"Gangster kożuchowy", "baba przebyteczna" czy "kaktus pochodowy". Czesi też śmieją się z naszego języka
Czy wiecie, co to jest „gangster kożuchowy”? Pchła. „Baba przebyteczna” to teściowa. A „kaktus pochodowy” – jeż. W jakim języku? Polskim. Przynajmniej według Czechów. Nie tylko Polacy wymyślają sobie czeskie słowa. Analogiczny proces odbywa się też – ku takiej samej uciesze – w drugą stronę. Bo chociaż dla dumnego Lechity może to zabrzmieć jak bluźnierstwo, Czechów język polski śmieszy tak samo jak Polaków czeski – pisze Jakub Medek w książce "Dobrý den. Chmiel, tożsamość i luz. Polskie mity o Czechach".
Z tych samych powodów – słów, które chociaż brzmią podobnie, to znaczą coś zupełnie innego. Głosek, które brzmią dziecinnie. Dziwnej melodii i dziwnych literek. Generalnie – z powodu podobieństwa i inności równocześnie. Ja nie znam tego uczucia w stosunku do żadnego z tych dwóch języków, oboma posługuję się od urodzenia. I nie, nie przesadzam tutaj – nie tak dawno temu w podcaście Radio Naukowe usłyszałem, że niemowlęta – to ten etap rozwoju, na którym, jak sama nazwa wskazuje, jeszcze nie mówimy – w swoim ojczystym języku płaczą. A w zasadzie płaczą, używając dźwięków właściwych danemu językowi, tak by jak najlepiej docierać do swoich rodziców. To zaś oznacza, że ja od urodzenia inaczej musiałem płakać do mamy, a inaczej do taty.
Z jednej strony mam dzięki temu ogromny atut – jestem naturalnie dwujęzyczny. W dwóch językach mówię, w dwóch językach myślę, na rzeczywistość automatycznie patrzę z dwóch różnych perspektyw. To plusy. Minus jest taki, że za cholerę nie śmieszą mnie żarty ani o polskim, ani o czeskim. Nie potrafię znaleźć niczego zabawnego w „szmaticzku na paticzku”, jak ponoć mówimy w Czechach na parasolkę (tak naprawdę to deštník, i o tym akurat słowie trochę jeszcze będzie). Nie rozśmiesza mnie też „maszyna szalona” – czeska fantazja na polski pociąg ekspresowy. No dobra, to może nie jest tak do końca minus – obiektywnie te żarty są po prostu suche. Natomiast nie śmieszy mnie również to, co realnie, w kontekście danego języka, może być przy pierwszym kontakcie zabawne, czyli tak zwani fałszywi przyjaciele: słowa, które brzmią podobnie lub tak samo, a znaczą coś innego. Czasem wręcz coś przeciwnego. Albo – bo i tak bywa – wulgarnego. Tracę więc niby możliwość pośmiania się.
Pocieszam się, że nie ja jeden – od Polaków znających czeski i Czechów mówiących po polsku wiem, że zanikanie poczucia humoru w tej sprawie jest wprost proporcjonalne do poziomu znajomości drugiego języka. Pamiętam, jak przewijający się przez strony tej książki Mariusz Surosz, żyjący od lat w Pradze pisarz, historyk i przewodnik, kiedyś stwierdził, że śmieszy go już chyba tylko jedno czeskie słowo – levoboček, czyli potomek z nieprawego łoża. A i to – dodawał Mariusz – coraz mniej. W tym rozdziale będzie oczywiście trochę o sprawach śmiesznych w obie strony. Głównie jednak chciałbym wam tutaj opowiedzieć o tym, jaki ten czeski jest. I dlaczego taki, a nie inny. To fascynująca, odmienna od polskich doświadczeń historia. Do tego wiele mówiąca o współczesnych Czechach. Ale żeby mieścić się w formule tej książki, uznajmy za punkt wyjścia polski stereotyp, że język czeski jest śmieszny.
Zacznę przewrotnie, od tego, z jakich konkretnie powodów język polski śmieszy Czechów. Podstawowe są dwa – pierwszy to polskie szumy i szelesty. Charakterystyczne dla polskiej mowy głoski i ich zbitki, te wszystkie „sz”, „cz”, „ż” czy „dż”. Występujące w dużym nagromadzeniu, przylegające do siebie, wymawiane w dodatku z mocnym, zupełnie obcym czeskiemu uchu dynamicznym akcentem, brzmią jak mowa dziecka. I to nie takiego rozkosznego, zmiękczającego wszystko bobaska, tylko dziecka sepleniącego. Bo polski jest – w porównaniu do czeskiego – językiem dość twardym. By opisać to bardziej obrazowo, przywołam funkcjonującego na pograniczu dźwiękonaśladowcze czeskie określenie Polaków – Pšonci, Pšonkové.
Co ciekawe – z tych samych powodów niektórzy mieszkańcy Podkarpacia i części Małopolski nazywają Ukraińców „Szoszonami” – dla ich ucha ukraiński brzmi tak, jak dla czeskiego polski. Tu uwaga na marginesie – oba przezwiska niosą ładunek negatywny. Pszonk ma związek z pszenicą i wizerunkiem Polaka jako prymitywnego pożeracza chleba. Szoszon zaś to dzikus z Ameryki Północnej, ktoś znacznie bardziej prymitywny od polskiego pana. Co pokazuje, że pogarda potrafi sobie latać wte i wewte po całej Europie. Zresztą – polskie Pepiki też przesadnie pieszczotliwe nie są, albo inaczej – to taka pieszczotliwość mocno z góry…
Drugim z systemowych powodów, które mogą Czechów bawić, jest polski szyk zdań, a właściwie to relacja rzeczownika i przymiotnika. W czeskim przymiotnik jest zawsze – z wyjątkiem wywodzących się z łaciny nazw zwierząt, nieużywanych nigdzie poza fachową literaturą i tabliczkami w zoo – przed rzeczownikiem. W polskim niekoniecznie. To znaczy owszem – po polsku mówimy „piękny wazon” czy „brudny samochód”. Ale kiedy chcemy opisać cechę generalną, to przymiotnik wyląduje za rzeczownikiem. Dlatego „samochód ciężarowy”, czy „niedźwiedź brunatny”.
Mówiąc inaczej – w języku polskim przymiotnik przed rzeczownikiem opisuje jego cechę w danym momencie. Ale kiedy ma określić to, czym dana rzecz jest zawsze i niezmiennie, wyląduje na drugiej pozycji. Czechów to dziwi, a skoro dziwi, to często też śmieszy. Odbicie tego znajdziecie w wymienionych już „babie przebytecznej” czy „gangsterze kożuchowym”.
Skomentuj artykuł