Single i FOBO. "Jeśli się z kimś spotykam, pojawia się wątpliwość: czy na pewno nie ma lepszej opcji?"
- Kiedyś ludzie wiązali się z kimś, kto mieszkał w tej samej wsi albo na tym samym osiedlu. Więcej możliwości mieli ci, którzy wyjeżdżali na studia. Teraz, między innymi za sprawą aplikacji randkowych, te możliwości są niemal nieograniczone. To rodzi niepokój, bo jeśli się z kimś spotykam, pojawia się wątpliwość: „Czy dobrze wybrałam?”, „Czy na pewno nie przeoczyłem lepszej opcji?”- mówi Bernardetta Janusz w książce "Trać i żyj. Co nam dają straty".
Monika Rusin: Wiele osób w wieku dwudziestu kilku czy trzydziestu lat nie jest w związku, a czasami nawet nigdy nie było w związku. Czy młodzi ludzie mają obecnie problem z wchodzeniem w relacje romantyczne? A może jest tak, że skoro już się im nie wytyka, że są starymi pannami albo starymi kawalerami, to nigdzie im się nie spieszy. Są singlami i jest im z tym dobrze.
Bernardetta Janusz, psychoterapeutka: Jeszcze nie tak dawno temu bycie starą panną czy starym kawalerem było nie lada kłopotem. Co istotne, taką etykietę można było dostać już w całkiem młodym wieku, na przykład dwudziestu trzech czy dwudziestu pięciu lat. Ludzie się żenili i wychodzili za mąż, bo presja społeczna z tym związana była naprawdę duża. Społeczeństwo dawało pewną ramę życia i lepiej było z niej nie wystawać. Teraz panuje dużo większa wolność w tym zakresie. Nie ma odium społecznego związanego z tym, że się jest starą panną czy starym kawalerem. Zresztą określenia te po prostu wyszły z użycia. Można w tym kontekście przywołać Ericha Fromma i jego „Ucieczkę od wolności”. Wolność ma wypływać ze mnie. Nie ma społecznego wzorca, który każdy z nas miałby realizować. Jako człowiek staję wobec konieczności dokonania wyboru spośród różnych możliwości, a tych jest bardzo wiele. Kiedyś ludzie wiązali się z kimś, kto mieszkał w tej samej wsi albo na tym samym osiedlu. Więcej możliwości mieli ci, którzy wyjeżdżali na studia. Teraz, między innymi za sprawą aplikacji randkowych, te możliwości są niemal nieograniczone. To rodzi niepokój, bo jeśli się z kimś spotykam, pojawia się wątpliwość: „Czy dobrze wybrałam?”, „Czy na pewno nie przeoczyłem lepszej opcji?”. Zdarza się, że nasila się wtedy poszukiwanie w internecie innych osób, żeby porównać je z tą osobą „wstępnie” wybraną. Wynika to z obawy, że wybierając jedno, straci się coś innego, może lepszego. Na określenie tego zjawiska ukuty został termin FOBO (fear of better option), oznaczający lęk przed tym, że może istnieć lepszy wybór niż ten, którego zamierza się dokonać. Nie podejmuje się żadnego wyboru, tylko czeka się na lepszą opcję, która może się wcale nie pojawić. Poza tym poszukiwanie „lepszej opcji” wiąże się z próbą zobaczenia, jak wybór partnera czy partnerki mnie pozycjonuje, jak kształtuje mój wizerunek, jak o mnie świadczy.
Przypomina mi się tutaj jeden z odcinków dystopijnego serialu „Black Mirror”, w którym przedstawiono prawdopodobną przyszłość mediów społecznościowych. Użytkownicy są na bieżąco oceniani na podstawie tego, z kim się spotykają. Tracą punkty albo je zyskują. Ale prawda jest chyba taka, że my się cały czas pozycjonujemy w ten czy inny sposób.
Być może leży to w ludzkiej naturze. Porównujemy swoją wiedzę, swój wygląd, swoje domy, samochody i na tej podstawie się pozycjonujemy. Wolność i większa liczba możliwości to źródło trudności w budowaniu trwałych relacji romantycznych. To, jacy jesteśmy, zależy od nas, od naszych wyborów. Wybory są zaś zawsze utratami, bo wybierając jedno, tracę drugie, trzecie, kolejne. Nie pomaga również perfekcjonizm. Traktujemy samych siebie jak projekt, którego rezultat ma być doskonały. Co wtedy? Nie mogę się z kimś związać, bo nie jestem jeszcze tym kimś, kim mam być. Najpierw muszę się zmienić. Muszę się kształcić, trenować, muszę lepiej wyglądać. Jestem projektem długoterminowym. Relacje muszą poczekać.
Kilka lat temu powstał film dokumentalny pod tytułem „Szwedzka teoria miłości”. Pokazywał problem samotności, z którym boryka się szwedzkie społeczeństwo. Wszystko zaczęło się w latach siedemdziesiątych od programu zaproponowanego przez rządzących Szwecją polityków. Dzięki niemu tradycyjna rodzina miała zostać zastąpiona rodziną przyszłości. W takiej nowoczesnej rodzinie nikt nie byłby od nikogo zależny: kobiety od mężczyzn, dzieci od rodziców, starsi od młodszych. Każdy byłby samowystarczalny i niezależny. To jest film z wyraźną tezą – pokazuje, do czego to doprowadziło. Szwedzkie społeczeństwo stało się społeczeństwem ludzi samotnych. Bardzo wielu ludzi żyje w pojedynkę, często z nikim nie łączą ich głębokie relacje. Zdarza się, że gdy ktoś umiera, jest znajdowany wiele miesięcy po swojej śmierci, bo z nikim nie utrzymywał kontaktu i nikt jego zniknięcia nie zauważył. Szwedki są najczęstszymi klientkami banków nasienia i zamrażania komórek. Obecnie, ku zdziwieniu szwedzkiego społeczeństwa, coraz częściej zdarza się, że młodzi Szwedzi decydują się na założenie rodziny, a młode mamy zostają z dziećmi w domu, co oznacza rezygnację z pracy zawodowej i z części swojej niezależności. Czy to nie jest uznanie, że poszukiwanie całkowitej niezależności od drugiego człowieka jest drogą donikąd? Możemy żyć sami?
Na początek warto zaznaczyć, że to nie jest powrót do tego, co było. Ważna jest ta możliwość niezależności, indywidualności, kariery zawodowej. Szwedki, które teraz zostają w domu, nie muszą tego robić. Mają wybór. Mogą też w dowolnym momencie zmienić zdanie. A czy możemy żyć sami? Myślę, że nie. Jesteśmy, jako gatunek biologiczny, zależni jedni od drugich. Potrzebuje my opieki jeszcze długo po tym, jak się urodzimy, uczymy się od innych i w towarzystwie innych. Warto też zadać pytanie, czy moje „ja” może się manifestować w ścianach. Nie, ono potrzebuje się manifestować wobec innych, w interakcjach i relacjach. Wydaje mi się, że samotność rozumiana jako życie poza wszelkimi relacjami jest bolesna. Wiemy z badań, że ma ona złe konsekwencje dla zdrowia psychicznego. Osoby żyjące samotnie są bardziej narażone na choroby psychiczne. Wśród młodych osób, które nie są w związkach romantycznych, mogą być takie, które czują się szczęśliwe z innymi ludźmi, ale nie potrzebują relacji intymnej. Albo takie, które chciałyby być w relacji intymnej, jednak od czuwają duży lęk i to je blokuje. Wreszcie takie, które zupełnie się izolują, unikają kontaktów z ludźmi. Samotność bywa jak klatka, z której bardzo trudno się wydostać. Człowiek samotny traci umiejętność swobodne go wchodzenia w kontakt z innymi ludźmi; nie wie, jak to zrobić. Traci coś, co jest naturalne, gdy się żyje z innymi ludźmi. Każdy kontakt jest trudny, wiąże się z wysiłkiem. A jeśli kogoś to tak bardzo obciąża, to łatwiej mu się po prostu wycofać.
Możemy żyć satysfakcjonująco bez relacji intymnej, ale nie bez jakichkolwiek relacji?
Tak. Można być singielką albo singlem, ale mieć przyjaciół, pozostawać w relacjach z rodzeństwem. Bywają ludzie tak zaangażowani w jakąś misję, jakieś działanie, że na intymną relację, na związek po prostu nie mają w swoim życiu miejsca.
---
Tekst jest fragmentem książki "Trać i żyj. Co nam dają straty" . Rozmowę Bernardetty Janusz z Moniką Rusin i Sławomirem Rusinem wydało Wydawnictwo Mando. Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.

Skomentuj artykuł