Pocztówka z Poturzyna

o. Franciszek Czarnowski / "Rycerz Niepokalanej dla Polonii" czerwiec 2010

Coraz energiczniej uderzał w klawisze fortepianu, przelewając w muzykę swój żal, gniew i tęsknotę. Dziwna to była muzyka. Niskie, niespokojne dźwięki strzelały nagle w górę niczym powstaniec na barykadzie, wznoszący ku niebu sztandar swojego oddziału. A fortepian, jakby rozumiejąc skargę wygnańca, wydobywał z siebie kolejne dźwięki buntowniczej etiudy rewolucyjnej, które płynęły w dal – ku ojczystym stronom, pożegnanym chyba już na zawsze.

Ostatnie miesiące były niezwykle smutne w życiu Chopina. Kiedy po drodze do Paryża zatrzymał się w Stuttgarcie, otrzymał wiadomość, że umiera powstanie listopadowe. Rosyjski marszałek Paskiewicz wziął szturmem Warszawę po dwóch dniach zaciętych walk. To był już koniec. Niedobitki polskich oddziałów składały broń albo odchodziły na internowanie do Prus lub Austrii.

Sam Fryderyk niebawem rozchorował się po raz kolejny. Od dzieciństwa był wątłego zdrowia i często jeździł latem „na kurację” na wieś. Tym razem sprawa była poważniejsza. Wezwany medyk zbadał go i powiedział bez ogródek:

– To gruźlica płuc się rozwija. Póki organizm młody, ma siły walczyć z chorobą, ale trzeba bardziej o siebie dbać, nie przemęczać się, właściwie odżywiać.

DEON.PL POLECA


Skromne mieszkanie przy Boulevard Poissonniere w Paryżu stało się na pewien czas jego nową przystanią. Powoli oswajał się ze środowiskiem stolicy, zaczął dawać koncerty i udzielać lekcji gry pierwszym uczniom. A kiedy zostawał sam, tak jak teraz, wplatał swą tęsknotę w takty komponowanych mazurków, etiud i polonezów...

W rozmyślania Fryderyka wdarł się dobiegający od strony ulicy hałas.

– Czyżby kolejna grupa demonstrantów? – zastanowił się Chopin. – Sporo mamy ostatnio w Paryżu niezadowolonych ludzi.

Zamykając okno, potrącił jedną z książek na półce. Po dywanie rozsypały się włożone do książki luźne ręczne zapiski, koperta i jakaś pocztówka – rysunek. Chopin zgarnął kartki z podłogi i podniósł pocztówkę. Osiemnastowieczny, parterowy dworek w Poturzynie. Znane mu miejsce, gdzie latem półtora roku wcześniej spędził tyle wspaniałych chwil.

* * *

Wzniecając kłęby kurzu, czterokonny dyliżans zatoczył koło na placu i zatrzymał się przed głównym wejściem do dworku. Tytus Woyciechowski już czekał na swego gościa.

– Witaj, Fryderyku! – uśmiechnął się szeroko. – Jak ci minęła podróż?

– Całkiem znośnie, ale teraz bardzo chce mi się pić – odparł Chopin, witając się z przyjacielem.

– Nic dziwnego, przecież mamy środek lata. Zaraz będziesz mógł się odświeżyć po podróży... A Józef – zwrócił wzrok na zarządcę domu – pomoże ci zanieść bagaże do pokoju gościnnego.

Kilka godzin później, pokrzepieni solidnym obiadem, ruszyli na przejażdżkę lekką bryczką, zaprzężoną w dwa kasztanki. Powoził sam Woyciechowski, dumny z wypielęgnowanych koni, które sprezentował mu ojciec. Chopin podziwiał natomiast malownicze okolice Poturzyna, ciągnące się aż po horyzont dosyć głębokie doliny i bujne zagajniki leśne.

Minęli pole, na którym chłopi kosili dorodną pszenicę, natomiast kobiety, śpiewając, wiązały i ustawiały snopy. W pewnej chwili Woyciechowski zagadnął:

– Wiesz, Fryderyku, od niedawna chodzi mi po głowie ciekawy pomysł. Widzisz, jaka żyzna tutaj gleba?

– Widzę, i zgaduję, że dlatego posialiście tak dużo pszenicy.

– Wspomniałem kiedyś ojcu, żebyśmy spróbowali zasadzić też buraki...

– Buraki? Ale po co? Będziesz nimi karmił konie przez okrągły rok? – zażartował Chopin, nie przejawiając większego entuzjazmu dla rolniczych planów przyjaciela.

– Zbuduję tu cukrownię. Na górce. Obok staną domki dla robotników, budynki administracji, magazyny i... – rozmarzył się Tytus.

– Ludzie na pewno się ucieszą, kiedy będą mieć więcej pracy – wtrącił Fryderyk nieco złośliwym tonem.

– Oj, stała praca da ludziom środki do życia. I cała okolica będzie się rozwijać.

Tytus zawrócił konie. Nie próbował już więcej mówić przyjacielowi o przydatności cukrowni, zresztą Chopin był zainteresowany czymś zupełnie innym. W duszy wciąż rozbrzmiewał mu śpiew ludzi, pracujących na polu pszenicy. Ten śpiew, falujący niczym nastrojowy nokturn na muzycznej pięciolinii, układał się w umyśle Fryderyka w zupełnie nowy utwór, pełen zachwytu i tęsknoty.

Kilka dni później dworek Woyciechowskich odwiedzili krewni ze strony ojca. Młody Woyciechowski, pragnąc sprawić gościom muzyczną niespodziankę, poprosił Chopina o koncert w niedzielne popołudnie. Przygotowano fortepian w głównym salonie, zdobnym w liczne pejzaże i portrety rodzinne na ścianach.

Tytusowi wydawało się, że dość dobrze zna styl gry Fryderyka – w końcu razem pobierali lekcje muzyki u Wojciecha Żywnego w Warszawie. Tym większe było jego zaskoczenie, gdy w jednym z utworów zabrzmiały motywy, znane mu z lokalnych pieśni.

– Fryderyku! Skąd ty je znasz? – zapytał przyjaciela ze zdumieniem.

– Usłyszałem podczas naszej przejażdżki. Ale nie skomponowałem nic o burakach – uśmiechnął się łobuzersko Chopin i rozpoczął kolejny utwór.

Dla całej okolicy było to niezapomniane popołudnie. Słuchali Chopina nie tylko goście rodziny Woyciechowskich, ale też okoliczni wieśniacy, siedzący w ogrodzie pod drzewami. Polonezy, mazurki czy nokturny, płynące przez otwarte okna salonu, docierały daleko i – jak wyraził się później jeden z wieśniaków – człowiekowi radośniej robiło się na sercu.

Na pamiątkę po tym występie Chopin otrzymał srebrny puchar z grudkami rodzinnej ziemi i pocztówkę-rysunek przedstawiający dworek w Poturzynie. Nastrój samej miejscowości udzielił mu się tak bardzo, że po powrocie do Warszawy napisał z wdzięcznością do Woyciechowskiego: „Jakąś tęsknotę zostawiły mi Twoje pola. Ta brzoza pod oknami nie może mi wyjść z pamięci”.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Pocztówka z Poturzyna
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.