To nie były „wypadki przy pracy”. Kościelny system potrzebuje głębokiej naprawy [WYWIAD]
Raport komisji sosnowieckiej „Wyjaśnienie i naprawa” to pierwszy tak odważny krok w stronę transparentności polskiego Kościoła. Ustalenia dotyczące co najmniej 50 osób skrzywdzonych i systemowych zaniedbań rzucają nowe światło na problem wykorzystywania małoletnich. O tym, czy era ukrywania prawdy dla „dobra instytucji” bezpowrotnie się kończy, rozmawiam z ojcem Jackiem Prusakiem SJ, członkiem komisji, psycholog akademicki i psychoterapeuta.
Łukasz Sośniak SJ: Czy czasy ukrywania prawdy „dla dobra Kościoła” bezpowrotnie się kończą?
Jacek Prusak SJ: Powoli się kończą. Bezpowrotnie to jeszcze nie, dlatego że nie mamy ogólnopolskiego raportu, który zmierzyłby się z tym problemem w przypadku wszystkich diecezji, dotyczącego zarówno księży diecezjalnych, jak i zakonnych. Natomiast po doświadczeniach pracy w komisji sosnowieckiej wiem, że pewne rzeczy stały się już standardem. Mam nadzieję, że szybciej niż później będziemy mogli mówić, że Kościół w Polsce stał się instytucją transparentną.
O jakich konkretnie standardach mówimy? Co idzie do przodu?
- Mam na myśli to, że biskup Artur Ważny powołał komisję „Wyjaśnienie i naprawa”, która dotyczy nie tylko przypadków wykorzystania osób małoletnich, ale także innych problematycznych spraw w diecezji sosnowieckiej. Śladem Sosnowca idą inni: kardynał Ryś powołał komisję historyczną w Łodzi i zapowiedział podobną w Krakowie, jeśli nie zapadnie decyzja o komisji ogólnopolskiej. Również arcybiskup Wacław Depo w Częstochowie ogłosił powołanie zespołu prawniczo-historycznego. To wciąż czubek góry lodowej, bo wiele diecezji wciąż milczy, czekając na decyzje Konferencji Episkopatu Polski.
Jesteś członkiem komisji sosnowieckiej, która jako jedyna już działa i przedstawiła raport cząstkowy. Czy coś Cię w nim szczególnie zszokowało?
- Jeśli powiem, że nic mnie nie zaskoczyło specjalnie, to wcale nie jest to optymistyczne. Oznacza to bowiem, że potwierdziły się wszystkie negatywne oczekiwania, jakie miałem w głowie. Nasze badania pokazują, że problem wykorzystania seksualnego w Kościele ma charakter systemowy. Nie można go rozpatrywać jako „wypadków przy pracy” nielicznych księży, z którymi nie radzą sobie biskupi. Na 590 duchownych pracujących w diecezji od 1992 roku, czyli od momentu jej powstania, ustaliliśmy grupę około 30 sprawców, z czego większość to duchowni.
W raporcie komisji pojawiła się liczba minimum 50 przypadków wykorzystania. W małej, młodej diecezji, to dużo czy mało?
- Każda osoba poszkodowana, to o jedną za dużo. Jesteśmy pierwsi, więc trudno o porównania, ale wiemy, że ta liczba jest na pewno zaniżona. To są osoby przez nas zidentyfikowane, ale mamy dane poszlakowe o kolejnych. Część osób nie chce rozwiązywać krzywdy instytucjonalnie, inne w ogóle o tym nie mówią. Jednak fakt, że raport się pojawił, sprawił, że niektóre osoby odkryły się ze swoją krzywdą po dziesięcioleciach. Zobaczyły, że ordynariusz nie robi niczego na pokaz.
Zaskakujące jest to, że większość skrzywdzonych w diecezji sosnowieckiej to dziewczynki. Spodziewano się raczej nadużyć o podłożu homoseksualnym.
- To ważne rozróżnienie. Skandale obyczajowe o podłożu homoseksualnym to w Sosnowcu jedna kwestia, ale wykorzystywanie małoletnich to druga. Nasze dane pokazują, że to dziewczynki były krzywdzone dwa razy częściej niż chłopcy, a w obu grupach większość poszkodowanych miała poniżej 15 lat. To kluczowe dla prewencji – nie możemy skupiać się tylko na chronieniu chłopców. Musimy zerwać z medialną zbitką „Sosnowiec równa się homoseksualizm”, bo ona przysłania troskę o potencjalne osoby pokrzywdzone, którymi najczęściej są dziewczęta.
Raport zwraca uwagę na uderzający chaos w diecezjalnych archiwach. Nieuporządkowane teczki, brak zasad, dokumenty znajdowane w przypadkowych miejscach. Czy to był chaos celowy, by ukryć sprawców?
- Powiem dyplomatycznie: nie było ogólnopolskiej praktyki prowadzenia archiwów, każdy robił to po swojemu. Jednak w Sosnowcu brak przejrzystości był rażący. Przez rok badania spraw mówiono nam, że nie ma dziennika elektronicznego, a on nagle się „odnalazł” zaraz po konferencji prasowej. Trudno uwierzyć, że to tylko ignorancja. Niektóre procesy prowadzono zgodnie ze standardami, a inne niechlujnie. Papiery same nie układają się w jednym rogu pokoju zamiast w drugim, ani nie wyfruwają przez okno. Osoby odpowiedzialne za te archiwa ponoszą odpowiedzialność za to, w jakim były stanie.
Wspomniałeś w rozmowie z Tomaszem Terlikowskim, że każdy ze sprawców był niedojrzały. To druzgocąca ocena formacji duchownych.
- Na 16 sprawców aż 13 pochodziło z innych diecezji. Oni swoją niedojrzałość przynieśli do Sosnowca, bo musieli opuścić macierzyste placówki z powodu różnych problemów. Dramat polega na tym, że zostali przyjęci mimo negatywnych opinii lub braków w dokumentacji. Biskupi, wbrew opiniom rektorów, dopuszczali do święceń ludzi, którzy pod płaszczykiem powołania ukrywali poważne deficyty.
Czy to oznacza, że system formacji w Polsce jest niewydolny?
- Formacja do dojrzałości ludzkiej często istnieje tylko na papierze. Sprawca wykorzystuje władzę i zaufanie społeczne, którym jest obdarzony, będąc dorosłym, ale wewnętrznie niedojrzałym mężczyzną. W Sosnowcu istniało przyzwolenie niektórych formatorów na traktowanie pewnych kleryków według podwójnych standardów, co potem przenosiło się na życie księży po święceniach. Nie chodzi teraz o to, by „zaorać” seminaria, ale o odpowiedni dobór kadr odpowiedzialnych za formację.
Jak zauważyłeś, nie chodzi tu jedynie o „wypadki przy pracy”, ale o problem systemowy. Zmowa milczenia przypomina czasem mafijną „omertę”. Jak rozbić ten system?
- Papież Franciszek mówi jasno: potrzebujemy systemowego nawrócenia. Do nadużyć dochodziło przez klerykalizm, czyli segregację duchowieństwa od świeckich i podporządkowanie świeckich duchowieństwu. Panowało przekonanie, że grzeszą świeccy, a duchowni mają tylko „słabości”, które trzeba ukrywać, by ratować powołanie. To myślenie jest sprzeczne z wolą Boga. Do dziś problemem jest prawo kanoniczne, w którym to Kościół, a nie skrzywdzony człowiek, jest traktowany jako główny poszkodowany. Osoba skrzywdzona często nie ma dostępu do informacji o procesie, o ile ordynariusz nie wykaże się dobrą wolą.
Jak na te zmiany reagują sami księża? Słyszy się głosy o „rządach ofiar”.
- Słyszałem młodych księży, którzy powtarzają „mantrę”, że „ofiary rządzą Kościołem”. To postawa lękowa. Oni czują się przytłoczeni medialnym zainteresowaniem tym problemem i boją się, że są postrzegani jak członkowie organizacji przestępczej. Jeśli jednak nie zmienią swojej wrażliwości, to nawet najlepsze procedury będą martwe. Księża muszą mieć kontakt z osobami poszkodowanymi, by przestać się ich po ludzku bać.
Czy po roku pracy w komisji patrzysz w przyszłość z optymizmem?
- Wolałbym, żeby wygrała transparentność, bo to lepsze dla wszystkich. Cieszą mnie pierwsze przebłyski zmian. Widzę grupę biskupów pomocniczych, którzy nie biorą udziału w publicznych sporach dotyczących kościelnej komisji ogólnopolskiej, ale uważnie im się przyglądają. To oni wkrótce zostaną ordynariuszami i to od ich postawy będzie uzależniona percepcja Kościoła w Polsce. Nasz raport nie jest idealny, to dokument roboczy, ale to coś realnego, co można udoskonalać. Chcemy, by inni się nim inspirowali, zamiast tylko go komentować. Albo jesteśmy po stronie Jezusa i osób poszkodowanych, albo po stronie kościelnej omerty. Innej drogi nie ma.
Całość rozmowy znajduję na kanale DeonTV na YouTube:


Skomentuj artykuł