Błogosławieni, którym świat się zawalił

Błogosławieni, którym świat się zawalił
(fot. shutterstock.com)
5 lat temu

Wszyscy cenimy sobie spokój. Uwielbiamy brak zakłóceń. Nie tak jednak działa Bóg. Daje pokój, ale po przejściu fazy niepokoju, a nawet duchowego wstrząsu.

"Ten, komu mało się odpuszcza, mało miłuje" (Łk 7, 47b)

"Pan wprawia ludzi w ruch" - powiedział Papież Franciszek do księży zebranych na Jubileuszu Miłosierdzia w Rzymie. Porusza, bo ciągle stwarza. Ale większość mistyków potwierdza, że wkroczenie Boga w ludzkie życie prędzej czy później powoduje rozbicie, dezorientację, a nawet katastrofę. Dlaczego? Ponieważ rozwój niemożliwy jest bez oczyszczenia i zmiany myślenia. Dlatego to, co stare musi umrzeć, aby narodziło się nowe. Dotychczasowy świat musi częściowo lub w całości rozpaść się na kawałki.

Pomiędzy spotkaniem z grzeszną kobietą a wcześniejszymi cudami: uzdrowienie sługi setnika i wskrzeszenie syna wdowy z Nain, św. Łukasz umieszcza ważny szczegół. Po wskrzeszeniu chłopaka na wszystkich obserwujących to wydarzenie "padł strach" . Sygnał, że coś się załamało. Zawalił się ich świat: nie wskrzesza się ot tak zmarłych. Zaniepokojeni uczniowie Jana Chrzciciela donieśli mu o tych cudownych zdarzeniach. Prorok, zamiast skakać z radości, dziwi się. Jemu również świat się zawalił. Miał inne wyobrażenia o Mesjaszu. Staje przed dylematem i wysyła posłańców z pytaniem: "Czy Ty jesteś tym, który miał przyjść, czy też innego mamy oczekiwać"? (Por Łk 7, 19). Jezus odpowiada Janowi, wskazując na cuda i znaki, których dokonuje, mówiąc: "Wyciągnij z tego wnioski"! I na końcu dodaje: "A błogosławiony jest ten, kto we mnie nie zwątpi" (Łk 7, 23). To łagodne tłumaczenie. Dosłownie czytamy tam: "kto się mną nie zgorszy".  W kontekście znaków Jezusa pojawia się słowo "skandalidzo" - "potknąć się o kamień", "zgorszyć się".

Dla pobożnych Żydów Jezus jest zagadką. Nie pasuje do schematów, wyobrażeń i ich interpretacji Pisma. Co w Nim gorszy? Że na nic nie trzeba zasługiwać. Że Jezus przychodzi, by uwalniać, a nie obciążać. Że uzdrawia, a nie dotyka ludzkości kolejnymi chorobami i plagami. Że przebacza, nie stawiając uprzednich warunków. Taki Bóg, jak na ironię, wcale nie jest mile widziany w naszym świecie. Do dzisiaj.

Grzesznej kobiecie z dzisiejszej Ewangelii dotychczasowy świat też się zawalił. Już nie przejmuje się tym, co powiedzą inni i jak zareagują. Wbrew zwyczajom i bez zaproszenia pojawia się w domu faryzeusza. Nie wymawia do Jezusa ani słowa. Ku oburzeniu wszystkich wokół, wyraża siebie tak jak to dotąd robiła, tyle że teraz z inną intencją. Inaczej jeszcze nie potrafi. Rozpuszczenie włosów przez kobietę w miejscu publicznym było niedopuszczalne. Ale Jezus nie protestuje: "Kobieto, co ty robisz? Jak ty się wobec mnie zachowujesz?" I nie czyni tak dlatego, że jest nieczuły jak kamień. Taki wniosek łatwo wysnuć, jeśli Chrystusa "odczłowieczymy" , czyli także pozbawimy seksualności, wtedy ta scena nas już nie rusza. Brak gwałtownej reakcji Jezusa można też tłumaczyć Jego "boskością" czy "życiem w celibacie".

Na ten widok Szymonowi świat zaczął wprawdzie powoli pękać, ale nie wiemy, czy się ostatecznie zawalił. Faryzeusz patrzy i w zachowaniach kobiety widzi tylko nieczystość. Nie wyobraża sobie, że takie gesty mogą być czyste, bo nie widzi intencji tej kobiety - miłości. Nie widzi też dobra, które się wydarza, lecz tylko przekroczenie reguł i rytualnych zasad. Żeby uratować swój świat, szybko "zakleja" pęknięcia w swojej głowie, osądzając w myślach, bo przecież otwarcie nie wypada... Ważne, żeby na zewnątrz dobrze wyglądać. Ale we wnętrzu ocenia zarówno kobietę jak i Jezusa: ona jest grzesznicą, a On nie jest prorokiem. Szymon już wie. Kobieta i Jezus zostali dopasowani do urządzonego ciasnego świata. Osądzanie i legalizm to cement, za pomocą którego człowiek wznosi fortyfikacje serca, żeby ochronić swój mały, ale wygodny, świat.

Jezus jest delikatny także wobec Szymona, chociaż faryzeusz wewnętrznie się z Nim nie zgadza. Próbuje do niego dotrzeć, bo najważniejsza jest relacja, a nie to, czy obaj nadają już na tych samych falach. Na to być może przyjdzie czas. I podobnie jak nie odrzuca grzesznej kobiety, nie obraca się również plecami do grzesznego faryzeusza. Oboje potrzebują pomocy, dlatego Jezus stara się pozyskać także Szymona. Najpierw zwraca się do niego po imieniu.

Sprawdziłem, do jakich osób Jezus zwraca się w ewangeliach po imieniu. Oto one: Szymon Piotr, Filip, Maria Magdalena, Marta, Łazarz z Betanii, Zacheusz, Judasz i ... Szymon z dzisiejszej Ewangelii. Są wśród nich przyjaciele, apostołowie, zmarły, przełożony celników, zdrajca i faryzeusz. Co ich łączy? Każdą z tych osób Jezus z miłością próbuje "skorygować" i pozyskać, choć nie zawsze Mu się to udaje. Tak właśnie działa miłosierdzie, które nie potępia. Nie przekreśla. Daje szansę. Używanie imienia wyraża bliskość - nie ma takiej kategorii ludzi, wobec której Jezus się zamyka, jeśli tylko dostrzega minimum otwarcia ze strony człowieka.

Z życzliwością próbuje poruszyć serce Szymona przez opowieść (dowodząc, że jest prorokiem i zna myśli człowieka). I kiedy słyszy, że Szymon dobrze odpowiedział, chwali go: "Słusznie osądziłeś". Ten, który potrafi potępiać w sercu, potrafi też dobrze rozsądzić. I Jezus to zauważa, wydobywa na zewnątrz. Tego się chwyta. Dopiero potem wskazuje na "niewygodne" fakty: "Nie okazałeś mi należytych oznak gościnności, a taki jesteś krytyczny wobec innych". Szymon zaniedbał dobro, ale tego nie dostrzegł, bo skupił się na "niewłaściwych" zachowaniach kobiety i Jezusa.

Postawa faryzejska w chrześcijaństwie polega najpierw na tym, że człowiek skupia się jedynie na tym, by nie przekroczyć praw czy tradycji, często drugorzędnych. Walczy ze złem. Unika go. To jednak tylko jedna strona medalu. Drugą stroną medalu jest wybór i czynienie dobra. Czasem większym złem może być nieczynienie dobra lub wybór dobra, którego w danym momencie i czasie nie oczekuje od nas Bóg. Na przykład, rodzic powinien zaopiekować się dzieckiem, ale stwierdza, że "musi" iść na nabożeństwo do kościoła, bo przecież to dobra i pobożna rzecz. Można też uśmiercić bliźniego słowem, walcząc w imię dobrej sprawy. "Diabeł każe nam walczyć między sobą w obronie rzeczy najświętszych, ale ze złym duchem" - powie Papież Franciszek. Faryzeim osądza tylko na podstawie tego, co widać. Nie próbuje zrozumieć motywów działania człowieka. Miłosierdzie, na odwrót, patrzy na wnętrze człowieka.

Wiele problemów byłoby rozwiązanych w rodzinach, w społeczeństwie, w Kościele, gdybyśmy częściej stosowali strategię miłosierdzia Jezusa: nie przekreślali bliźnich na podstawie domysłów, naszej marnej nieraz wiedzy o innych, zewnętrznych gestów, różnic, i tego, co nam się wydaje, że jest w drugim człowieku, ale próbowali rozmawiać i szukać tego, o co można się zahaczyć, a nie rozrywać każdą nić łączącą nas ze sobą.

W końcu Jezus mówi do kobiety: "Twoja wiara cię ocaliła". Nawet nie te zewnętrzne gesty, które pokazały jedynie, co jest we wnętrzu. Nie wcześniej wykonana praca, zadośćuczynienie za grzechy, odpracowanie straconych lat życia. Sama wiara.

To św. Paweł, człowiek, któremu pod Damaszkiem również świat się zawalił, napisze, że "usprawiedliwienie osiąga się nie na podstawie uczynków, lecz jedynie przez wiarę w Jezusa Chrystusa" (Ga 2, 16). Istotne jest tutaj słowo "jedynie", które oznacza, że innej drogi nie ma. Z człowieka, który "z niezwykłą gorliwością  zwalczał Kościół i usiłował go zniszczyć" (Por. Ga 1, 13), Szaweł zmienił się w budowniczego Ciała Chrystusa wśród pogan. Dlaczego? Bo spotkał Chrystusa prawdziwego. I zdał sobie sprawę, że działał w niewiedzy, w niewierze. Dlatego Chrystus okazał mu miłosierdzie (Por. 1 Tm 1, 13).

Wiara polega na prostym akcie: przyjściu do Jezusa, zwróceniu się do Niego. Apostoł nie pisze, że uczynki są w ogóle niepotrzebne. Są konieczne, ale dopiero od ściśle określonego momentu. I nie po to, by zachęcić Boga do rozpoczęcia w człowieku drogi odnowy. Bóg sam kładzie nowy fundament, gdy przebacza. Dopiero na tej bazie może nastąpić dalsze budowanie, już razem z Bogiem. Wtedy musi to być widać w uczynkach, czy raczej po owocach. Ale nowy początek pochodzi od Boga. W przeciwnym wypadku człowiek zbuduje sobie dom własnym wysiłkiem. Będzie okazały, piękny, ale na piasku, przy pierwszym porządnym wichrze i burzy, zawali się.

Jezus wystawia też na próbę naszą potrzebę, aby wszystko było jasne i pewne. I tak, z jednej strony w krótkiej przypowieści mówi, że miłość Boga zawsze jest pierwsza. Człowiek tylko odpowiada. A za chwilę twierdzi, że grzechy kobiety zostały odpuszczone, ponieważ bardzo umiłowała. Sprzeczność? Niekonsekwencja? O. Cantalamessa pisze, że w kwestiach duchowych ludzka logika często zawodzi. "Istnieje tu pewna wymiana i wzajemność". Przebaczenie ze strony Boga rodzi wdzięczną miłość człowieka, ale i miłość człowieka, wzmaga Bożą miłość.

Ta Ewangelia mówi też coś o naszej wewnętrznej konstrukcji. Nikt z nas nie jest źródłem miłości, życia, nadziei, chociaż żyjemy, kochamy i spodziewamy się dobra. To, co w człowieku najważniejsze, ma początek w Bogu. Proste. A jednak wskutek grzechu Adama w głowach nam się poprzestawiało. Odwróciliśmy role. Nie lubimy być dłużnikami. Lepiej jeśli ktoś zawdzięcza coś nam. Nie potrzebujemy wówczas Boga, bo przecież sami dajemy sobie radę...

I tak według faryzeusza "grzesznicy nie zasługują na miłosierdzie, a sprawiedliwi go... nie potrzebują" (R. Cantalamessa), bo przecież nie grzeszą jak pospolici grzesznicy. To misterne błędne koło, w którym człowiek trwa jak w uścisku węża. Ta nigdy niekończąca się pokusa samozbawienia wcale w Kościele nie umarła. Ile ludzi nie potrafi przyjąć nawracających się grzeszników, ponieważ sądzą, że "dobry" status sprawiedliwych to efekt ich własnych wysiłków i starania się?

Podczas Eucharystii modlimy się słowami Kanonu Rzymskiego, aby Bóg dołączył nas do grona świętych, "nie z powodu naszych zasług, lecz dzięki Jego przebaczeniu". Lex orandi, lex credendi. Nawet jeśli mamy jakieś zasługi, to i tak ostateczny wstęp do nieba będziemy zawdzięczać Bożemu Miłosierdziu.

Życzeniem Chrystusa jest więc to, byśmy, zanim do tego dojdzie, zidentyfikowali się z postawą grzesznej kobiety, która się nawraca, czyli czyni dobro, a nie z postawą faryzeuszy, którzy służą Bogu nieistniejącemu.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Błogosławieni, którym świat się zawalił
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.