Jak „używać” seksualności, by jej nie eksploatować, nie roztrwaniać, nie blokować lub nie chować, ale by pozwolić jej rozkwitnąć?
Może zacznijmy od tego, czym w ogóle jest seksualność, byśmy – rozmawiając o niej – wiedzieli, po jakim obszarze naszego człowieczeństwa będziemy się poruszać. Według Marty Dębowskiej seksualność człowieka to „naturalna, wrodzona funkcja organizmu mająca na celu motywować jednostkę do reprodukcji, a także budowania i pozostawania w relacjach z drugą osobą. […] [Jest to jednak] pojęcie znacznie bardziej złożone, przenikające różnorodne płaszczyzny funkcjonowania – od biologicznej przez psychiczną, społeczną, religijną, aż po kulturową”.
O seksualności warto więc pomyśleć jako o swoistym ekosystemie, w którym różne elementy – zarówno te naturalne w tym środowisku, jak i mu obce – wzajemnie na siebie oddziałują. W ekosystemie seksualności znajdziemy więc mieszankę tego, co biologiczne, psychiczne i duchowe: geny, hormony, genitalia, układ nerwowy, myśli, emocje, popęd seksualny, fantazje, wyobrażenia, zachowania, pamięć. A wszystko to łączy się ze sobą i przenika w jednym celu – by kochać i dawać życie, co możliwe jest tylko w relacji.
Przypatrzmy się najpierw naturalnym elementom seksualności, które funkcjonują w trzech znanych nam obszarach naszego człowieczeństwa: ciele, duszy (psychice) i duchu. Co w praktyce oznacza, że są one naturalne? To znaczy, że w sposób wrodzony przypisane są temu, kim jesteśmy. Co więcej, z chrześcijańskiego punktu widzenia należy dopowiedzieć, że nasza seksualność jest stworzona przez Boga, a więc przez Niego chciana i zaplanowana.
W przeciwieństwie do nas, On się jej nie wstydzi ani się nią nie gorszy, lecz dostrzega jej istotną rolę. W zamyśle Bożym seksualność to spoiwo całego człowieka; w niej ciało, dusza i duch połączone są wspólną energią życia i miłości, która wybrzmiewa innym głosem w każdym z tych elementów – niczym w harmonii głosów w chórze, gdy sopran, alt, tenor i bas różnią się od siebie, ale zarazem twórczo uzupełniają. Wszystko zaś po to, by CAŁY człowiek – czy to kobieta, czy mężczyzna – mógł rozbłysnąć w swoim pięknie i kochać CAŁYM sobą.
Jeżeli w przeżywaniu własnej seksualności chcemy „amputować” choć jeden z jej wymiarów, człowiek przestaje być w pełni sobą, co – jak nietrudno się domyślić – ma tragiczne konsekwencje i staje się źródłem frustracji, zagubienia, wewnętrznej dezintegracji, a skutkiem tego wielu (uświadomionych bądź nie) problemów w relacjach. Przykładem takiego zaburzenia naturalnego porządku jest na przykład angelizm, kiedy to człowiek skupia się tylko na psychiczno-duchowym aspekcie swojego życia, tym samym odcinając się od swojej cielesności.
W konsekwencji neguje wartość ciała i jego seksualny wymiar. Taka wręcz wzgarda wobec wszystkiego, co materialne, wypływa ze stawiania spraw duchowych na piedestale – jako bardziej godnych czy też jedynie ważnych. Ponadto jest ona zwykle przejawem głęboko ukrytego lęku wobec impulsów czy pożądań, energii seksualnej i zmysłowości jako takiej.
Z kolei gdy w przeżywaniu swojej seksualności człowiek pomija znaczenie psychiki i ducha, czyni ją wtedy tylko powierzchownym doświadczeniem – cielesnym, niejako zwierzęcym. Tymczasem seksualność jest nam dana nie tylko na tu i teraz, na czas przeżycia zbliżenia w akcie seksualnym, ale i na budowanie głębokiej, emocjonalnej oraz duchowej więzi, która może sięgać nawet poza grób. Gdy bowiem umiera bliska nam osoba, to, co budowaliśmy na ziemi, zyskuje wymiar wieczny. Po śmierci, żyjąc z Bogiem, nadal będziemy kobietami i mężczyznami z całym bogactwem relacji, które udało się nam zbudować za życia – a miłość będzie już wtedy bez skazy.
W końcu, gdy „odcinamy” z naszej seksualności to, co duchowe, gdy negujemy lub pomijamy odniesienia do transcendencji, wówczas tracimy jej głębię i godność. Pozbawiamy się też możliwości i perspektyw na wieczność. Seksualność dotyka przecież tego, co najważniejsze: miłości i życia, które sprawiają, że człowiek zostaje na zawsze wpisany w tkankę świata.
Naturalne wyposażenie
Aby sprawnie poruszać się po świecie, ludzie od początków dziejów tworzyli mapy, które pozwalały im zarówno namierzać określone miejsca, wyznaczać drogi podróży, znajdować przeszkody na szlakach i rozpoznawać miasta, by się w nich chronić, jak i także widzieć – niczym z lotu ptaka – przestrzeń do życia. Podobnie z seksualnością: aby sprawnie po niej nawigować, warto najpierw określić elementy tego wspaniałego ekosystemu, który w nas jest.
Wyobraź sobie, że jesteś niczym urodzajna gleba, która ma w sobie wszystko, czego potrzeba, by wyrósł na niej piękny ogród lub wspaniały las. Ciało, dusza i duch – twoje naturalne wyposażenie – to niezbędna baza, na której możesz budować. Każdy z nas posiada indywidualną wrażliwość emocjonalną czy relacyjną, a także wstydliwość, która wynika z charakterystycznego dla niej odniesienia do własnego ciała.
Stąd niektórzy są naturalnie „wyluzowani”, inni nieco spięci, niektórzy zmagają się ze swoją tożsamością płciową, próbują zrozumieć odkrywane w sobie niejednoznaczności hormonalne czy fizjologiczne, inni narcystycznie skupiają się na sobie, a kolejni starają się zintegrować to, co odkrywają na drodze naturalnej przemiany ludzkiego ciała. I choć brzmi to jak ciężka, niekończąca się praca, to zasoby tej „gleby” są ogromne i wspaniałe, a jednocześnie stanowią zapowiedź obfitości, która może się wydarzyć w naszym życiu, jeśli dbamy o swój rozwój.
Na to, co dzieje się na ziemi ciała, duszy i ducha, a zatem także seksualności, mają wpływ liczne czynniki zewnętrzne. Miłość i szacunek, których doświadczamy w rodzinie, wyrażane na przykład uśmiechem lub czułym dotykiem, są niczym słońcem ogrzewające liście drzew i budzące w ziemi ziarna nowych kwiatów. Wiatr – przenoszący z miejsca na miejsce zarówno życiodajne pyłki, jak i śmieci – to z kolei idealny obraz procesu poznawania przeróżnych form ekspresji seksualnej.
Ciepłe pocałunki opiekunów, gesty żartobliwego flirtu między rodzicami, strojenie się starszych sióstr na pierwsze randki, ale też gwałtowność w przemocowych relacjach wśród znajomych – to wszystko pozwala rozpoznać złożoność naszej seksualności. Podobnie i deszcz może być metaforą tego, co przenika ze społeczeństwa oraz kultury, kształtując naszą seksualność: od zmysłowych reklam na billboardach, przez wszechobecny w Internecie negliż oraz bezbronnie dostępną pornografię po piękne wzorce czystości w rodzinie lub wśród znajomych, które – może słabiej, ale jednak – przedostają się do naszego wnętrza.
Istnieje wiele czynników kształtujących seksualność, których skutki oddziaływania przypominają wpływ szkodników czy chorób na życie roślin. Wyrządzone krzywdy oraz wszelakie formy nadużyć ze strony rodziców, opiekunów czy mediów zostały niejako wpisane w naszą historię, choć nie udzieliliśmy na to zgody. Nie mamy też wpływu na to, w jakiej rodzinie się urodziliśmy. Także nasze nierozsądne lub grzeszne wybory, które mogą dotyczyć na przykład przesadnie intymnego zaangażowania w relację z drugą osobą lub przejawiać się w niepodejmowaniu konkretnego trudu w procesie tworzenia więzi, kształtują to, kim jesteśmy, i wpływają na to, jak przeżywamy seksualność.
A zatem seksualność to ekosystem kształtowany przez wiele czynników – pozytywnych i negatywnych, takich, na które mam wpływ, oraz tych niezależnych ode mnie. Im lepiej znam swoją seksualność, tym skuteczniej potrafię stawiać tamę temu, co ją niszczy, i wzmacniać ją tym, co jej służy.
Niestety mój seksualny ekosystem – choć cały jest święty i piękny, bo pochodzący od Boga – ma pewne usterki, zaburzenia, które nie negują jego genialności, ale powodują, że nie działa w pełni tak, jak Bóg go wymyślił. Grzech panoszący się w świecie zbiera i w nas swoje żniwo, a sytuacje takie jak gwałt, ekspozycja na przemoc seksualną oraz złe przykłady odniesień między płciami są katastrofalne w skutkach. Na szczęście mój seksualny ekosystem ma zdolność do rewitalizacji; żeby jednak przywrócić mu zdrowie i twórczą energię, przekształcić w „uprawę świętości”, potrzeba mojego wysiłku.
Aktywny ekosystem
Czym w praktyce jest aktywna uprawa „gleby” mojej seksualności? To – tak, dla wielu zapewne nudne i żmudne – pielęgnowanie cnót. Może brzmi to jak propozycja zakurzona pyłem historii lub rodem ze średniowiecza, ale uczenie się mądrości życia właśnie na tym polega. Dbanie o dobre nawyki, czystość, przejrzystą komunikację, uczenie się wyznaczania własnych granic i nazywania tożsamości, a także – last but not least – współpraca z łaską muszą zaistnieć w nas we wszystkich trzech obszarach, by seksualność mogła twórczo rozkwitać. Jestem odpowiedzialna za moje ciało, duszę i ducha. Aby się rozwijać, muszę z troską doglądać każdego z tych obszarów – oczywiście we właściwy im sposób, ale mając jeden cel: dążenie do ich integracji.
Dbanie o ciało w kontekście seksualności to najpierw zatroszczenie się o jego zdrowie – przez higienę, sport, odpoczynek czy prowadzenie możliwie regularnego trybu życia. Każda z nas powinna też nieustannie szukać coraz głębszego zrozumienia swojego ciała – na przykład jego reakcji na bodźce seksualne, by potrafić nimi zarządzać: wyhamowywać pobudzenie, gdy nie jest potrzebne, lub wzmacniać je w stosownym czasie.
Podobnie jest z bluszczem wijącym się po drzewach i budynkach: dynamika jego wzrostu jest nie do zatrzymania – rośnie wszędzie, szybko, niepytany, nieproszony, ale jeśli się go podtrzyma i właściwie ukierunkuje, jest piękny (gdy mieni się kolorami jesieni), oczekiwany (daje cień latem) i przydatny (wiąże korzeniami elementy, na których rośnie). Nie mamy więc zabijać energii seksualnej, ale poznawać ją i prowadzić zgodnie z tym, kim jesteśmy i do czego zostałyśmy powołane.
Dobrze też podpatrywać „uprawę bluszczu” u innych zintegrowanych dorosłych, którzy doszli do mistrzostwa w tej dziedzinie. Uczyć się od mądrych i doświadczonych – ale też wyciągać wnioski z własnych przeżyć i poszukiwań – jak działają na moje ciało bodźce zmysłowe: dźwięki, melodie, obrazy, zapachy, smaki, gesty i dotyk. Dostrzegać, co mnie pobudza, jak to się wyraża, co mi to robi, a także co mi komunikuje.
Moja dusza – czyli cały przebogaty wachlarz emocji i uczuć, ale i wszystko, co dzieje się w umyśle, pamięci, wyobraźni i woli – również potrzebuje wysłuchania i troski, by seksualność nie stała się dla mnie tematem tabu czy powodem do wstydu, ale by wspierała realizowanie mojej unikatowej tożsamości.
Jak długo nie wiem, kim jestem – czyli nie potrafię dookreślić swoich granic, potrzeb, wartości, tego, co lubię, a czego nie (proces uczenia się tego jest domeną okresu dojrzewania, a zwykle trwa nieco dłużej) – powinnam wyhamować ekspresję seksualności w wiążących relacjach, ponieważ zwyczajnie nie wiem, co (a raczej kogo) reprezentuję. Oczywiście nie znaczy to, że mam przyjąć bierną postawę wobec drugiego człowieka lub całkowicie zamknąć się na innych – wręcz przeciwnie!
Powinnam przyjaźnić się i spotykać z płcią przeciwną, budować relacje koleżeńskie, zanim staną się wyłączne (czyli romantyczne, a z czasem również i seksualne), bo właśnie w takich relacjach dookreślam siebie, bez niezasadnych obietnic stałości. Koleżeństwo daje możliwość próbowania, sprawdzania – przede wszystkim
siebie – oraz uczenia się płci przeciwnej w różnych okolicznościach, takich jak oblany egzamin, nadchodząca stresująca rozmowa kwalifikacyjna czy śmierć kogoś z rodziny. W tych codziennych sprawach mogę poznać swoje reakcje i potrzeby, a także to, jak zachowują się inni i czy kierują się podobnymi wartościami.
„Chodzenie ze sobą” stanowi już pewne zaangażowanie, które wymaga ode mnie podstawowej wiedzy o tym, kim jestem i do czego mogę się zobowiązać. Jeśli tego nie wiem, wystawiam się na głębokie zranienia.
Duch natomiast to ta cząstka mnie, która nigdy nie umrze. Jest we mnie prawdziwie obecna, stanowi rdzeń mojej wewnętrznej istoty, ale jednocześnie jest nieoczywista, bo sięga poza to, co we mnie zmysłowo odczuwalne i możliwe do nazwania. Wydobywa się ze mnie na tyle, na ile ją kultywuję, stąd potrzebuje „podlewania” refleksją o sobie, namysłem nad sensem i celem życia, nieustannym porządkowaniem spraw według priorytetów wyznaczanych przez wartości, które mnie stanowią i których za
żadną cenę nie mogę porzucić, bo przestanę być sobą.
W praktyce może to na przykład oznaczać, że jeśli chcę mieć szczęśliwe małżeństwo – czyli (według definicji Johna Galindo i Owena F. Cummingsa) relację, w której przede wszystkim rozwija się umiejętność sprawiania radości drugiej osobie, a także zaproszonemu do tego małżeństwa Bogu – regularnie muszę podejmować pracę nad sobą. Chyba jeszcze nigdy nikomu, kto nie jest szczęśliwy sam ze sobą ani nie dokłada starań, by to szczęście znaleźć, nie udało się zbudować szczęśliwej relacji z drugą
osobą. Nawet jeśli druga strona robi wszystko, co w jej mocy, by podzielić się swoim szczęściem, to nie jest w stanie przeżyć życia lub doświadczyć szczęścia za kogoś drugiego.
Mój duch będzie też potrzebował zmierzenia się z pytaniem o to, na ile, w jaki sposób i jak głęboko chcę szukać swojego spełnienia w obszarze seksualności. Skoro Bóg ją stworzył, On także posiada do niej instrukcję obsługi. On wie, jak swoją Obecnością mi pomóc – nie tylko na poziomie ciała i duszy, ale i w wymiarze nadprzyrodzonym: w uprawianiu ogrodu seksualności. Warto więc zadać sobie szczere pytanie o mój dialog z Nim – czy rozmawiam z Bogiem o mojej seksualności? Mogę to robić bez skrępowania; On zna mnie najlepiej, a Jego życzliwość jest nieskończona.
Jeśli całkowicie zaangażuję swoje siły i możliwości w „uprawę” seksualności, moje człowieczeństwo zacznie wydobywać się na światło dzienne w całym swym splendorze. Człowiek dojrzały w obszarze seksualności to ktoś, kto ją w sobie docenia, kto nad nią panuje (a nie ona nad nim), kto potrafi się nią cieszyć, kto korzysta z jej sprawczej siły po to, by kochać ludzi i wartości (np. ojczyznę), a także na różne sposoby – w zależności od powołania – przekazywać życie: czy to rodząc i wychowując dzieci, czy
też angażując się społecznie, ekonomicznie, kulturalnie albo politycznie.
Przede wszystkim jednak taki człowiek potrafi wejść w relację z samym sobą – jako osoba samosterowna, samoregulująca, świadoma siebie i odpowiedzialna. Owocem takiego poziomu dojrzałości będzie zdolność do budowania bezpiecznych, intymnych i życiodajnych więzi z innymi oraz z Bogiem, którego traktuje się jako najważniejszego Przyjaciela i Ogrodnika wewnętrznego ekosystemu.
Po co seksualność?
Seksualność osiąga swój cel w relacjach – wówczas dwa ekosystemy spotykają się ze sobą i w sposób wolny decydują się na to, by wzajemnie na siebie wpływać, budując więź miłości. Nie oznacza to oczywiście całkowitej fuzji dwóch ogrodów; jak już powiedzieliśmy, seksualność uruchamiamy w relacjach dopiero wtedy, gdy wiemy, kim jesteśmy, czyli gdy z ziaren ukrytych w naszej glebie wyrośnie już coś konkretnego: nasza dookreślona tożsamość.
W relacjach nadal pozostajemy sobą i ciągle powinniśmy podtrzymywać mocne osadzenie w samym sobie! Żadne zlewanie się z inną osobą, wtapianie się w nią, zalewanie sobą drugiego lub też żerowanie na sobie nawzajem, do których naturalnie dochodzi w (patologicznej!) fazie zakochania, nie jest dobre.
W zdrowych relacjach każda osoba powinna zachować swoją tożsamość z wyraźnie określonymi granicami, potrzebami czy preferencjami. Im bardziej są one wyraziste, tym lepiej dla niej i całego ekosystemu, bo wiadomo, z czym mamy do czynienia. Dopiero wtedy możemy tylko (i aż!) dobierać odpowiednie narzędzia do rozwoju obu stron w relacji, wyodrębniając jako potężny zasób to, co nas łączy, i negocjując konieczne ustępstwa.
Każda relacja – małżeństwo, przyjaźń, siostrzane więzi we wspólnocie zakonnej czy po prostu znajomość – to zgoda na wspólny projekt, na wzajemną zależność, zaufanie i wspólną ewolucję: od kryzysów ku rozwojowi. Każda wymaga uzgodnienia pewnych obszarów, oczywiście w stopniu zależnym od typu relacji. Na przykład w małżeństwie obszarem takiego „uwspólnienia” – nie jedynym, ale uprzywilejowanym – będzie bliskość cielesna, a ponadto wartości uznawane za wspólne, według których m.in. wychowywane będą dzieci. W przyjaźni dwie osoby łączą wspólne ideały, spędzany razem czas, wzajemna regularna troska oraz – z czasem – wspólne wspomnienia.
(...)
Uwspólnianie przestrzeni życiowej jest niezwykle ważne w budowaniu relacji, bo choć nie mamy się w niej zatracać, to jednak powinniśmy też pozwalać na to, by pewna część nas – delikatna, ufająca i tym samym podatna na zranienia – stała się czymś współdzielonym. W ten sposób to, co sama wypracuję, „wyhoduję” i rozwinę w moim ekosystemie, przekazuję drugiej osobie.
Te wzajemne relacje przypominają według mnie ludzko-roślinne zależności widoczne w procesie fotosyntezy: tlen wygenerowany przez rośliny staje się dobrem wspólnym w odniesieniu do człowieka, który – korzystając z niego – oddaje drzewom dwutlenek węgla potrzebny do wytwarzania chlorofilu. To przykład harmonijnej symbiozy i proporcjonalnego wkładu w relację; do tego właśnie powinniśmy dążyć, budując własne więzi z innymi.
Owa harmonia zaburza się na przykład wtedy, gdy ojciec rodziny pali papierosy, a wszyscy domownicy stają się biernymi palaczami. Nie dość, że dym papierosowy nie jest ani korzystny, ani potrzebny, to jeszcze wywołuje on choroby – choćby takie jak nieustanne zapalenie oskrzeli u dzieci. Jeśli mężczyzna nie chce rzucić palenia (co samo w sobie stanowi jakąś formę przemocy wobec bliskich), to dzieci stają się bezbronne wobec negatywnych konsekwencji wyborów ich ojca – a taki układ, rzecz
jasna, nie jest rozwojowy.
***
Fragment pochodzi z książki s. Małgorzaty Lekan OP "Czuła ja"

Skomentuj artykuł