmy uwagę na to, jak język kształtuje postrzeganie rzeczywistości i jak precyzyjnie pozwala nam wyrazić nasze uczucia i poglądy. Rodzice, którzy chcą dokonać aborcji, raczej nie użyją słowa „dziecko” – zamiast tego będą mówić: „płód” lub „embrion”. Dla rodziców, którzy stracili nienarodzone dziecko, takie podejście jest zwykle nie do przyjęcia.
- Pewien dziennikarz zadał mi kiedyś pytanie, w jaki sposób mogę uzasadnić – niekonfesyjnie i niereligijnie – że to, co poczęło się pod sercem mamy, jest człowiekiem. Chciał wiedzieć, jakie mam na to dowody. W odpowiedzi podałem właśnie ten przykład. Kobieta, która chce urodzić, pragnie być matką, nie ma wątpliwości, że nosi pod sercem swoje dziecko. Co więcej, gdy działania związane z towarzyszeniem rodzicom po stracie nabrały tempa, nawet portale i gazety przeciwne Kościołowi zaczęły używać słowa „dziecko”. Pisały o „dziecku utraconym”, informowały, że kobieta powinna przeżyć żałobę po stracie „dziecka” i tak dalej. To ta sama rzeczywistość! A jednak w przypadku kobiety, która nie chce urodzić dziecka, jawi się zupełnie inaczej. Kobieta, która nie chce być matką, będzie mówiła o „embrionie”, „zlepku komórek”, „problemie”; będzie twierdzić, że „to jej ciało” i że może zrobić z nim, co chce. Gdzie tu jest racjonalność? Ten przykład pokazuje, że język wpływa na to, jak odbieramy rzeczywistość, a ludzie mogą zmieniać definicje, jak im się podoba. Nie oznacza to jednak, że jeśli coś nazwę inaczej, to tak rzeczywiście będzie. Powyższy przykład pokazuje tylko obłudę i próby zaklinania rzeczywistości, żeby nie mieć wyrzutów sumienia i nie spotkać się z prawdą.
Dziękuję, że przeczytałeś/przeczytałaś ten wywiad do końca. Sięgnij po więcej moich tekstów, odwiedź mojego bloga lub kup książkę, którą napisałem.
Piotr Kosiarski - dziennikarz, podróżnik, bloger i obserwator świata. Laureat Pierwszej Nagrody im. Stefana Żeromskiego w 30. edycji Konkursu Nagrody SDP przyznawanej za publikacje o tematyce społecznej. Autor książki "Bóg odrzuconych. Rozmowy o Kościele, wykluczeniu i pokonywaniu barier". Od 10 lat redaktor DEON.pl. Interesuje się historią, psychologią i duchowością. Lubi wędrować po górach i szukać wokół śladów obecności Boga. Prowadzi autorskiego bloga Mapa bezdroży. Można go śledzić na Instagramie.
Skomentuj artykuł