Upomnieć się o brata. Nie po to, żeby wygrać, ale żeby go odzyskać

Fot. Depositphotos

Kiedy ktoś nas zrani, chcemy coś z tym zrobić. Bronimy się, mówimy drugiemu, co o nim myślimy, albo opowiadamy o wszystkim komuś trzeciemu, licząc, że przyzna nam rację. Czasem milczymy, choć układamy w głowie całe przemówienia, których nigdy nie wygłosimy. Jezus proponuje inną drogę: „Gdy twój brat zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy” (Mt 18,15). To zdanie może zabrzmieć jak instrukcja zwracania uwagi. Ważne jest jednak także to, co Jezus dodaje chwilę później: „Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata” (Mt 18,15).

Nie chodzi więc o to, żeby upomnieć brata, lecz żeby upomnieć się o brata. Celem nie jest moje zwycięstwo w sporze ani kapitulacja drugiego. Celem jest odzyskanie relacji. Popełnione zło zraniło więź, ale nie odebrało drugiemu jego godności. Właśnie dlatego mam do niego pójść ze słowem upomnienia. To jest bardzo wymagające, ponieważ łatwiej mówić o człowieku (i do tego często za jego plecami) niż rozmawiać z człowiekiem. Łatwiej oskarżyć niż odsłonić własną ranę. Łatwiej powiedzieć: „Jesteś beznadziejny”, niż wyznać: „To, co zrobiłeś, zabolało mnie i oddaliło nas od siebie”. Upomnienie braterskie nie ma być wyładowaniem złości ubranym w religijne słowa ani próbą ustawienia kogoś według własnych oczekiwań. Żeby było chrześcijańskie, serce upominającego musi najpierw zostać dotknięte miłością.

Właśnie na to wskazuje pierwsze czytanie z Księgi Ezechiela: „Ciebie, o synu człowieczy, wyznaczyłem na stróża domu Izraela, abyś słysząc z mych ust napomnienia, przestrzegał ich w moim imieniu” (Ez 33,7). Stróż ma najpierw słuchać Boga, a dopiero potem ostrzegać człowieka. To ważna kolejność. Zanim pójdę do brata, powinienem stanąć przed Panem i zapytać: czy chcę ocalić tę więź, czy tylko rozładować własne emocje? Czy naprawdę chodzi o dobro drugiego, czy o ukaranie go chłodemmalbo poczuciem winy? Nie każde zachowanie, które mi się nie podoba, jest przecież grzechem przeciwko mnie. Czasem to ja potrzebuję korekty spojrzenia.

DEON.PL POLECA



Jezus każe najpierw rozmawiać „w cztery oczy”. Nie dlatego, że zło należy ukrywać, ale dlatego, że godność człowieka trzeba chronić także wtedy, gdy pobłądził. Miłość nie urządza publicznego procesu, lecz podejmuje próbę osobistego spotkania. W świecie, w którym jednym wpisem w internecie można wystawić człowieka na osąd setek osób, Ewangelia przynosi inną logikę. Zanim opowiesz innym, porozmawiaj. Zanim przykleisz komuś etykietę, posłuchaj. Zanim wydasz wyrok, sprawdź, czy jest możliwy nowy początek. Nie znaczy to oczywiście, że każdą sprawę trzeba rozwiązywać sam na sam. Gdy chodzi o przemoc, wykorzystanie, przestępstwo albo realne zagrożenie, osoba skrzywdzona ma prawo szukać ochrony i pomocy odpowiednich ludzi oraz instytucji. Ewangelia nie nakazuje narażać się na kolejną krzywdę. Miłosierdzie nigdy nie oznacza zgody na zło. Także dalsze kroki opisane przez Jezusa, czyli obecność świadków i wspólnoty, pokazują, że odpowiedzialność za człowieka nie może spoczywać wyłącznie na barkach jednej osoby.

Kiedy pierwsza rozmowa nie przynosi skutku, krąg się poszerza, ale nie po to, żeby stworzyć przewagę. Obecność innych ma pomóc zobaczyć prawdę. Być może winny zrozumie zło, którego nie chciał uznać. Być może ja odkryję, że źle oceniłem sytuację. Kościół nie ma być widownią konfliktu ani sądem zbierającym materiał przeciw człowiekowi. Ma być wspólnotą, która bierze odpowiedzialność za zranioną więź i szuka drogi nawrócenia. Paweł Apostoł podaje kryterium tego rozeznania: „Nikomu nie bądźcie nic dłużni poza wzajemną miłością” (Rz 13,8). Przykazania nie są zbiorem przypadkowych reguł, którymi Bóg utrudnia ludziom życie. Wszystkie chronią miłość, bo grzech zawsze niszczy jakąś relację: z Bogiem, z drugim człowiekiem, z samym sobą albo ze światem. „Miłość nie wyrządza zła bliźniemu. Przeto miłość jest doskonałym wypełnieniem Prawa” (Rz 13,10). Upominając brata, nie mówię więc jedynie: „Złamałeś przepis”, ale raczej: „Zabrakło tutaj miłości, przez co między nami pojawiła się rana”.

Miłość nie polega na udawaniu, że nic się nie stało. Potrafi nazwać zło po imieniu, postawić granicę i domagać się sprawiedliwości. Jeśli jednak jest naprawdę miłością, nigdy nie odbiera człowiekowi przyszłości. Dlatego nawet ostatnie zdanie tej Jezusowej instrukcji nie jest zgodą na pogardę: „A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik” (Mt 18,17). Jak Jezus traktował pogan i celników? Szukał ich, głosił im Dobrą Nowinę i wzywał do nowego życia. Zmienia się więc sposób relacji, czasem potrzebny jest dystans, lecz nie kończy się troska o zbawienie człowieka.

Kluczem do zrozumienia tej dzisiejszej Ewangelii jest aklamacja, która ją w liturgii poprzedza: „W Chrystusie Bóg pojednał świat ze sobą, nam zaś przekazał słowo jednania” (2 Kor 5,19). Chrześcijanin nie otrzymał słowa oskarżenia, poniżenia czy odwetu, ale słowo jednania. Upomnienie ma służyć pojednaniu, czyli stworzeniu takiej przestrzeni, w której znów będzie można razem stanąć przed Bogiem. Właśnie dlatego Jezus przechodzi od rozmowy o konflikcie do rozmowy o zgodnej modlitwie. Nie są to dwa przypadkowo zestawione tematy. Uzdrowiona relacja staje się miejscem Jego obecności. „Jeśli dwóch z was na ziemi zgodnie o coś prosić będzie, to wszystko otrzymają od mojego Ojca, który jest w niebie” (Mt 18,19). Nie jest to obietnica, że wystarczy znaleźć drugą osobę, powtórzyć tę samą zachciankę i przekonać Boga do swojego planu. Zgodność nie oznacza jedynie jednakowych słów, lecz rodzi się ona wtedy, gdy ludzie zbierają się w imię Jezusa, wspólnie Go szukają i pozwalają, żeby Ewangelia porządkowała ich pragnienia. Modlitwa nie służy wówczas naginaniu woli Ojca do naszej, lecz otwieraniu naszej woli na Jego miłość. Człowiek trwający w takiej relacji zaczyna wiedzieć, o co warto prosić. Nie dlatego, że rozumie wszystko, ale dlatego, że ufa. Odkrywa, że życie jest darem także wtedy, gdy nie układa się według jego planu. Prosi więc nie tylko: „Panie, zabierz tę trudność”, ale również: „Pokaż mi, jak mam przez nią przejść, żeby nie stracić Ciebie, siebie i drugiego człowieka”. Ojciec daje wszystko, czego potrzeba do życia Jego wolą.

Ten dzisiejszy fragment Dobrej Nowiny to również, choć nie wprost, opowieść o Bogu, który upomina się o człowieka. Gdy grzeszymy, On nie rozpowiada o naszej winie i nie przekreśla nas, ale przychodzi blisko. Przemawia przez sumienie, swoje Słowo, drugiego człowieka i wspólnotę Kościoła. Nazywa zło po imieniu, lecz robi wszystko, żeby nas odzyskać. Krzyż jest najmocniejszym upomnieniem się Boga o człowieka: pokazuje, że grzech zabija, a jednocześnie ogłasza, że grzesznik jest wart oddania życia. Zanim więc pójdę upomnieć brata, muszę pozwolić, żeby Bóg upomniał się o mnie. Muszę usłyszeć, że sam jestem grzesznikiem pozyskanym przez Chrystusa, człowiekiem ocalonym dzięki Miłosierdziu. Dopiero wtedy moje słowo może nieść życie. Wtedy nie pójdę, żeby wygrać spór, lecz żeby odzyskać brata. A jeśli on nie będzie jeszcze gotowy wrócić, nie uznam historii za zakończoną. Postawię konieczne granice, ale pozostawię Bogu otwarte drzwi przez modlitwę. Bo tam, gdzie dwoje ludzi naprawdę szuka pojednania w imię Jezusa, On już jest pośród nich i zaczyna rozwiązywać to, co grzech związał.

Mateusz Tarczyński

DEON.PL POLECA

Prezbiter archidiecezji gdańskiej, pracujący na co dzień w parafii pw. Matki Bożej Fatimskiej w Gdańsku-Żabiance

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Upomnieć się o brata. Nie po to, żeby wygrać, ale żeby go odzyskać
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.