Jan Paweł II ani na chwilę nas nie opuścił. Trzy świadectwa cudów, które dokonały się za jego wstawiennictwem
22 października, w liturgiczne wspomnienie św. Jana Pawła II, przygotowaliśmy specjalny materiał poświęcony świadectwom osób, które doświadczyły jego duchowego wsparcia w trudnych chwilach życia. To opowieści o chorobie, cierpieniu, walce o zdrowie i pragnieniu rodzicielstwa, ale także o sile modlitwy, nadziei i zaufaniu Bogu. Ich bohaterowie opowiadają, jak wstawiennictwo świętego papieża towarzyszyło im w najtrudniejszych momentach życia.
"Nasz syn urodził się dzięki wstawiennictwu św. Jana Pawła II"
Jesteśmy małżeństwem od prawie 15 lat. Przez pierwsze dwa lata małżeństwa nie miałam żadnego nacisku emocjonalnego ani społecznego, aby być mamą. W ogóle uważam, że nie powinniśmy za nikogo decydować w tej sprawie.
Po około 2 latach zaszłam w ciążę; niestety w 12 tygodniu poroniłam. Na początku był szok, ale pogodziłam się z wolą Bożą. Nie miałam do nikogo żadnych pretensji. Tym bardziej, że miałam wsparcie w mężu i w bliskich. Wiedziałam, czułam, że jestem młoda i wszystko przede mną. Zaufałam życiu.
Minęły kolejne 2 lata i sytuacja znów się powtórzyła. Ok. 8 tyg. na usg widać i słychać było bijące serce, a już ok.12 tyg., przy kolejnych usg, dziecina nie rosła i nie było słychać serduszka. Tym razem zrobiło mi się smutno, ale jak wcześniej, zaufałam.
Mijały lata. Moje (nasze) wizyty u specjalistów nie potwierdzały nic, co by złego działo się z naszym zdrowiem. Lekarze mówili, że przyczyn może być mnóstwo. Nie ukrywam, że jak dowiedziałam się, jakie są ceny badań genetycznych to... zaakceptowałam sytuację i wytłumaczyłam sobie, że widocznie Bóg ma wobec nas inny plan.
Mijały lata. W międzyczasie rozprzestrzeniał się kult św. Jana Pawła II. Często prosiłam go o wstawiennictwo (jeszcze wtedy nie do końca, według procedur Kościoła) i o pomoc w rozwiązaniu problemów dnia codziennego, o siłę... I nastąpił dzień kanonizacji. Przyjaciółka rodziny powiedziała nam, że właśnie jedzie na uroczystości do Watykanu i jeśli mamy prośby, zawiezie je do o. Pio. Nasza prośba była jednoznaczna - chcielibyśmy, jeśli taka jest wola Boża, po prawie 9 latach małżeństwa zostać rodzicami.
Do tej pory, absolutnie nie mieliśmy presji. Korzystaliśmy z życia i nikogo o nic nie obwinialiśmy. I nadszedł TEN dzień. Wczesną jesienią poczułam to COŚ. Jestem w ciąży. Pierwsze badania, usg, wszystko przebiegło pomyślnie, a lekarz powiedział, że poród planowany jest na 27.04.2015. Wyszłam z wizyty w pełni szczęśliwa i pełna nadziei, ale z racji poprzednich problemów prosiłam Boga, żeby już nic złego się z dzidzią nie stało. I po kilku dniach, oprócz zaufania, że będzie dobrze, poczułam ciepło w sercu. Zorientowałam się, że termin porodu mam w rocznicę kanonizacji św. Jana Pawła II. Poczułam, że to CUD. Ciąża przebiegała pomyślnie. Syn rósł zdrowy i silny. Pomału zbliżał się miesiąc, w którym miał się urodzić. Tygodnie poprzedzające narodziny nie były łatwe. Mąż chorował, był w między czasie w szpitalu. Ja w zaufaniu czekałam na narodziny syna. Prosiłam tylko Boga, żeby z powodu sytuacji i stresu dziecko nie urodziło się za wcześnie. Zaufałam.
I przyszedł ten dzień. Wieczorem, w wigilię Niedzieli Miłosierdzia Bożego, odeszły mi wody. Następnego dnia urodził się Jan. Radość tego dnia była ogromna. Mąż wracał do zdrowia. Życie toczyło się swoim tempem.
Przyszedł dzień ustalenia daty chrztu. I tak sobie pomyślałam, że jak jest wolna data 22.10 to wtedy ochrzcimy Jana. Wiedziałam, że to będzie nasze święto, 10 rocznica ślubu i chrzest Jana. A tu jeszcze ksiądz wspomniał, że jest to wspomnienie w kalendarzu liturgicznym św. Jana Pawła II.
Podczas uroczystości miałam ciary na plecach, motyle w brzuchu i radość taką, że nie mogłam powstrzymać łez. Co za cudowny zbieg okoliczności. Czyżby Ktoś napisał za nas tak cudowny scenariusz? Tak. Czuję, że za tym cudem stoi Boska siła, ze szczególnym wstawiennictwem św. Jana Pawła II. I życie toczyło się dalej, pomyślnie, w zdrowiu. I po 2 latach na świat przyszedł nasz drugi syn, Rafał. A z racji tego, że ze zdrowiem męża wszystko się unormowało, to czuję, że Rafał miał się urodzić, aby dać nam jeszcze więcej iskry nadziei, siły i zdrowia. A dlaczego Rafał? Od Anioła Rafała, którego imię znaczy "Bóg uzdrawia".
Ciąg dalszy artykułu poniżej.
Uzdrowienie z choroby Parkinsona. Cud beatyfikacyjny
Byłam chora i zostałam uzdrowiona. Cierpiałam na chorobę Parkinsona od 2001 r. Byłam jeszcze młoda, gdyż miałam 40 lat. Po ogłoszeniu mi diagnozy doświadczałam trudności, kiedy patrzyłam na Jana Pawła II w telewizji, gdyż jego widok ukazywał mi, czym jest moja choroba. Zarazem czułam się bardzo związana z nim modlitwą i podziwiałam jego pokorę, siłę i męstwo. Jego przykład i świadectwo ukazywały mi, jak całkowicie można zapomnieć o sobie samym, by oddać się w pełni swojej misji. Pobudzało to mnie w wierze i wysiłku, by zaakceptować to cierpienie i ofiarować je, gdyż bez miłości nie miałoby ono sensu. Wiedziałam, że papież mógłby zrozumieć to, co przeżywałam. Jan Paweł II był dla mnie pasterzem pełnym dobroci i czułości, apostołem Miłosierdzia. Był blisko wszystkich, szczególnie tych najsłabszych, biednych, małych i chorych. Był obrońcą życia, rodziny i pokoju. W momencie jego śmierci odczułam ogromna pustkę, poczucie, że straciłam przyjaciela, kogoś bliskiego, kto mnie rozumiał.
W tygodniach po śmierci Jana Pawła II kliniczne objawy choroby nasiliły się. 2 czerwca po południu poprosiłam swoją przełożoną s. Marie Thomas, aby znalazła inna siostrę, która by mnie zastąpiła na oddziale położniczym, gdyż byłam zupełnie bez sił. Powiedziałam jej, że w głębi serca zaakceptowałam, iż pewnego dnia znajdę się na wózku inwalidzkim. Ale przy tym moje powołanie zakonne nie ulega osłabieniu, a choroba nie przeszkodzi mi w jego kontynuacji aż do końca. Powiedziałam, że mogę nadal ofiarowywać swe życie na rzecz Życia. I ta perspektywa nie napawała mnie lękiem. "Nie lękajcie się!" – powiedział nam Jan Paweł II. Czyż on sam nie cierpiał, oddając swe życie aż do końca? Przełożona z uwagą mnie wysłuchała i poprosiła, abym poczekała na powrót z pielgrzymki do Lourdes, na którą miałam pojechać w sierpniu. Przypomniała mi, że wszystkie wspólnoty mego zgromadzenia modlą się o moje uzdrowienie za pośrednictwem Jana Pawła II. Dorzuciła, że "Jan Paweł II nie powiedział swego ostatniego słowa". Poprosiła też, abym napisała jego imię, choć nie mogłam już pisać. A skoro napierała, to za trzecim razem napisałam imię Jana Pawła II. Widząc moje pismo tak bardzo zdeformowane, obie pozostałyśmy w długim milczeniu i modlitwie.
Całe moje zgromadzenie rozpoczęło 14 maja 2005 r. wieczorem – i kontynuowało – nowennę w intencji mego uzdrowienia, mając nadzieję, że cud może być kamyczkiem do procesu beatyfikacyjnego tego papieża, który tak bardzo odcisnął swoje piętno na naszym instytucie zakonnym. Ta prośba o uzdrowienie zawsze była podporządkowana misji Kościoła, misji polegającej na głoszeniu, służeniu i celebracji Ewangelii Życia. I to dzięki temu mogłam wypełniać moją posługę wobec najmniejszych oraz rodzin - dzięki temu, że przyjęłam tę modlitwę. Była to bowiem modlitwa na rzecz misji Kościoła, a nie tylko mojej konkretnej osoby. Poczynając od 14 maja, na dnie mojego ogołocenia odkrywałam cytat z Ewangelii św. Jana, który mnie nie opuszczał: "Jeśli wierzysz, ujrzysz chwalę Bożą" (J 11, 40).
Zostałam uzdrowiona w nocy z 2 na 3 czerwca 2005 r. W nocy wstałam z łóżka i zeszłam do oratorium w domu mojej wspólnoty, aby modlić się przed Najświętszym Sakramentem. Otaczał mnie wielki pokój i poczucie swego rodzaju błogości. Przed Najświętszym sakramentem medytowałam Tajemnice Światła różańca Jana Pawła II. Pozostałam na modlitwie do 6 rano. Następnie przeszłam do kaplicy, na jutrznię ze wszystkimi siostrami oraz na poranną Mszę św. Miałam około 50 metrów do przejścia. Spostrzegłam, że moja lewa ręka, która była niemalże obumarła z powodu choroby, zaczęła się poruszać. Jednocześnie odczułam lekkość w całym ciele, której nie odczuwałam od dawna. Podczas Mszy wypełniała mnie wielka radość i pokój.
Był 3 czerwca, uroczystość Bożego Ciała. Jako zgromadzenie mamy szczególne nabożeństwo do Najświętszego Serca Pana Jezusa. Wychodząc ze Mszy byłam przekonana, że zostałam uzdrowiona. Moja lewa ręka, bo jestem mańkutem, nie sprawiała mi bólu. Moja twarz zmieniła się. Mogłam pisać i w południe odstawiłam lekarstwa. Po południu poinformowałam o tym przełożoną, ale postanowiłyśmy, że do 7 czerwca nie będziemy o tym mówić. Tego dnia, jak to było umówione, udałam się do mojego neurologa. Ten, z wielkim zdziwieniem stwierdził całkowity zanik wszelkich klinicznych oznak choroby. Miał wielką trudność w zrozumieniu mojego stanu, tym bardziej że od pięciu dni nie brałam żadnych lekarstw. Moje wspólnoty odprawiły dziękczynienie 7 czerwca. To uzdrowienie było przede wszystkim owocem modlitwy całej mojej rodziny zakonnej, cudem wiary.
Niedługo upłynie 6 lat od kiedy przerwałam leczenie. Od momentu uzdrowienia funkcjonuję w normalnym rytmie. Fakt, że Bóg pozwolił mi żyć za pośrednictwem Jana Pawła II jest tajemnicą trudną do wyjaśnienia słowami, jest ona tak wielka, tak silna…. Dziś czuję swoją małość wobec tak wielkiej łaski, ale dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Tak, "jeśli wierzysz, ujrzysz chwalę Bożą". Jest to jak nowe narodzenie, nowe życie. Moje życie wewnętrzne zostało przemienione, stało się znacznie głębsze. Coraz bardziej pociąga mnie Eucharystia i adoracja Najświętszego Sakramentu, a różaniec mnie nie opuszcza. Drugiego każdego miesiąca o 9 wieczorem oddaję się modlitwie, aby dziękować Panu za wielkie dobro, jakie mi uczynił.
Pozostaję Małą Siostrą wśród innych Małych Sióstr i to pozwala mi spełniać posługę w prostocie i w radości wobec matek maleńkich dzieci. Bóg daje mi miłość i szczególną wrażliwość na najsłabszych, tych, których nasz świat tak często odrzuca – małych dzieci naznaczonych niepełnosprawnością, dla których Jan Paweł II miał tyle miłości. W szczególny sposób niosę w mym powołaniu zranione rodziny, chorych dotkniętych chorobą Parkinsona oraz innych chorych potrzebujących modlitwy naszej rodziny zakonnej. Nasza misja Małych Sióstr macierzyństwa Katolickiego wysyła nas ku nim, i wzywa nas, by powiedzieć światu jak wielką cenę ma ich życie, jak ich godność jest wielka.
Od momentu, kiedy zaakceptowałam, że cale moje zgromadzenie będzie się modlić o moje uzdrowienie za pośrednictwem papieża Jana Pawła II, powiedziałam, że pójdę do końca za tym wyzwaniem, niezależnie co będzie, jeśli nasza modlitwa zostanie wysłuchana. Tak, do końca, aby Jan Paweł II został ogłoszony błogosławionym a później świętym, do końca dla Kościoła, do końca aby świat uwierzył, do końca by życie było respektowane, i aby wszyscy, którzy pracują w służbie życiu zostali tym bardziej zachęceni. Nasz kraj, Francja bardzo potrzebuje, aby nie zatracał swych korzeni. Życzę, aby młode dziewczęta odkrywały wielkość życia, piękno małżeństwa i życia konsekrowanego, aby małżeństwa i rodziny żyły w radości, aby chrześcijańscy lekarze i ginekolodzy mogli zaangażować się po naszej stronie.
Te cudowne uzdrowienie jest błogosławieństwem dla Kościoła, dla świata, ale także dla naszego instytutu zakonnego, który w całości oddaje się służbie życia i rodziny. Jest błogosławieństwem, które przyjmujemy z radością oraz pokorą.
Nasz zakonny instytut życia apostolskiego powstał w 1930 r. we Francji. Nasi założyciele, ks. Emil Guerry, Matka Marie Jean Baptiste przekazali nam duchowość Kościoła, zakorzenioną w głębokiej miłości do niego.
Ciąg dalszy artykułu poniżej.
"Jan Paweł II towarzyszył mi w zmaganiach z chorobą". Świadectwo uzdrowionego misjonarza
W maju 2011 roku, pracując na misjach w Boliwii, zachorowałem na zespół Guillaina-Barrégo. To dosyć skomplikowana choroba wirusowa, która zaatakowała cały mój system nerwowy. W jej wyniku ponad dziesięć miesięcy byłem zupełnie sparaliżowany, doznałem też zaniku mięśni. Przez pół miesiąca miałem sparaliżowane gałki oczne i powieki, których w ogóle nie mogłem zamknąć. Cały czas miałem otwarte oczy, wpatrzone w jeden punkt. Ważyłem zaledwie czterdzieści dwa kilogramy. Dużym problemem było przyjmowanie pokarmów. Przez pierwsze miesiące choroby dostawałem jedynie kroplówki, potem podawano mi zmiksowane jedzenie przez rurkę, później już jadłem normalnie, ale tylko pokarm gotowany, który łatwo było mi przełknąć. I tak powoli, powoli zacząłem wstawać z łóżka… Przez kolejnych sześć miesięcy trzeba było jeszcze walczyć na wózku, a potem kolejnych sześć miesięcy o kulach. Zaczęła się intensywna rehabilitacja. Musiałem na nowo uczyć się chodzić, stawiać prosto kroki, pisać, mówić, uśmiechać się…
Jestem jednak więcej niż pewny, że w tej próbie nie byłem sam. Miałem swoich świętych, których chciałem naśladować. Wśród nich byli franciszkańscy męczennicy z Peru, w tamtym czasie Słudzy Boży Zbigniew Strzałkowski OFMConv i Michał Tomaszek OFMConv, którzy zginęli za wiarę 9 sierpnia 1991 roku, a także błogosławiony wówczas Jan Paweł II.
Dlaczego Jan Paweł II? To był papież, z którym byłem związany od zawsze. Kiedy zdawałem maturę, Karol Wojtyła był już papieżem. Gdy rozpoczynałem nowicjat, zaczęły się pierwsze podróże apostolskie Ojca Świętego. 18 czerwca 1983 roku, kiedy Papież przybył do Niepokalanowa w czasie swojej drugiej pielgrzymki do Ojczyzny, byłem tam jako nowicjusz. To było dla mnie wyjątkowe spotkanie. Jan Paweł II to wielki Polak. Mieć takiego orędownika w chorobie to niesamowita moc.
Jak wspomniałem, w 2011 roku Jan Paweł II był już beatyfikowany, ale czekaliśmy wszyscy na jego kanonizację. Zaprzyjaźnione ze mną Siostry Sercanki, dowiedziawszy się, że jestem w tak ciężkim stanie, przysłały mi do Boliwii relikwie bł. Jana Pawła II. To był obrazek z wizerunkiem Jana Pawła II, modlitwą i maluteńką kroplą krwi - była już prawie niewidoczna, ale była. Od tego momentu codziennie modliliśmy się za wstawiennictwem Jana Pawła II o moje zdrowie modlitwą z tego obrazka.
To był szczególny moment w ciągu dnia. Codziennie była msza święta: najpierw, kiedy byłem w szpitalu, współbracia odprawiali ją w sali, na której leżałem, ponieważ nie mogłem pójść do kaplicy, a gdy po trzech miesiącach przenieśli mnie ze szpitala do klasztoru, to w mojej celi. Z celi wyniesiono wszystkie meble. Było tylko sprowadzone dla mnie specjalne łóżko szpitalne, stolik i drugi niewielki stoliczek, przy którym codziennie sprawowano Eucharystię. Nie mogłem spożywać całej Hostii, tylko zaledwie okruszynkę… I właśnie po mszy odmawialiśmy modlitwę o moje uzdrowienie za wstawiennictwem Jana Pawła II.
Wszystko to działo się w Boliwii. Kiedy zacząłem poruszać się na wózku, w Wielkim Tygodniu w 2012 roku przyjechałem do Polski, do Przeworska, skąd pochodzę. Nadal trwała intensywna rehabilitacja i żarliwa modlitwa o uzdrowienie. Teraz trwa modlitwa dziękczynna za łaskę zdrowia i za tak wielu życzliwych i oddanych ludzi, którzy pomagali mi w mojej chorobie. Jeżdżę i dziękuję… Odwiedzam między innymi różne sanktuaria maryjne, by podziękować Matce Bożej. Byłem już w Kalwarii Pacławskiej, a w zeszłym roku w Niepokalanowie, u św. Maksymiliana…
Maryja, św. Maksymilian Maria Kolbe, św. Jan Paweł II, błogosławieni Zbigniew i Michał - to oni towarzyszyli mi w moich zmaganiach z chorobą. Nie zabrakło ich żadnego dnia, żadnej minuty. Myślę, że bez nich zupełnie inaczej znosiłbym moje cierpienie. Dzięki nim i przez nich w tej próbie był obecny sam Bóg. Święci nam towarzyszą. Nie bójmy się mieć relikwii tych, którzy są znakiem w naszym życiu. Oni nam pomagają odkryć prawdziwą drogę do świętości. Nie bójmy się tej drogi. To droga dla wszystkich.
Świadectwa zostały pierwotnie opublikowane na portalu DEON.pl:
1) Nasz syn urodził się dzięki wstawiennictwu św. Jana Pawła II
2) Doświadczyłam niezwykłego uzdrowienia
3) "Jan Paweł II towarzyszył mi w zmaganiach z chorobą". Przeczytaj świadectwo uzdrowionego misjonarza
JEŚLI PRZEŻYŁEŚ/PRZEŻYŁAŚ/PRZEŻYLIŚCIE COŚ PODOBNEGO, PONIŻSZY FORMULARZ JEST OD TEGO, ABY SIĘ TYM PODZIELIĆ. NIECH RÓWNIEŻ TWOJE/WASZE ŚWIADECTWO STANIE SIĘ TYM, CO UTWIERDZI WIARĘ INNYCH!
Skomentuj artykuł