Drzwi są już otwarte
Są takie zdania w Piśmie Świętym, które bardzo łatwo przyjąć, dopóki nie dotyczą konkretnych ludzi. Jednym z nich jest to, które dziś wybrzmiewa w kościołach: „dom mój będzie nazwany domem modlitwy dla wszystkich narodów” (Iz 56, 7). Wszystkich. To słowo brzmi pięknie, dopóki nie postawimy obok siebie tych, których sami, w naszym subiektywnym osądzie, ustawilibyśmy trochę dalej od Boga – ludzi niewierzących lub żyjących inaczej niż my. Kogoś, kto Kościół odrzuca, wyśmiewa albo otwarcie krytykuje. Kogoś, kto ma poglądy, które nas drażnią. Właśnie wtedy okazuje się, czy naprawdę wierzymy w Boga, który chce zbawić człowieka, czy raczej w Boga, którego próbujemy urządzić według własnych kategorii.
Zdaje się, że dzisiejsza liturgia słowa ma rozbić w nas religijny ekskluzywizm. To jest przekonanie, czasem bardzo głęboko ukryte, że my jesteśmy „u siebie”, a inni mogą najwyżej próbować dostać się do środka. Że skoro znamy modlitwy, czytamy Biblię, chodzimy do kościoła, przyjmujemy sakramenty i potrafimy nazwać grzech grzechem, to jesteśmy trochę bliżej stołu, a dla pozostałych zostają co najwyżej okruchy. Tymczasem Bóg przez proroka Izajasza mówi: „przyprowadzę na moją świętą górę i rozweselę w moim domu modlitwy” (Iz 56, 7). To nie człowiek robi Bogu łaskę, że przychodzi do niego. To Bóg otwiera swój dom.
I chyba właśnie tutaj zaczyna się problem. Bo łatwiej głosić wymagania niż Miłosierdzie. Wymagania dają poczucie porządku. Można postawić granicę, zrobić tabelę, określić, kto spełnia warunki, a kto nie. Natomiast Miłosierdzie jest bardziej niepokojące, bo nie daje nam kontroli nad Bogiem: „Albowiem Bóg poddał wszystkich nieposłuszeństwu, aby wszystkim okazać swe miłosierdzie” (Rz 11, 32). Wszystkim. Nie dlatego, że wszyscy są dobrzy. Właśnie dlatego, że wszyscy potrzebują przebaczenia i zbawienia. To jedno zdanie ma przewrócić (może nawet do góry nogami, jeśli trzeba) nasze myślenie o wierze. Zbawienie nie jest medalem dla najlepszych. Miłosierdzie nie jest premią za religijną poprawność. Łaska nie jest pensją wypłacaną za dobrze wykonane obowiązki. To wszystko jest darem. Mogę go przyjąć albo odrzucić, mogę pozwolić Bogu się przemieniać albo uparcie trzymać się swojego, ale nie mogę powiedzieć, że na to zasłużyłem. Jeżeli o tym zapomnę, to bardzo prawdopodobnie zacznę patrzeć na innych z góry. A jeśli naprawdę wiem, że sam żyję dzięki Miłosierdziu, wtedy trudniej będzie mi zamknąć przed kimś drzwi.
Ewangelia pokazuje to w niezwykle mocnej scenie, w której do Jezusa przychodzi kobieta kananejska – poganka, ktoś spoza religijnego świata Izraela. I woła: „Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko nękana przez złego ducha” (Mt 15, 22). Ona nie przychodzi dyskutować o teologii. Nie składa deklaracji światopoglądowej. Przychodzi, bo cierpi. Potrzebuje ratunku dla swojego dziecka. I to cierpienie prowadzi ją do Jezusa. Najbardziej niepokojąca w tej scenie powinna być dla nas reakcja uczniów: „Odpraw ją, bo krzyczy za nami” (Mt 15, 23). Jak bardzo to jest ludzkie. Przeszkadza, jest głośna, sprawia problemy, a uczniowie chcą mieć święty spokój. I właśnie tutaj warto zatrzymać się na krótki rachunek sumienia, by zdemaskować, kiedy jesteśmy jak oni. Ilu ludzi zostało przez nas potraktowanych w ten lub podobny sposób? Może daliśmy komuś do zrozumienia: tutaj nie jesteś u siebie, najpierw uporządkuj swoje życie, zacznij myśleć jak my i przestań zadawać niewygodne pytania. Potem dopiero porozmawiamy o Bogu. Tymczasem Ewangelia nie jest o tym, że człowiek ma się najpierw naprawić, żeby mógł przyjść do Jezusa. Jest natomiast o tym, że każdy może przyjść do Jezusa właśnie dlatego, że potrzebuje ratunku. Spotkanie z Chrystusem prowadzi do nawrócenia, bo On nie mówi, że wszystko jedno, jak żyjemy. Miłosierdzie nie jest obojętnością wobec dobra i zła. Ale ważna jest kolejność: najpierw jest spotkanie z tym, który kocha i zbawia, a dopiero z tego spotkania rodzi się głęboka przemiana życia.
Kananejka rozumie coś jeszcze. Kiedy Jezus mówi o chlebie dla dzieci i o szczeniętach, kobieta nie obraża się i nie odchodzi: „Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą okruchy, które spadają ze stołu ich panów” (Mt 15, 27). To nie jest poniżenie samej siebie, lecz pokora. Nie próbuje Jezusowi w sposób roszczeniowy udowodnić, że coś jej się należy. Ona po prostu wie, że bardzo potrzebuje łaski. I właśnie dlatego słyszy: „O niewiasto, wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak pragniesz!” (Mt 15, 28). Miłosierdzie Boga nie dociera do człowieka wyłącznie w chwilach „religijnych”. Oczywiście, doświadczamy go w sakramentach, zwłaszcza w przebaczeniu grzechów. Ale Bóg potrafi dotknąć człowieka także przez czyjąś cierpliwość, bezinteresowną pomoc, rozmowę bez oceniania, przebaczenie otrzymane wtedy, gdy ktoś na nie nie zasłużył. Bywa, że człowiek stojący daleko od Kościoła wcześniej doświadcza w swoim życiu czegoś z logiki Ewangelii właśnie w ten sposób. I zamiast się na to oburzać, warto zobaczyć w tym działanie łaski, która wyprzedza nasze plany duszpasterskie i wyobrażenia o tym, którędy ktoś powinien dojść do Boga.
Pokorna wiara nie buduje murów. Człowiek, który naprawdę doświadczył Miłosierdzia, nie musi bronić Boga przed grzesznikami ani decydować, kto „pasuje” do Kościoła, a kto nie. Może natomiast zrobić coś znacznie trudniejszego: być dla drugiego człowieka drogą do spotkania z Chrystusem. Współczesny „poganin” nie potrzebuje najpierw usłyszeć od nas katalogu swoich błędów, które być może dobrze już zna. Potrzebuje raczej zobaczyć człowieka, który nie udaje lepszego, ale potrafi powiedzieć: ja też żyję z łaski, ja też upadam, ja też potrzebuję przebaczenia i ja też codziennie uczę się ufać Bogu. Chrześcijaństwo nie jest wyścigiem do nieba, w którym trzeba pilnować, żeby ktoś przypadkiem nas nie wyprzedził. Niebo nie ma ograniczonej liczby miejsc. Bóg nie kocha mnie mniej dlatego, że okazuje miłosierdzie komuś, kogo postępowania nie rozumiem. I może właśnie dlatego cudze doświadczenie Boga może być dla nas bardzo cenne, gdyż zawstydza religijną pewność siebie. Kananejka, czyli poganka, słyszy przecież słowa, których uczniowie nie usłyszeli: „wielka jest twoja wiara” (Mt 15, 28).
Dzisiejsze słowo pyta nie tylko o to, czy jestem blisko Boga. To pytanie także o to, co dzieje się ze mną, kiedy do Boga zaczyna zbliżać się ktoś, kogo się tam nie spodziewałem. Czy potrafię się ucieszyć? Czy zrobię mu miejsce? Bóg chce mieć dzieci, a nie „elitarny klub najlepszych”. A skoro przez chrzest mogę mówić do niego „Ojcze”, to znaczy, że powinienem uczyć się patrzeć na innych jak na siostry i braci. Także na tych, którzy jeszcze tego Ojca nie znają albo nie potrafią Mu zaufać. Może właśnie po to spotykają mnie na swojej drodze, żebym nie zatrzymał ich przed drzwiami, lecz pokazał im, że te drzwi są otwarte.
Skomentuj artykuł