List do człowieka, który żyje życiem, którego nie chciał
Są takie momenty w roku, kiedy wszyscy nagle przypominają sobie o sensie życia. Początek roku. Urodziny. Jakiś artykuł o "zmianie życia w 30 dni". Wielki Post. Internet na chwilę robi się pełen zdań o autentyczności, odwadze, byciu sobą. A potem wszystko wraca do normy. Ludzie zamykają te teksty, wstają od telefonu i wracają do życia, które wcale nie wygląda tak, jak kiedyś sobie wyobrażali.
Piszę do ciebie właśnie dlatego, że mam wrażenie, że ty jesteś jednym z tych ludzi.
Nie takich, którzy przeżyli wielką katastrofę. Nie takich, którym wszystko się zawaliło. Twoje życie z zewnątrz wygląda całkiem w porządku. Masz jakieś obowiązki, jakieś plany, jakieś relacje. W twoim kalendarzu coś się dzieje. Ktoś, patrząc z boku, mógłby powiedzieć: "normalne życie". I może właśnie dlatego tak długo nie potrafiłeś nazwać tego, co w środku jest nie tak.
Bo nic się nie zepsuło w oczywisty sposób. Po prostu gdzieś po drodze zgodziłeś się na rzeczy, których nie chciałeś. Najpierw trochę. Potem jeszcze trochę. I jeszcze. I tak minęło kilka lat.
Najdziwniejsze jest to, że człowiek rzadko wchodzi w złe życie jednym wielkim krokiem. Zazwyczaj robi to małymi zgodami. Zgodą na coś, co "na razie". Zgodą na coś, co "trzeba przeczekać". Zgodą na coś, co "tak wyszło". Najpierw mówisz sobie: jeszcze chwilę. Jeszcze ten etap. Jeszcze to ogarnę. Jeszcze to jakoś poukładam. A potem zaczynasz przyzwyczajać się do myśli, że może tak właśnie wygląda życie dorosłego człowieka. Trochę rezygnacji z siebie. Trochę odkładania rzeczy na później. Trochę zgody na rzeczy, które nie są twoje.
I zanim się obejrzysz, jesteś w miejscu, którego nigdy nie planowałeś...
Nie chodzi o to, że wszystko jest złe. Czasem właśnie to jest najtrudniejsze: że wiele rzeczy jest po prostu "w porządku". Wystarczająco dobrze, żeby nie robić rewolucji. Wystarczająco stabilnie, żeby nie ryzykować zmiany. Tylko, gdzieś pod tym wszystkim jest takie ciche zdanie, które wraca co jakiś czas i którego nie chcesz wypowiedzieć na głos: "to nie jest życie, które chciałem mieć".
To zdanie pojawia się czasem wieczorem. Czasem w drodze do pracy. Czasem w momentach, kiedy nagle robi się cicho i nie ma już żadnych zadań do wykonania. I wtedy przez chwilę czujesz, jakby twoje życie toczyło się trochę obok ciebie. Jakbyś był w nim obecny, ale nie do końca. Jakbyś odgrywał rolę, której nie wybierałeś.
Wiesz, co jest w tym wszystkim "najgorsze"? Że nikt ci tego życia nie zabrał. Ty sam oddałeś je kawałek po kawałku. Oddałeś je, kiedy przestałeś zadawać pytanie, czy to naprawdę jest twoja droga. Oddałeś je, kiedy zgodziłeś się na rzeczy tylko dlatego, że były wygodne albo oczekiwane. Oddałeś je, kiedy uwierzyłeś, że "tak już jest".
I to jest moment, w którym wiele osób zamyka temat. Mówią sobie: trudno. Tak wygląda dorosłość. Tak wygląda życie. Ale prawda jest trochę bardziej niewygodna. To nie jest dorosłość. To jest przyzwyczajenie.
Człowiek potrafi przyzwyczaić się do wszystkiego. Nawet do życia, które go powoli wygasza. Można się przyzwyczaić do pracy, która nie daje sensu. Można się przyzwyczaić do relacji, które są bardziej obowiązkiem niż spotkaniem. Można się przyzwyczaić do dni, które mijają jeden po drugim i nie zostawiają po sobie żadnego śladu. Najgorsze jest to, że po pewnym czasie zaczynasz myśleć, że tak właśnie powinno być. Że życie to głównie przetrwanie.
Tylko że chrześcijaństwo nigdy nie było o przetrwaniu. W Ewangelii Jezus nie mówi ludziom: "wytrzymajcie jakoś". Nie mówi: "pogódźcie się z tym, co macie". On mówi coś znacznie bardziej niebezpiecznego: "Złodziej przychodzi tylko po to, aby kraść, zabijać i niszczyć. Ja przyszedłem po to, aby [owce] miały życie i miały je w obfitości." (J 10,10).
Obfitość nie oznacza życia idealnego. Nie oznacza życia bez błędów, bez trudności, bez momentów zagubienia. Ale oznacza życie, które jest naprawdę twoje.
A wielu ludzi wierzących żyje tak, jakby Bóg oczekiwał od nich czegoś zupełnie odwrotnego: żeby byli grzeczni, przewidywalni i żeby nie robili za dużo zamieszania. Jakby świętość polegała na tym, że człowiek nauczy się dobrze funkcjonować w życiu, które go nie cieszy.
Bóg stworzył cię po to, żebyś był żywy. I czasem pierwszym krokiem do tego jest bardzo niewygodne zdanie: "to nie jest życie, którego chcę".
Nie po to, żeby wszystko od razu wywrócić do góry nogami. Nie po to, żeby podejmować dramatyczne decyzje pod wpływem emocji. Ale po to, żeby przestać kłamać przed sobą. Bo dopóki udajesz, że wszystko jest w porządku, nic się nie zmieni. Dopóki mówisz sobie, że "tak już musi być", twoje życie będzie wyglądało dokładnie tak samo.
Zmiana zaczyna się w momencie, w którym człowiek przestaje udawać, że jest szczęśliwy w miejscu, które go powoli wygasza. Wielki Post jest właśnie o tym. Nie tylko o wyrzeczeniach i postanowieniach. On jest o prawdzie. O tym, żeby przez chwilę przestać zagłuszać siebie i zobaczyć, gdzie naprawdę jesteś. Może odkryjesz rzeczy, które są niewygodne. Może zobaczysz decyzje, które były błędne. Może zrozumiesz, że przez lata żyłeś trochę obok siebie.
Ale to wciąż nie jest koniec historii. Bo dopóki żyjesz, twoje życie nie jest zamkniętym rozdziałem. I może właśnie dlatego ten list istnieje.
Po to, żebyś przynajmniej raz zadał sobie jedno pytanie bez uciekania od odpowiedzi.
Czy to życie naprawdę jest twoje?
A jeśli nie... czy masz odwagę w końcu zacząć je odzyskiwać?


Skomentuj artykuł