Miałem 42 lata i byłem zniewolony. Nikt o tym nie wiedział
Mam 42 lata. Przez wiele lat moje życie z zewnątrz wyglądało normalnie. Praca, obowiązki, relacje. Nic, co zwracałoby uwagę. W środku jednak byłem człowiekiem rozbitym. Uzależnionym. Pełnym gniewu. Pełnym napięcia, które nie dawało mi oddychać.
Zmagałem się z nałogami i nieczystością. Była pornografia, masturbacja, takie podwójne życie, o którym nikt nie wiedział. Z zewnątrz wszystko wyglądało normalnie, ale w środku było dużo wstydu i zniewolenia. Obiecywałem sobie, że przestanę, że to ostatni raz, że się ogarnę. Ale wracałem do tego. I za każdym razem czułem się jeszcze gorzej.
Oprócz tego było we mnie dużo złości i gniewu. Takiego destrukcyjnego, który rani innych. Wybuchałem bez powodu. Byłem nerwowy, niecierpliwy, pełen napięcia. Nie potrafiłem okazywać empatii ani wyrozumiałości. Patrząc dziś na siebie z tamtego czasu, widzę człowieka pogubionego, zamkniętego w sobie i pełnego frustracji.
Z czasem przyszła też ciężka depresja. Brak sensu, brak radości, poczucie pustki. Czułem, że moje życie nie ma kierunku. Miałem wrażenie, że jestem przegrany i że już taki zostanę. Najgorsze było to, że przestawałem wierzyć, że coś może się zmienić.
W tym wszystkim Pan Jezus mnie nie zostawił, choć ja często żyłem tak, jakby Go nie było. Zacząłem wracać do sakramentów. Do spowiedzi. Do adoracji. Na początku było trudno. Był wstyd, było poczucie niegodności. Ale właśnie tam zacząłem doświadczać, że Bóg nie odrzuca, że nie przekreśla człowieka nawet wtedy, gdy ten bardzo upadł.
Powoli zaczęło się coś zmieniać. Nie od razu, nie w jeden dzień. To był proces. Zaczęły ustępować nałogi. Zacząłem mieć większą kontrolę nad sobą. Gniew przestawał mną rządzić. Uczyłem się cierpliwości i pokory. Uczyłem się przepraszać. Uczyłem się słuchać.
Pan Jezus uzdrowił moje relacje w rodzinie. To, co było poranione, zaczęło się prostować. Widziałem, jak zmienia się moje serce. Stałem się bardziej empatyczny, bardziej wyrozumiały dla innych. To było coś, czego wcześniej bym się po sobie nie spodziewał.
Dziś mogę powiedzieć z przekonaniem, że Bóg żyje i działa. Doświadczyłem Jego obecności osobiście. Nie przez teorię, nie przez czyjeś słowa, ale przez realną zmianę mojego życia. Wiem, kim byłem i wiem, kim jestem teraz.
Nie twierdzę, że jestem idealny. Wciąż się uczę, wciąż upadam w mniejszych rzeczach, ale już nie żyję w tamtym zniewoleniu. Nie żyję w ciągłym wstydzie i beznadziei. Wiem, że mogę przyjść do Jezusa z każdą słabością.
Jeśli ktoś dziś zmaga się z nieczystością, gniewem, depresją czy jakimkolwiek nałogiem, chcę powiedzieć jedno: nie jesteś skreślony. Można wyjść z tego. Warto przyjść na adorację i powiedzieć prosto: "Jezu, jeśli jesteś, pomóż mi". On naprawdę słucha.
Każdy, kto szuka Go szczerze, znajduje.
***
Jeśli przeżyłeś/przeżyłaś/przeżyliście coś podobnego, poniższy formularz jest od tego, aby się tym podzielić. Niech również Twoje/Wasze świadectwo stanie się tym, co utwierdzi wiarę innych!


Skomentuj artykuł