Ośrodek w Rusinowicach. Tu nie tylko rehabilituje się ciało, ale przede wszystkim serce

Ośrodek w Rusinowicach. Tu nie tylko rehabilituje się ciało, ale przede wszystkim serce
Ks. Kazimierz Tomasiak wraz z ministrantami w Ośrodku Rehabilitacyjnym w Rusinowicach (Fot. Beata Trznadel)

- Duża część osób w Ośrodku rehabilituje swoje serce. To też o czymś świadczy. Jest to miejsce, w którym właściwie trzeba być, bo jest to niesamowite doświadczenie - tak o Ośrodku Rehabilitacyjnym w Rusinowicach na Śląsku mówi jego dyrektor ks. Kazimierz Tomasiak. Kapłan w rozmowie z DEON.pl podkreśla, że to jednak wymiar duchowy jest w Ośrodku kluczowy.

Tomasz Kopański: Jest ksiądz dyrektorem Ośrodka Rehabilitacyjnego w Rusinowicach. Dla kogo skierowana jest ta placówka?

Ks. Kazimierz Tomasiak: - To jest właściwie szpital rehabilitacyjny, który prowadzimy. Jeśli chodzi o diecezję gliwicką, jest to wyjątkowe dzieło. Mamy dwa oddziały rehabilitacyjne. Pierwszy to neurologia dziecięca i drugi ogólnoustrojowy. Oprócz tego prowadzimy jeszcze poradnię rehabilitacyjną, a także ambulatorium, gdzie dzieci, młodzież, ale i dorośli przychodzą do nas szukając pomocy w kwestiach rehabilitacyjnych.

Mamy dzieci, które faktycznie od urodzenia są w różny sposób dotknięte niepełnosprawnością, ale i też powypadkowe. Na dziś mam zatrudnionych 120 osób. Są to lekarze, pielęgniarki, fizjoterapeuci, terapeuci zajęciowi, logopedzi, neurologopedzi. Sztab ludzi potrzebny jest w tej pomocy.

Poza rehabilitacją ciała skupiacie się także na wsparciu duchowym osób przebywających w Ośrodku.

- Wymiar duchowy jest tutaj istotny i kluczowy. Był taki zamysł, że pracując z dzieckiem, dla dziecka, rehabilitujemy jego ciało ale także i ducha. Dlatego jest tutaj opieka kapłana, stała obecność. Ja nie tylko jestem dyrektorem, ale jestem też ich kapelanem.

Jeżeli chodzi o zarządzanie, byłem przygotowany wcześniej przez biskupa. Przyglądałem się pracy w Ośrodku będą jako wikariusz w tutejszej parafii. Uczestniczyłem w spotkaniach bardziej duchowych, gdzie codziennie przychodziłem porozmawiać czy wyspowiadać kogoś.

Jak wygląda codzienne życie w Ośrodku?

- Do godziny 15 mamy taką normalną pracę związaną z tym, że wywiązujemy się z kontraktu. Wszystko opiera się na kontrakcie z Narodowym Funduszem Zdrowia. Ośrodek ma już prawie 30 lat. Przygotowujemy się do przyszłorocznego jubileuszu, który odbędzie się 12 czerwca. Abp Józef Kowalczyk poświęcił nasz ośrodek (w 1994 roku – przyp. red.).

Pan Bóg sprawia, że coraz więcej osób o nas wie. Różni ludzie nam pomagają poprzez swoją ofiarę, modlitwę, ale i zaangażowanie. Jak ktoś raz przekroczył progi naszego Ośrodka to faktycznie, pomimo cierpienia, przeżywa takie swoiste doświadczenie. Zawsze mówię, że to jest taka Ewangelia w najczystszej postaci.

Fot. Beata TrznadelFot. Beata Trznadel

Trzeba jednak podkreślić, że nie jesteście zamknięci na osoby niewierzące.

- Z racji tego, że mamy kontrakt z Narodowym Funduszem Zdrowia, po prostu przyjmujemy wszystkich. Była raz nawet ze swoimi dziećmi zadeklarowana muzułmanka w burce szukająca pomocy, ale i ludzie z różnych wyznań chrześcijańskich. Nie ma problemu. Wszyscy ludzie są tu naprawdę otwarci na siebie. Wspólnym mianownikiem jest cierpienie dziecka oraz bycie z drugim człowiekiem. Mamy w Ośrodku doświadczenie wyjątkowej wspólnoty.

Trzeba także jasno powiedzieć, że tutaj każdy, wraz ze swoim opiekunem (najczęściej jest to mama), ma swój pokój dostosowany do stopnia niepełnosprawności. Nie ma koedukacyjnych sal. Każdy ma tu swoje miejsce, dziecko nie zostaje samo. Ważne jest, żeby przy dziecku był ktoś bliski, tym bardziej, jak proces leczenia trwa dość długo - to ma duży wpływ.

Przy okazji opiekun dziecka jest zawsze obecny na zajęciach. Może nauczyć się pewnych rzeczy i później coś prostego wykonać w domu.

Do Ośrodka wraz ze swoimi dziećmi przybywają różni rodzice. Zapewne są wśród nich tacy, którzy nie potrafią pogodzić się z tym, co spotkało ich dzieci. Są zbuntowani, oddaleni od Boga. Jak pomóc takim ludziom?

- Przyjeżdżają do nas takie osoby, zazwyczaj młode mamy. Są one bardzo zbuntowane. Na pierwszy rzut oka wydają się być daleko od Kościoła. Będąc już tutaj trochę czasu widzę, jak Pan Bóg działa. Te najmłodsze mamy żyją we wspólnocie z nami. Jeśli chodzi o życie liturgiczne: jest codzienna msza święta z kazaniem, koronka o 15, wieczorami różaniec. Osoby te traktują to jako swoiste rekolekcje. Nieraz same mówią, że bardzo tego potrzebowały.

Zawsze w okresie października, mamy animowany różaniec. Teraz tematem są objawienia w Gietrzwałdzie. Angażujemy w to dzieci, które bardzo się z tego cieszą. To taka terapia zajęciowa w przełożeniu na kwestie pobożnościowe. I nawet osoby będące daleko [od Boga] bardzo chętnie się angażują, chcą w tych inscenizacjach uczestniczyć. Pomaga to potem w przeżywaniu danego tematu modlitwy. Nieraz ja sam widzę, jak ludzie po latach wracają do Pana Boga.

Fot. Beata TrznadelFot. Beata Trznadel

Tu można oczywiście być obok tego wszystkiego i równie dobrze się czuć. Tacy ludzie nas obserwują, mnie jako kapłana. I potem nagle coś pęka. Nagle ktoś próbuje przełamać jakąś niemoc – są łzy oczyszczenia z powodu spowiedzi po latach. Wiem o tym doskonale, że prędzej czy później, jak ktoś pokocha to miejsce, doświadczy wspólnoty, to po jakimś czasie Pan Bóg go jakoś do siebie przyciągnie. Tu są mamy, które pytają Pana Boga: dlaczego nas to spotkało, dlaczego akurat ja?

I co im ksiądz wtedy mówi?

- Nie mam mądrych słów na to. Nieraz jest tak, że mąż odchodzi, opuszcza żonę. Mężczyźni są bardzo słabi psychicznie w kwestii tematu dziecka naprawdę chorego. Wtedy mamy dodatkowo mają pytania, czy żale.

Nasze rozmowy, jak już do nich dochodzi, czasem trwają minimum pół godziny, a czasem i dwie godziny. Ja wiele nie gadam. Bo co ja im też powiem? Nie będę sypał jak z rękawa, bo każdy przypadek też jest inny. Widzę, że ludzie mają potrzebę wygadania się i bycia.

Duża część osób w Ośrodku rehabilituje swoje serce. To też o czymś świadczy. Jest to miejsce, w którym właściwie trzeba być, bo jest to niesamowite doświadczenie.

Rodzicie doskonale wiedzą, że nie mam panaceum na wszystko. Przekazuję wiarę. Obserwują mnie jak odprawiam msze, jak się modlę z nimi. Widzą, że to jest siła, czują to podświadomie, jak człowiek okazuje serce, jest z nimi. Staram się taki być. To też jest taki plus tego, że właściwie kończę posługę, bo nie nazywam to pracą, praktycznie kiedy jest cisza nocna o 22.

Warto również wspomnieć, że nasz Ośrodek jest miejscem, gdzie powstało Wigilijne Dzieło Pomocy Dzieciom.

To stąd pochodzi słynna świeczka, która gości na naszych stołach w wigilię?

- Tak, dokładnie. Do 2017 roku byliśmy jeszcze w strukturach Caritasu diecezjalnego, ale nie zapominamy o korzeniach. Poprzedni dyrektor Ośrodka ks. prałat Franciszek Balion przed laty zaprosił wszystkich dyrektorów diecezjalnych Caritas w Polsce, żeby pokazać im nasz Ośrodek. Powiedział do nich: "Mamy takie miejsce, takie dzieło, przysyłajcie dzieci". Dyrektorzy zaczęli zastanawiać się, jak pomóc temu miejscu i podobnym dziełom. I powstała idea wigilijnej świecy, która tutaj ma swój początek.

Jak dodać otuchy, nadziei dzieciom dotkniętym różnymi chorobami czy zmagającym się z niepełnosprawnością? Często my – ludzie, którzy nie zmagają się z takimi problemami, dystansujemy się od takich osób.

- Myślę, że niejednokrotnie to z naszej strony jest większa bariera i problem. Te dzieci często nas bardziej motywują do życia.

Miałem tu swego czasu takiego Michała. Co go ujęło? On mi mówił: "Robię wszystko dla dwóch moich zdrowych córek. Mało kiedy widzę tyle radości z tego, co im daję, co im stwarzam. A tu widzę radość patrząc na twarze tych dzieci. One mnie nie znają, ale otwierają się na mnie. Ja nie widzę tej radości na twarzach moich dzieci. Zaczynam tym bardziej dziękować za to, co mam".

My nie wiemy czasem jak się zachować. Te dzieci potrafią lepiej odnaleźć się w danej sytuacji i nas rozbroić. Ja mam przynajmniej takie doświadczenie. Widzę to na co dzień, kiedy spotykam się z osobami zdrowymi, sponsorami, ludźmi, którzy mają otwarte serce - oni sami też to podzielają.

Nasz Ośrodek i podobne miejsca są ambasadami życia Ewangelią, bo to jest Ewangelia naprawdę w najczystszej postaci.

Fot. Beata TrznadelFot. Beata Trznadel

Jak ksiądz czuje się w Ośrodku?

- To jest moje całe życie. Nigdy nie przypuszczałem, że będę akurat się tym zajmował. Mój poprzednik, który był przygotowywany w posłudze wikariuszowskiej w parafii Rusinowice, zginął w wypadku samochodowym.

Biskup dostrzegł we mnie potencjał i mnie tu skierował. Dzisiaj póki co nie wyobrażam sobie życia w inny sposób. Każdy dzień jest inny, wiele się dzieje.

Waszym patronem jest święty Rafał Archanioł. Dlaczego właśnie on?

- Inicjatorem budowy ośrodka był śp. biskup Czesław Domin. Pochodził z parafii Michałkowice. Co ciekawe, tamtejsza parafia była dedykowana Archaniołowi Michałowi. Bp Domin od dziecka miał kult do aniołów i archaniołów. Wiele dzieł dobroczynnych, których się podejmował powierzał zawsze im.

Imię Rafał znaczy "Bóg uzdrawia, Bóg leczy". Archanioł Rafał jest patronem naszych dzieci. Kaplica i cały ośrodek są dedykowane właśnie jemu.

***

Chcesz wesprzeć Ośrodek Rehabilitacyjny pw. św. Rafała Archanioła w Rusinowicach? Informacje na temat tego, jak to zrobić znajdziesz na stronie rusinowice.com.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Ośrodek w Rusinowicach. Tu nie tylko rehabilituje się ciało, ale przede wszystkim serce
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.