Gdzie jest Król?

(fot. sx.hu)

Jakkolwiek długa byłaby nasza pielgrzymka do stajenki, czeka w niej Bóg spragniony towarzystwa kochających Go ludzi…

Gdyby nie brać pod uwagę aniołów, którzy wręcz oszaleli z radości na wieść o narodzeniu Zbawiciela, okazałoby się, że samo przyjście na świat Jezusa nie wiązało się z żadnym szczególnym ani nadzwyczajnym wydarzeniem. Bóg, przyjmując na siebie ludzkie ciało, przyjął też całą szarość i zwykłość życia. I choć Jego pojawienie się wśród ludzi samo z siebie było cudem, to jednak Józef i Maryja nie cieszyli się specjalnymi przywilejami w przeżywaniu tej radości. O “cudowności" tego, co dokonało się w Ich życiu, dowiedzieli się od innych.

Aniołowie, od których początek wzięło to radosne zamieszanie - wyraźnie pisze o tym Ewangelista Łukasz - “biegali" raczej po polach i opłotkach (tak dotarli do pasterzy), nie zawitali zaś do samego Betlejem. W stajni było cicho i spokojnie. Maryja wyśpiewywała swoje Li, li, li, li, laj, kołysząc Dzieciątko do snu, Józef pielęgnował Jezusa; oboje nie zważając na to, co działo się dokoła, w ciszy pochylali się nad Dzieciątka snem…

…a na zewnątrz niebo z radości szalało!

Aniołowie, jakich obraz pozostawili nam dawni autorzy kolęd i pastorałek, wyzbywszy się niebiańskiego dostojeństwa, paplali jak najęci i nie zważając na to, czy to ktoś godny, czy nie, przymuszali do pójścia do stajni. Jakby już przez sam ten fakt chcieli wyprzedzić sytuację, którą trzydzieści parę lat później Jezus opowiedział w przypowieści o uczcie królewskiej i sługach, którzy wyszli na rozstajne drogi i przymuszali do wejścia, byle tylko Pan nie musiał sam przeżywać własnej radości (por. Mt 22).

I istotnie, żeby odwiedzinom w Betlejem nadać duchowy wymiar, potrzeba było nie lada wiary: ubogie progi, nieznani nikomu przybysze, chłopczyk, z którego - tak po ludzku patrząc - nie wiadomo, co wyrośnie… W ten cud mogli uwierzyć tylko ci, którzy we własnym życiu religijnym nie wyzbyli się dziecięcej prostoty albo przynajmniej mądrymi rozważaniami nie byli w stanie zagłuszyć ciekawości Bożych spraw. Słowem, trzeba było być takim człowiekiem, jak w starej kolędzie:

Paśli pasterze woły u zielonej dąbrowy.
Anioł się im pokazał, do Betlejem iść kazał.
A oni się go zlękli, aż na kolana klękli,
Więc go pytać nie śmieli, gdzie Pana szukać mieli,
Ale na domysł biegli, aż do szopy przybiegli.
A on leży we żłobie, nie mając nic na sobie…

Wiadomość o tym ważnym wydarzeniu przekazywana była z ust do ust i to właśnie dlatego wraz z upływem czasu w miasteczku pojawiali się kolejni goście: jedni aby się pokłonić, inni aby Dziecko zgładzić, ci ostatni jednak - Bogu niech będą dzięki - przybyli za późno. O tym więc, jak cudowne jest to Dziecko, Józef z Maryją dowiadywali się od innych ludzi. Ale choć byli to zwykli ludzie, jednak każda kolejna wizyta była niezwykłym wydarzeniem, bo oto każdy z nich przychodził przynaglany wiarą - i pewnie to świadectwo wiary w Jezusa było największym darem, jaki można było złożyć u stóp Maryi. A istotnie, wielkiej wiary było tu potrzeba, bo widok był zaskakujący…

…Bóg Dziecina w żłobie leży… bez odzieży

Tylko jedna z czterech Ewangelii - ta, która wyszła spod pióra Mateusza - opowiada o jeszcze jednej tajemniczej wizycie w Betlejem. Oto Trzej Mędrcy (Magowie lub Królowie) przybyli prowadzeni przez niezwykłe zjawisko: gwiazdę, która zabłysła na niebie w dalekiej, wschodniej krainie. Mędrcy zbadali sprawę, a po wnikliwej analizie dostępnych im źródeł - widać musieli sięgnąć także do starożytnych pism Izraela - doszli do wniosku, że to, co widzą, jest znakiem wyczekiwanego w Narodzie Wybranym króla. Z pobudek wiary wyruszyli więc na pielgrzymi szlak.

Tak to już jest, że najłatwiej uwierzyć jest tym, którzy kochają (Maryja i Józef są tu najlepszymi przykładami). Zaraz potem do wiary dochodzą ci, którzy mają serca otwarte i wierzą świadectwu innych (to pasterze). Na samym końcu dochodzą ci, którzy za pomocą siły umysłu nabierają przekonania albo znajdują dowód na istnienie i działanie Boga (to właśnie Trzej Królowie). Pewnie do tego trzeba dołożyć jeszcze czwartą kategorię: tych, którzy do Betlejem się spóźniają i docierają wtedy, gdy nie ma tam już małego Jezusa, a oni mówią sobie: Jakiż ja byłem głupi….

Jakakolwiek by to nie była droga, na jej końcu każdy spotyka Jezusa, który ukazuje się cały, nic przed człowiekiem nie ukrywa, ale też dając się poznać, stawia wymagające pytanie: Czy obiecujesz odtąd kochać Mnie jeszcze bardziej? Pielgrzymka Trzech Króli jest przykładem drogi, jaką pokonać musi każdy człowiek, zanim nauczy się miłości. O każdym, kto szczerym sercem szuka Boga, nie można powiedzieć, że brak mu miłości, a jedynie, że musi nauczyć się kochać Boga mądrze. Dokładnie tak…

…kochać Boga mądrze…

Mądrze, czyli nie za coś, nie w nadziei czegoś, nie wtedy, gdy mieści się to w granicach mojej wyobraźni, ale… zawsze, wszędzie i cokolwiek by się nie stało.

Jeśli pielgrzymka nie ma stać się wyłącznie wycieczką, musi coś przemienić w człowieku. Taka też niespodzianka czekała na Mędrców. Kiedy już przybyli do kraju wybranego przez Boga, pobłądzili troszkę, bo porzuciwszy logikę Bożą, która była ich przewodniczką w drodze (jak Piotr, który chodząc po wodzie, przestraszył się wiatru i zaczął tonąć; Mt 14, 30) i myśląc po ludzku, udali się do królewskiego pałacu. Ku ich zaskoczeniu, nikt tutaj nie spodziewał się przybycia takich gości, co więcej, nikt nie odczytał cudownych znaków, które im w dalekiej krainie zostały objawione. Cóż… pod latarnią najciemniej. Ich pytanie o Nowonarodzonego stało się wręcz złym proroctwem, że oto nadchodzi kres panowania obecnego władcy. Mimo wszystko jednak, zachowując dyplomatyczne pozory, dwór jerozolimski udzielił Mędrcom potrzebnych wskazówek. Ci poszli i gdy odnaleźli Dziecię, oddali Mu pokłon. Tak dobiegła kresu ich długa pielgrzymka: od wiedzy do wiary, która obudziła w nich miłość. Dotarli tam, gdzie inni dawno już byli. Bo im bardziej ktoś kocha, tym bliżej ma do Boga. Trzeba, aby ta prawda zapadła nam w serca…

Im większa miłość, tym bliżej do Boga!

Boże Narodzenie bez Trzech Króli we współczesnym świecie byłoby pozbawione istotnego elementu i ważnej wskazówki, jak współczesny człowiek powinien przeżywać te święta. Uwikłani w logikę życia naszych czasów, skazani na myślenie kategoriami współczesnych filozofii, skażeni często brakiem szczerości wzajemnych relacji i interesów ludzie muszą pokonać długą drogę, zanim przekonają się, że Bóg jest - proszę wybaczyć określenie - bardzo towarzyski. Źle Mu jest samemu.

Szuka towarzystwa kochających Go ludzi.

Jakkolwiek długa byłaby nasza tegoroczna pielgrzymka do stajenki, wzorem Trzech Mędrców oddajmy Mu pokłon, a potem z radością wróćmy do codzienności, zadając sobie tylko pytanie: Jak mamy Ciebie, o wielki Boże, nad wszystko wielbić, miłować? W ciernistym życiu zrywając róże, stałość męczeńską zachować?

Odpowiedź przyjdzie sama…

Ks. Jakub Kołacz - jezuita, socjusz Prowincjała Prowincji Polski Południowej Towarzystwa Jezusowego.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Gdzie jest Król?
Komentarze (1)
K
karolina
6 stycznia 2014, 19:39
Piekny artykul.. a najbardziej uderzylo mnie ostatnie zdanie. To z czym mam najwiekszy problem - jak w codziennosci wytrwac i wzrastac z otwartym na Boga sercem. Serce otwarte, milosc wyznana a natura dalej sobie, rzuca klody pod nogi, by nie wytrwac, by upasc...W ciernistym zyciu zrywajac roze.. tak to kojarzy sie ze swieta Tereska.