Ks. Strzelczyk: Tworzy się odrealniony obraz Maryi i mówi kobietom "macie być takie"
- Mariologia była narzędziem utrwalania wygodnego dla mężczyzn obrazu kobiety. Nie ze złej woli. Za Jana Pawła II mamy jeden z najbardziej problematycznych momentów w tej sferze: użycie argumentu mariologicznego, by uzasadnić zakaz święceń kobiet. W liście apostolskim Ordinatio sacerdotalis (1994) pada zdanie, że Maryja – ta, której „najbardziej przysługiwałoby kapłaństwo” – nie została kapłanem, bo „sama tego nie chciała”. I dlatego kobiety nie mogą być święcone. To pada jako argument - mówi ks. Strzelczyk w książkowym wywiadzie "Kościół, świat, reforma. Rozmowy o wierze i sumieniu".
Rozmowa Anety Kuberskiej i ks. Grzegorza Strzelczyka jest pełna ciekawych wątków i mocnych podsumowań opartych w dogłębnej znajomości dokumentów i historii Kościoła. Publikujemy fragment książki.
Ks. Grzegorz Strzelczyk: - Dostrzegamy emancypacyjne wątki w Ewangelii i w pierwotnym chrześcijaństwie właśnie dlatego, że kultura zmieniła się na tyle, iż pozwoliła je wyraźnie zobaczyć. Siła fizyczna przestała być decydująca – a to całkowicie zmieniło strukturę hierarchii i sposób organizowania relacji społecznych. Dziś kobieta, nawet będąc matką, może się samodzielnie utrzymać i uczestniczyć w życiu publicznym. W starożytności było to możliwe tylko dla zupełnie wyjątkowych jednostek, głównie arystokratek, np. po śmierci mężów. Ta przemiana dokonała się w społeczeństwach zachodnich stosunkowo szybko – choć oczywiście nierównomiernie. I Kościół, niestety, za nią nie całkiem nadążył. W chwili gdy rodziła się emancypacja kobiet, Kościół zaciekle sprzeciwiał się przemianom kulturowym. Kobieca emancypacja została wpisana w katalog „zjawisk nowoczesności”, które postrzegano jako zagrożenie: masoneria, rozkład społeczeństwa, kryzys wiary… W tym klimacie intelektualnym emancypacja kobiet także została umieszczona po stronie „zła”. Dodatkowo, od późnego Augustyna, ugruntowało się przekonanie, że głównym celem małżeństwa jest prokreacja, a dopiero wtórnym – dobro małżonków. Początkowo Augustyn widział to inaczej, ale później zmienił zdanie. W teologicznym ujęciu małżeństwo miało służyć pomnażaniu liczby „synów Bożych”. Emancypacja kobiet – związana m.in. z ograniczeniem liczby urodzeń, co było widoczne i mierzalne – wydawała się temu celowi przeciwna. A skoro była przeciwna, zaczęto ją postrzegać jako zjawisko złe, wręcz diaboliczne. Taka była logiczna (choć uproszczona) ścieżka rozumowania w tamtych czasach.
Aneta Kuberska: Jeśli kobiety wychodzą z domów i podejmują pracę zawodową, to kto zajmie się dziećmi? To pytanie słyszymy zresztą do dziś. A zaraz za nim prostą odpowiedź: to przez kobiety i ich ambicje mamy kryzys demograficzny. Przez wieki to kobieta odpowiadała za dom i wychowanie dzieci, a mężczyzna się tym nie zajmował. Gdy kobiety zaczęły łączyć obowiązki domowe z pracą zarobkową poza domem, pojawiły się braki. Dziś powiemy jasno: problemem była przede wszystkim nieobecność ojca w aktywnościach związanych z domem. Ale nawet współcześnie, w niektórych regionach Polski lub konserwatywnych środowiskach, to wciąż trudne do przyjęcia.
- Mam wrażenie, że w tradycyjnych, patriarchalnych strukturach ojciec miał większy udział w wychowaniu, niż dziś się sądzi. Chłopiec opuszczał opiekę matki, gdy tylko mógł chodzić i pracować – potem był już przy ojcu, ucząc się jego zajęcia.
Mówisz o społeczeństwach agrarnych?
- Tak, ale dotyczyło to też rycerstwa i kupców – ośmiolatek jechał z ojcem po towar, nie siedział już w domu.
W społeczeństwach przemysłowych było inaczej. Kobieta miała dom, dzieci i ciężką pracę w fabryce. Do biedy dochodził problem pijaństwa wśród mężczyzn.
- I tu wraca narracja kościelna. Pod koniec XIX wieku Kościół nie miał jeszcze przyswojonych nauk społecznych, więc dominowało proste tłumaczenie: „małżeństwa się rozpadają”, „nie realizujemy celu małżeństwa”, „dzieci nie są wychowywane w wierze i karności” – i winą obarczano kobiety. To była powierzchowna analiza, ale przeważająca. W ten sposób Kościół instytucjonalny ustawił się w kontrze do ruchów emancypacyjnych, a przez to czasem i do kobiet – i właściwie trwa w tym do dziś.
Nieobecność kobiet na Soborze jest jednym z najbardziej znaczących znaków
- I tak jak przez całe wieki Kościół instytucjonalny szedł ramię w ramię z patriarchalną kulturą, tak gdy świat zaczął zmierzać w stronę równouprawnienia, Kościół coraz wyraźniej stawał się hamulcowym w tym procesie.
Myślę, że na Soborze Watykańskim II zabrakło już sił, by zająć się także tą kwestią. Tematów było zbyt wiele, a kobiet wśród ojców soborowych przecież nie było.
Ta nieobecność jest bardzo wymowna.
- Nieobecność kobiet na Soborze jest jednym z najbardziej znaczących znaków tego, jak głęboka była ta trudność. Pod koniec pojawiły się wprawdzie konsultantki, ale z ich relacji wiemy, że traktowano je niezbyt poważnie, jak egzotyczną ciekawostkę. To pokazuje, jak mocno zaciągnięty był ów „hamulec”. Jeśli popatrzymy na to, co działo się później, to mamy Pawła VI, który próbował uporządkować to, co rozbudził Sobór. Ale w kwestii kobiet właściwie się nie wypowiada – poza encykliką Humanae vitae, która, trzeba powiedzieć, była kolejnym strzałem w kolano. To dokument głęboko problematyczny, bo oparty na filozoficznych w istocie założeniach dotyczących integralności aktu seksualnego, które – delikatnie mówiąc – nie do końca przystają do rzeczywistości.
A przez wiele kobiet Humanae vitae jest odbierana po prostu jako kolejna forma sprawowania kontroli nad ich ciałem, ich decyzjami, ich życiem. Zresztą jest to encyklika, która od samego początku była kontestowana – nie tylko przez świeckich, ale też przez duchowieństwo.
- A dziś jest po prostu w dużej mierze ignorowana. Paweł VI chyba nie przewidział, że spotka się z taką falą sprzeciwu, a sama encyklika dotknie emocjonalnie tylu osób.
A potem przyszedł Jan Paweł II. I rzeczywiście pojawiły się promyki nadziei na bardziej równościowe nauczanie w Kościele.
- Bo od czego zaczyna? Od środowych katechez o „mężczyźnie i kobiecie”. To pogłębiona refleksja filozoficzno-teologiczna, oparta na jego wcześniejszej książce Miłość i odpowiedzialność (1960). Jak na kontekst teologii katolickiej końca lat 70., to naprawdę mocne teksty: papież podejmuje temat równej godności kobiet i mężczyzn poważnie i oryginalnie – może nieco za bardzo abstrakcyjnie, ale konsekwentnie. Gdy ruszyły katechezy o teologii ciała, był to autentyczny szok. Papież mówił wprost o równości płci i o tym, że nierówność jest skutkiem grzechu. To były jasne „blaski” jego nauczania – szerokie, realne otwarcie. Ale to był początek pontyfikatu. Potem zrobiło się trudniej. Parę lat później ukazuje się list apostolski Mulieris dignitatem (1988), który w gruncie rzeczy sakralizuje tradycyjne role kobiece w duchu „miękkiego patriarchatu”. Z jednej strony mówi o równej godności, z drugiej – definiuje bardzo wąsko związane z kobiecą tożsamością zadania: macierzyństwo, opiekuńczość, relacyjność. I choć nie wprost, przyjmuje, że „tak ma być”, bo „taka jest natura”.
Kobieta według Jana Pawła II to żona i matka – innej perspektywy właściwie nie ma
Tradycyjny podział ról wynikający z prawa naturalnego – czymkolwiek ono jest…
- Właśnie – choć nie jest to powiedziane literalnie, cały dokument oddycha tą logiką. Kobieta według Jana Pawła II to żona i matka – innej perspektywy właściwie nie ma. I to wszystko zostaje ujęte w kluczu tożsamościowym, a nie funkcjonalnym – co samo w sobie jest jeszcze w porządku. Problem polega na tym, że dokument nie rozróżnia porządku biologicznego od symbolicznego. W efekcie powstaje obraz kobiety wyidealizowanej w opisie z perspektywy patriarchatu: cichej, ofiarnej, łagodnej. O podległości mężczyźnie już się co prawda nie mówi, ale przekaz pozostaje czytelny.
Kościół, który od XIX wieku staje w opozycji do emancypacji kobiet, równocześnie coraz intensywniej rozwija mariologię. Pojawiają się dwa nowe dogmaty maryjne. Jedyne – poza nieomylnością papieża – nowożytne dogmaty. I oba kreują Maryję jako ideał kobiecości absolutnie nieosiągalny: żadna kobieta nie narodzi się niepokalana ani nie zostanie po śmierci wniebowzięta. Jan Paweł II również promuje ten typ mariologii – wzniosły, ale kompletnie nierealistyczny.
- To prawda, choć ten mechanizm istniał dużo wcześniej. Mariologia od wieków była używana w sposób dość przewrotny – bo o codziennym życiu Maryi nie wiemy właściwie nic. To dawało wolną rękę, by opisywać ją tak, jak chciano, by zachowywały się kobiety. A potem mówiono: „Naśladujcie ją!”. To absurd – nie znamy jej charakteru, wyborów, temperamentu. Znamy tylko kilka momentów teologicznych: jej „fiat”, zaufanie Bogu, obecność pod krzyżem. To mogą być wzory dla wszystkich chrześcijan, nie tylko dla kobiet. Bo o „jej kobiecości”, o stylu, w jakim ją przeżywała, nie wiemy absolutnie nic. Dlatego te narracje typu „jaka była Maryja” to po prostu…
Mariologia była narzędziem utrwalania wygodnego dla mężczyzn obrazu kobiety
…bajki snute przez pobożnych autorów?
- Niestety często coś więcej niż pobożne bajki – to nieświadoma manipulacja. Mariologia była narzędziem utrwalania wygodnego dla mężczyzn obrazu kobiety. Nie ze złej woli – po prostu długo nikt nie miał narzędzi krytycznych, żeby to zauważyć. Problem w tym, że podobne mechanizmy działały w najlepsze w Kościele jeszcze pod koniec XX wieku – gdy można już było, a wręcz należało je zakwestionować. Tym bardziej że w latach 80. XX wieku istniała już dojrzała teologia pisana przez kobiety. One zaczęły same mówić o swoim doświadczeniu, o tym, jak rozumieją zbawienie, powołanie, tożsamość. A jednym z największych problemów Kościoła końca XX wieku było to, że na poziomie magisterium nikt nie miał odwagi naprawdę ich usłyszeć. I nie chodzi tu o formalne „udzielenie głosu” w jakiejś komisji, ale o przyjęcie ich teologicznej wrażliwości jako równorzędnej. Uważam, że teologia nie powinna być podzielona płciowo. Raczej powinna być splotem obu wrażliwości. Ale dopóki kobiety nie powiedzą: „to jest też nasza teologia, możemy w niej się odnaleźć i wyrazić”, dopóty nie mam pewności, że moja własna teologia nie jest obciążona nieuświadomionym patriarchatem. Wychowałem się w patriarchacie. Wiem to, ale nie wiem, co we mnie z niego zostało. Jan Paweł II tego kroku chyba nie zrobił. Za to za Jana Pawła II mamy jeden z najbardziej problematycznych momentów w tej sferze: użycie argumentu mariologicznego, by uzasadnić zakaz święceń kobiet. W liście apostolskim Ordinatio sacerdotalis (1994) pada zdanie, że Maryja – ta, której „najbardziej przysługiwałoby kapłaństwo” – nie została kapłanem, bo „sama tego nie chciała”. I dlatego kobiety nie mogą być święcone. To pada jako argument.
Skąd ta wiedza dotycząca woli Maryi?
- Właśnie. To czyste fantazjowanie, wg schematu, o którym mówiliśmy wcześniej, a które nie powinno się w ogóle pojawić na tym poziomie nauczania. Już pomijam, że to przecież czysty anachronizm. W czasach Maryi nikt nie używał terminologii kapłańskiej wobec posług nowotestamentalnych. Taki koncept w ogóle nie mógł się pojawić w jej świadomości – bo nie istniał.
Bo to użyteczne. Jest teza – „kobiety nie mogą być święcone” – i szuka się argumentów, które ją potwierdzą. A mariologiczny jest prosty, efektowny i trudno z nim dyskutować bez ryzyka posądzenia o bluźnierstwo.
Tworzy się odrealniony obraz Maryi i mówi kobietom: "Macie być takie"
- Właśnie. Powtórzmy, bo przed tym trzeba wciąż jeszcze przestrzegać: najpierw tworzy się wyidealizowany, oderwany zarówno od realiów historycznych, jak i danych Nowego Testamentu obraz Maryi zgodny z patriarchalnymi (lub innymi) oczekiwaniami, a potem mówi kobietom: „Macie być takie”. I to dzieje się do dziś – mimo że mamy wszystkie narzędzia krytyczne, historyczne, hermeneutyczne, by to widzieć.
I dochodzimy do sedna: w Kościele władza jest związana ze święceniami. A kobietom, które domagają się święceń, powtarza się: „Chrystus był mężczyzną”, „kapłan działa in persona Christi”, „Maryja nie chciała”. To wszystko służy zamknięciu sprawy.
- Ale w czasie pontyfikatu papieża Franciszka uchylono pewne „okienko”. Powiedziano, że sprawa diakonatu kobiet pozostaje otwarta. Bo Ordinatio sacerdotalis dotyczy tylko święceń prezbiteratu i biskupstwa, a nie diakonatu. I sprawa nadal zostaje teologicznie otwarta – tak wynika z konkluzji komisji, która zakończyła prace za papieża Leona XIV. I co ciekawe: przy argumencie z męskości Jezusa zdania przy głosowaniu rozłożyły się dokładnie po połowie. Nie miał już większości w watykańskiej komisji, a argumentu maryjnego nie użyto w ogóle.
Tylko że sam diakonat niewiele zmienia. Mężczyźni- -diakoni też nie mają realnej władzy.
- Zgoda – ale chodzi o założenie teologiczne. Jeśli kobieta może przyjąć jakikolwiek stopień święceń, to nie jest sakramentalnie wykluczona. A skoro już diakonat nadaje charakter sakramentalny, to co teologicznie stoi na przeszkodzie kolejnym stopniom?
Praktyka. W Kościele łacińskim żonaci mężczyźni mogą być tylko co najwyżej diakonami. To nie argument teologiczny – tylko dyscyplinarny.
- Właśnie. A skoro to dyscyplina, a nie doktryna – to okno jest znacznie szersze, niż się wydaje.
Tradycjonaliści wiedzą, że jeśli pęknie ten jeden punkt, pęknie cała tama
Może dlatego opór przed udzielaniem święceń diakonatu w Kościele jest tak gwałtowny.
- Oczywiście. Tradycjonaliści wiedzą, że jeśli pęknie ten jeden punkt, pęknie cała tama. Międzynarodowa Komisja Teologiczna w swoim dokumencie o diakonacie kobiet (2002) była bardzo zachowawcza. Stwierdzono, że starożytny diakonat kobiet nie był identyczny z męskim – co jest prawdą. Ale wyciąganie z tego wniosku, że nie był sakramentalny, to już nadużycie.
Czyli znowu: argumenty dobiera się do tezy?
- Tak. Dlatego w 2020 roku powołano nową komisję – i temat był analizowany od początku. W 2025 roku zakończyła prace. Nie opowiedziała się za wprowadzeniem diakonatu kobiet. Ale już niejednogłośnie i odkładając na bok niektóre argumenty – o czym już wspomniałem.
Tylko czy wciąż jest coś, czego nie wiemy i dlatego potrzebna jest nowa analiza? Istnieją jakieś ukryte źródła, archiwa, które dałyby nowe światło w tej sprawie? Czy to nie jest po prostu opór mężczyzn sprawujących władzę?
- Tym bardziej potrzebna jest zwykła uczciwość: położyć wszystkie karty na stół i powiedzieć wprost: „Tak było. Taka była tradycja. A późniejsze uzasadnienia to teologiczne konstrukcje powstałe w zupełnie innym kontekście”. I to jest coś, co Kościół musi w końcu zrobić.
Kiedy odwołujemy się do tradycji, trzeba pamiętać, że wielu ludzi postrzega ją schematycznie – jako jedyny prawdziwy Kościół, który „od zawsze” wyglądał tak samo. Zawsze więc znajdzie się argument na obronę status quo. Bo obiektywnie rzecz biorąc, tradycja, w której kobiet się nie święci i nie dopuszcza do władzy, trwała o wiele dłużej niż krótkie epizody, gdy kobiety miały realną sprawczość w strukturach Kościoła.
- Warto jednak pamiętać, że Sobór Watykański II też „przywrócił” np. kolegialność biskupów po bardzo długim okresie jej niebytu. Podobnie z diakonatem stałym itd.
W Polsce Sobór Watykański II nadal jest kontestowany.
- Bo Episkopat miał wtedy na głowie komunę i praktycznie nie zajął się jego wdrażaniem.
Tylko że od 35 lat nie ma już komuny, a nadal traktujemy Sobór jak postmodernistyczną fanaberię.
- Diakonat stały wprowadzono oficjalnie w Polsce dopiero w 2005 roku. Prymas Polski zdecydował się na wprowadzenie go u siebie kilka miesięcy temu… To naprawdę świeża sprawa.
A dla wielu katolików wciąż brzmi jak kaprys progresistów, oderwany od „prawdziwej tradycji”.
- Problem w tym, że nie dokonaliśmy w tym 2005 roku żadnej szerokiej formacji ludzi. Kwestię wyjaśnienia sprawy wiernym właściwie zostawiono proboszczom parafii, w których zaczęli się pojawiać diakoni. Dopiero z czasem zaczęło się to poprawiać. Natomiast w Kościołach, gdzie diakonat funkcjonuje od dawna, nikt już nie pamięta, że mogło go kiedyś nie być.
A u nas traktuje się go wręcz jako zagrożenie dla powołań. Pada argument: „Skoro można być żonatym i diakonem, to po co być księdzem?”.
- To jeden z bardziej absurdalnych argumentów – niepoparty żadnymi faktami. Ale niestety, żywy.
Pamiętasz reakcję na propozycje Synodu dla Amazonii (2019)? Tam nie chodziło nawet o diakonat kobiet, tylko o święcenia żonatych mężczyzn – i była panika. Rozdzieranie szat, dramatyczne pytania, czy Pan Jezus „gorzej przychodzi”, jeśli kapłan ma żonę i dzieci…
- To wszystko wynika z głęboko zakorzenionych tabu seksualnych obecnych w kościelnym myśleniu.
Z przekonania, że sam akt seksualny czyni człowieka „nieczystym”?
Ojcowie Kościoła bardzo pilnowali, by nigdy nie powiedzieć, że Bóg stał się „mężczyzną”
- I tu dochodzimy, moim zdaniem, do wątku fundamentalnego – do antropologii. Kościół jeszcze nie wyciągnął teologicznych konsekwencji z tego, co wiemy o człowieku: zarówno z objawienia, jak i z nauk przyrodniczych czy humanistycznych. Nie potrafimy jeszcze spiąć tych dwóch perspektyw – teologicznej i naukowej. Jan Paweł II próbował, ale robił to w czasie, gdy nowa biologia czy współczesna psychologia dopiero raczkowały, a w Polsce ich dostępność była minimalna. Jeśli zaczniemy budować teologię od strony dojrzałej antropologii – człowieka jako osoby, a nie jako „mężczyzny” albo „kobiety” – zobaczymy, że nie istnieje „osobna ekonomia sakramentalna” dla płci. Sakramenty nie są podzielone na męskie i żeńskie. Owszem, różnimy się biologicznie – co wpływa na dynamikę psychiczną, cielesną, społeczną – ale to nie dotyka samej istoty człowieczeństwa. A istotą teologiczną jest bycie osobą w relacji do Boga i innych. Płeć jest jednym z aspektów przeżywania tej relacyjności. Jeśli jednak przesadzimy z eksponowaniem różnic płciowych, trafimy – jak słusznie zauważa teologia feministyczna – na pytanie graniczne: czy kobiety są w ogóle zbawione, skoro Chrystus był mężczyzną? To oczywiście reductio ad absurdum, ale pokazuje pułapkę teologii eksponującej argumenty oparte na płci. Ojcowie Kościoła bardzo pilnowali, by nigdy nie powiedzieć, że Bóg stał się „mężczyzną”.
Syn Boży stał się człowiekiem – nie mężczyzną. Podobnie z kategoriami „Ojciec” i „Syn” – to kategorie relacyjne, nie płciowe. Ojciec nie dlatego, że mężczyzna, lecz dlatego, że ma Syna. Syn – bo odnosi się do Ojca. A my zrobiliśmy z tego kategorię płciową, z wszystkimi fatalnymi konsekwencjami dla duchowości i pobożności.
- I dlatego nieraz wypełniano tę lukę mariologią – jako przeciwwagą. Czeka nas ogromna praca: gruntowne przemyślenie teologicznej antropologii – od pojęcia duszy przez seksualność po tożsamość płciową. Mam wrażenie, że rzymska teologia dopiero zaczyna się do tego rozgrzewać. Fakt, że Papieska Komisja Biblijna zajęła się antropologią biblijną to dopiero początek, ale ważny. Zanim jednak Kościół zdecyduje o dopuszczeniu kobiet do święceń, musi mieć bardzo wysoki stopień pewności, że te święcenia będą „ważne” sakramentalnie. Czyli że sakrament rzeczywiście nastąpi. A takiej pewności nie da ani komisja, ani dykasteria. Potrzebny będzie papież, który odważy się zwołać sobór powszechny. Bo to jest decyzja tego formatu. Trzeba się zebrać jako Kościół, stanąć wobec Ducha Świętego i wspólnie rozeznawać – to za ważne, by załatwić sprawę przy biurkach.
A święcenia kobiet to naprawdę jedyna droga do równouprawnienia kobiet i mężczyzn w Kościele. Przeciwnicy tego rozwiązania podnoszą argument, że większość katoliczek tego się nie domaga. Jeżeli jednak struktura władzy w Kościele jest zbudowana na święceniach, to logicznie rzecz biorąc – dopuszczenie kobiet do święceń staje się warunkiem ich realnego współudziału. Może więc nie tyle chodzi o święcenia kobiet, ile o równouprawnienie świeckich wobec duchownych?
- Dla mnie kluczowe jest powiązanie święceń z funkcją sprawowaną we wspólnocie. Sakrament nie jest magicznym wyniesieniem, tylko narzędziem – służy temu, by lepiej pełnić daną posługę. Jeżeli wspólnota rozeznaje, że jakiś mężczyzna nadaje się do tej funkcji – a on sam to potwierdza – udziela mu się święceń, które wspierają tę posługę. Jeżeli taka sama sytuacja zachodzi w przypadku kobiety, to w tej perspektywie nie ma teologicznego powodu, by odmówić jej sakramentalnego wsparcia do pełnienia tej samej funkcji.
Jeśli Duch Święty rozdziela charyzmaty i powołania, Kościół powinien być gotów je rozeznawać bez względu na płeć
Czyli jednak dopuszczenie kobiet do święceń jest warunkiem równouprawnienia kobiet i mężczyzn we wspólnocie Kościoła?
- Zdecydowanie. Jeśli Duch Święty rozdziela charyzmaty i powołania, Kościół powinien być gotów je rozeznawać bez względu na płeć. Jeśli choć jedna kobieta rozpoznaje w sobie takie powołanie – albo choć jedna wspólnota widzi potencjał kobiety do pełnienia służby – Kościół ma obowiązek to sprawdzić. Jeśli tego nie robi, to jest to dyskryminacja ze względu na płeć.
Obecnie mamy już dwie kobiety, które są prefektkami watykańskich dykasterii – zatem zajmują bardzo wysokie stanowiska w kościelnej hierarchii, a mimo to nie mają wpływu na wybór papieża. Choć regułą jest, że mężczyźni na podobnych stanowiskach uczestniczą w konklawe.
- Formalnie one nie zarządzają Kościołem lokalnym. Prefekt zarządza dykasterią, nie diecezją – to nie jest odpowiednik biskupa.
Jeśli chodzi o udział w wyborze papieża, różnica między mężczyznami-prefektami a kobietami-prefektkami sprowadza się dziś wyłącznie do jednego: braku kardynalskiego kapelusza. Mężczyźni pełniący ten urząd są kardynałami, kobiety – choć mogą już piastować tę samą funkcję – nie otrzymują godności kardynalskiej, a więc nie mają prawa głosu w konklawe.-
- I tu właśnie nie chodzi o Ewangelię – bo w Ewangelii nie ma żadnego zakazu. Chodzi o konstrukcję instytucji i o konstytucję o wyborze papieża. Papieża bowiem wybiera symboliczne przedłużenie starożytnego kleru metropolii rzymskiej – kolegium kardynalskie. Dlatego kardynałowie przypisani są do kościołów tytularnych dawnej diecezji rzymskiej i przyległych oraz mają tytuły kardynała-diakona, prezbitera lub biskupa.
Kiedyś rzeczywiście to rzymski kler wybierał biskupa Rzymu. Dzisiaj to czysta fikcja.
- Gdyby pojawił się papież, który powiedziałby „dość fikcji”: skasował biskupów pomocniczych, zreformował kolegium kardynalskie, zastępując je synodem złożonym z przedstawicieli Kościołów lokalnych – problem by zniknął. Wtedy w tym gronie mogliby zasiadać mężczyźni i kobiety, świeccy i duchowni, żonaci i celibatariusze. Prawdziwa reprezentacja Kościoła powszechnego. I papież byłby najbardziej synodalnie wybieranym biskupem na świecie. Już dziś zresztą papież jest wybierany bardziej „demokratycznie” niż jakikolwiek inny biskup – przez reprezentację całego Kościoła, choć wciąż nie oddolną, tylko regulowaną przez samych papieży. Intuicja, że biskup Rzymu powinien być wybierany przez lokalny kler, miała synodalny sens. Ale dziś kardynałowie jako reprezentacja Kościoła lokalnego Rzymu to czysta fikcja. Gdyby ktoś odważył się to przerwać i zbudować rzeczywistą strukturę odpowiedzialności – synod złożony z duchownych i świeckich reprezentujących Kościoły lokalne bez względu na płeć czy stan cywilny – mielibyśmy prawdziwy przełom synodalny. Ale to na razie theological fiction.
---
Tekst jest fragmentem książki "Kościół, świat, reforma. Rozmowy o wierze i sumieniu" Anety Kuberskiej i ks. Grzegorza Strzelczyka, wydanej przez Wydawnictwo WAM. Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.


Skomentuj artykuł