Podniosłam rękę, bo chciałam cudu. Wtedy usłyszałam słowa, których się nie spodziewałam
fot. depositphotos.com
Podczas Mszy z modlitwą o uzdrowienie ktoś zapytał wiernych: "Kto przyszedł dziś doświadczyć cudu?". Kilka osób nieśmiało podniosło rękę. Ja też. W tym samym momencie z konfesjonału obok rozległy się słowa rozgrzeszenia. "Ja odpuszczam tobie grzechy..." – usłyszałam. I wtedy zrozumiałam, że największy cud właśnie się wydarzył.
Kiedyś byłam na Mszy Świętej połączonej z nabożeństwem o uzdrowienie. To było jedno z tych spotkań, na które człowiek nie przychodzi z ciekawości, tylko z potrzebą serca. W kościele było dużo ludzi, ale panowała cisza inna niż zwykle. Nie taka zwyczajna cisza przed Mszą, tylko cisza pełna napięcia, oczekiwania, modlitwy. Każdy przyniósł coś swojego: chorobę, ból, lęk, trudną sytuację, z którą już nie dawał sobie rady. Ja też przyszłam z tym, co mnie przygniatało.
Msza Święta przebiegała spokojnie, ale we mnie było dużo emocji. Myśli mieszały się z modlitwą. Z jednej strony nadzieja, z drugiej wątpliwość, czy cokolwiek może się zmienić. Po Komunii rozpoczęła się adoracja Najświętszego Sakramentu. Światło przygasło, śpiewy stały się spokojniejsze, wszystko jakby zwolniło. W takich momentach człowiek zostaje sam ze sobą i z Bogiem.
Na początku jedna z osób prowadzących modlitwę powiedziała: "Kto przyszedł dziś doświadczyć cudu?". To pytanie zabrzmiało bardzo prosto, ale jednocześnie jakoś mnie zatrzymało. Zapadła chwila ciszy. Wiele osób nie zareagowało. Może ze strachu, może z braku wiary, a może z pokory. Kilka osób powoli podniosło rękę. Ja też podniosłam swoją, trochę niepewnie, trochę jakby wbrew sobie.
W głębi serca naprawdę chciałam cudu. Chciałam, żeby coś się zmieniło, żeby Bóg zadziałał w mojej sytuacji. Każdy, kto tam był, miał w sobie takie pragnienie. Każdy przychodzi z nadzieją, że może właśnie dziś coś się wydarzy.
W czasie adoracji obok mnie znajdował się konfesjonał. Ksiądz spowiadał jedną osobę. Nie zwracałam na to większej uwagi, byłam skupiona na modlitwie, na swoich myślach. Nagle jednak jego głos stał się wyraźniejszy. Jakby coś kazało mi go usłyszeć. I wtedy padły słowa:
"Ja odpuszczam tobie grzechy w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego".
Te słowa uderzyły mnie z ogromną siłą. Zatrzymały mnie całkowicie. Jakby ktoś nagle przerwał wszystkie moje myśli i skierował uwagę w jedno miejsce. Poczułam, że to jest coś ważnego. Coś, czego nie można pominąć.
W jednej chwili pojawiła się bardzo prosta myśl: czy jest większy cud niż ten?
Przyszłam tam z nadzieją na coś nadzwyczajnego. Może uzdrowienie, może znak, może jakieś wyjątkowe doświadczenie. A tymczasem największy cud działo się obok mnie, w ciszy konfesjonału, bez rozgłosu, bez emocji, bez widocznych znaków.
Człowiek, który klęczał tam przy kratkach, usłyszał słowa, które zmieniają wszystko. Słowa, które przywracają życie. Słowa, które zdejmują ciężar, który często nosi się latami. W tamtym momencie zrozumiałam, że Bóg naprawdę działa, tylko nie zawsze w taki sposób, jakiego się spodziewamy.
Zrozumiałam też, jak łatwo przyzwyczaić się do rzeczy najważniejszych. Spowiedź wydaje się czymś zwyczajnym, czymś, co się powtarza. A przecież to moment, w którym człowiek zostaje podniesiony z grzechu. Moment, w którym zaczyna od nowa. Moment, w którym Bóg mówi: jesteś ważny, jesteś kochany, możesz wrócić.
Patrzyłam na Najświętszy Sakrament i miałam poczucie, że odpowiedź na moje pragnienie już została mi dana. Nie w taki sposób, jakiego oczekiwałam, ale w sposób prawdziwy. W sposób, który zostaje na dłużej.
Tamtego dnia nie wydarzyło się nic spektakularnego w ludzkim rozumieniu. Nie było uzdrowienia, które można by zobaczyć od razu, nie było czegoś, co można by opisać jako nadzwyczajny znak. A jednak wróciłam z poczuciem, że byłam świadkiem czegoś bardzo ważnego.
Zrozumiałam, że cud nie zawsze jest głośny. Dzieje się obok nas, a my go nie zauważamy, bo szukamy czegoś większego.
Dziś, kiedy wracam myślami do tamtego momentu, wiem jedno: naprawdę trudno wyobrazić sobie większy cud niż to, że Bóg przebacza człowiekowi i daje mu nowe życie.
***
Jeśli przeżyłeś/przeżyłaś/przeżyliście coś podobnego, poniższy formularz jest od tego, aby się tym podzielić. Niech również Twoje/Wasze świadectwo stanie się tym, co utwierdzi wiarę innych!
Ostatni i rozstrzygający głos ma Słowo.
abp Grzegorz Ryś
Bóg jest. Trwa przy nas, choć w tym pandemicznym czasie chaosu, niepewności, a dla wielu również przejmującej samotności, stał się Kimś bardzo dalekim. Czujemy się obco...
Skomentuj artykuł