Spacer przez sto lat cierpienia i nadziei

Fot. depositphotos.com

Jesienny park, stare mury szpitala i ludzie, których losy na zawsze odcisnęły się w tym miejscu. Autorka wraca po latach do przestrzeni, gdzie cierpienie mieszało się z poświęceniem, a strach z nadzieją na wyleczenie. To opowieść o pamięci, przemianie i o tym, jak bardzo zmieniło się nasze podejście do choroby psychicznej.

Poniżej publikujemy fragment książki, która prowadzi czytelnika przez historię miejsca naznaczonego ludzkim dramatem, ale i niezwykłą determinacją w walce o godność i zdrowie pacjentów.

DEON.PL POLECA

 

 

Jest październik 2016 roku, piękne, pogodne popołudnie. Idę po raz kolejny znanymi mi dróżkami przecinającymi szpitalny park. Różni ludzie tędy przede mną chodzili w ciągu stu minionych lat: najpierw ci, którzy ten szpital budowali, potem leczący się tu chorzy, ich rodziny i personel, w czasie wojny – hitlerowcy, po nich przez krótki czas żołnierze radzieccy, a po wojnie znów pacjenci, lekarze, pielęgniarki, salowi i osoby odwiedzające chorych. I tak jest do dziś. Wiele się tu działo, dobrego i złego, przez ten kończący się już wiek istnienia szpitala. A czas płynął, rosły drzewa, niszczały mury, w których ukryto chorych przed światem, zmieniały się warunki ich pobytu i metody leczenia. Przez przebarwione jesienią liście drzew prześwitują szare budynki, toczy się w nich szpitalne życie.

Po raz pierwszy byłam wewnątrz nich przed trzydziestu laty, rozmawiałam z pacjentami o ich losach, chorobie, terapii. Pamiętam dotąd ich wylęknione oczy, twarze zmienione cierpieniem, zniszczone piżamy i szlafroki, drżące ręce, ociężałe, drobne kroki. Byli stłoczeni po kilkudziesięciu w wielkich salach o szarych, odrapanych ścianach i wytartych posadzkach. Pamiętam też ofiarność i poświęcenie lekarzy i pielęgniarek, którzy w niezwykle trudnych warunkach leczyli chorych i opiekowali się nimi. Zobaczyłam tu wtedy przejmujące obrazy i sytuacje tak przykre i przygnębiające, że dzisiaj wydają mi się już nieprawdopodobne i gdyby nie reportaże, które wtedy napisałam i opublikowałam w pożółkłych już dzisiaj gazetach, mogłabym myśleć, że był to tylko zły sen. O ich przeczytanie poprosiłam pracującego tu obecnie młodego psychiatrę. Nie uwierzył, że w aż tak tragicznych warunkach przebywali wówczas chorzy, moim relacjom zarzucał częstą dzisiaj w mediach sensacyjność. A przecież spisałam je na podstawie obserwacji i rozmów z pacjentami oraz personelem i nikt wcześniej nie podważał zawartej w nich prawdy. Skoro dzisiaj ich treść wydaje się niewiarygodna, to tylko dowód na to, jak wiele się zmieniło od tamtych czasów.

Szpital jest już zupełnie inny, pobyt w nim to nie tylko izolacja, ale przede wszystkim intensywne leczenie z zastosowaniem różnorodnych metod terapii. I choć ludzie zdrowi nadal raczej omijają go z lękiem, dla chorych ma nieocenioną wartość. „Jak to dobrze, że jest takie miejsce…” – powiedział mi kiedyś jeden z wielokrotnie leczących się tu pacjentów. Strach pomyśleć, że kilka lat temu szpital ten mógł zostać zlikwidowany. Co by tu teraz było? – zastanawiam się przez chwilę, z niedowierzaniem rozglądając się po parku. Te drzewa by pewnie zostały, ale jakie domy by wśród nich stały i kto by w nich mieszkał? Na szczęście lecznica nadal istnieje i przygotowuje się na następne stulecie. Przechodzi właśnie istną kurację odmładzającą – remontowane budynki odzyskują dawny wygląd, ich wnętrza urządzane są nowocześnie, uporządkowany park staje się bardziej przejrzysty. Od czterech lat, odkąd dyrektorem szpitala został Stanisław Kracik, który podjął się remontu i renowacji tego zniszczonego kompleksu, zaszło tu wiele zmian, niektóre przeprowadzono szybko, godząc historię z nowoczesnością. Z pomocą finansową Zarządu Województwa Małopolskiego, Społecznego Komitetu Odnowy Zabytków Krakowa, Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i korzystając z pieniędzy unijnych, odtwarza się urodę tego historycznego zespołu architektoniczno-przyrodniczego, pamiętając przy tym, by stał się bardziej funkcjonalny, komfortowy dla pacjentów i pracowników.

Tylko drzewa nie wymagają remontu, bo nie tracą z czasem na swym pięknie. Przeciwnie, stały się bardziej majestatyczne i tajemnicze, dodają temu miejscu uroku. Idąc w stronę kaplicy szpitalnej, wyróżniającej się swoją sylwetką spośród innych budynków, zastanawiam się, jakie zmiany nastąpią tu w kolejnym wieku istnienia szpitala. A niełatwo to przewidzieć – na czym będzie polegać leczenie, jaka będzie jego organizacja? Bo i potrzeby chorych będą przecież inne. Zachodzące w świecie przemiany stwarzają coraz to nowe zagrożenia dla ludzkiej psychiki. Prawdopodobnie pojawią się nowe zaburzenia psychiczne, dziś jeszcze nieznane, ale można przypuszczać, że dzięki coraz lepszym możliwościom diagnostycznym i rozwijającej się wiedzy psychiatrycznej będzie się je skutecznie leczyć.

DEON.PL POLECA


Wracam do willi dyrektora, by porozmawiać o przyszłości szpitala z zastępcą dyrektora do spraw lecznictwa Anną Depukat, która niedawno zastąpiła na tym stanowisku doktor Danutę Woźniak. Znając tendencje zmian w organizacji i leczeniu psychiatrycznym, przedstawia mi wizję kobierzyńskiego szpitala w przyszłości. Zgodnie z ideą współczesnej psychiatrii ma to być szpital otwarty, również w dosłownym sensie – jego bramę będą więc częściej przekraczać także ludzie zdrowi. Już dziś przychodzą tu w niedzielne przedpołudnia mieszkańcy Krakowa i oprowadzani grupami, poznają historię tego miejsca, zabytkową architekturę i przyrodę. Park, jeden z piękniejszych w Krakowie, jest dostępny dla okolicznych mieszkańców, toteż nie tylko dla pacjentów, ale i dla gości wymienia się w nim oświetlenie, poprawia dróżki, porządkuje zieleń i sadzi kwiaty. Na popołudniowych spacerach bywają tu już całe rodziny z dziećmi. Mogą korzystać z boiska, uczestniczyć w rozgrywkach, a w Centrum Terapii Zajęciowej oglądać obrazy oraz przedmioty artystyczne i użytkowe wykonane przez pacjentów, a także je kupować.

Atrakcją stanie się tutejszy teatr, gdy będzie w nim więcej imprez i spektakli przygotowanych nie tylko przez chorych, ale i zaproszone zespoły. A jeśli powstanie galeria sztuki Art Brut Centrum – ABC, goście będą mogli poznawać twórczość pacjentów i rozmawiać z artystami. Zainteresuje to z pewnością studentów wydziałów sztuk plastycznych, może i oni oraz ich mistrzowie zechcą wystawiać tutaj swoje dzieła. Szpital otworzy się też bardziej na wymianę myśli i wiedzy psychiatrycznej z innymi instytucjami i placówkami, więc częściej będą się w nim odbywać zjazdy, szkolenia, kursy. Zresztą nie tylko z zakresu psychiatrii, psychoterapii czy zaburzeń osobowości, lecz także interdyscyplinarne.

Teren szpitala staje się więc wspólną przestrzenią chorych i zdrowych – chorym da to możliwość nawiązywania kontaktów, co będzie sprzyjać ich leczeniu, zaś zdrowi utwierdzą się w przekonaniu, że wśród pacjentów psychiatrycznych bywają osoby interesujące, które warto poznać. Jednak szpital ma przede wszystkim leczyć, i to intensywnie, bo NFZ wyznaczył na terapię każdego pacjenta zaledwie kilka tygodni. A przyjmuje się tu zwykle chorych w ciężkim stanie, tych, którzy nie mogą już być leczeni w miejscu zamieszkania. Muszą najpierw uwierzyć, że mają szansę na wyzdrowienie, bo bez tej nadziei terapia traci sens. Ciągle jednak panuje przekonanie, że z choroby psychicznej nie można się wyleczyć, chociaż coraz więcej chorych odzyskuje dobrą formę psychiczną i przez długi czas lub wcale nie wraca do szpitala – pracują, zakładają rodziny, a niektórzy odnoszą sukcesy zawodowe, naukowe, artystyczne. Nie przyznają się jednak zwykle do tego, że kiedykolwiek chorowali, więc ich znajomi na ogół o tym nie wiedzą.

Natomiast mieszkańcy krajów zachodnich coraz częściej mówią otwarcie o takich życiowych doświadczeniach. O wyleczeniu z przebytej w młodości schizofrenii zaświadcza znana norweska psycholożka Arnhild Lauveng, która od piętnastu lat nie przyjmuje już leków, pracuje naukowo i wiedzie ciekawe, wartościowe życie. Także amerykański psychiatra doktor Daniel Fisher nie kryje, że leczył się przez wiele lat na schizofrenię, ale od dawna czuje się doskonale – zdobył dyplom, został dyrektorem medycznym centrum zdrowia psychicznego, pełni też funkcję konsultanta w gabinecie prezydenta USA. Tylko niektórym chorym udaje się pokonać chorobę psychiczną na zawsze, ale skoro efekty leczenia psychiatrycznego są coraz lepsze, będzie ich coraz więcej.

Szpital kobierzyński zmienia swoją strukturę i organizację zgodnie z nowymi trendami w lecznictwie psychiatrycznym. Coraz więcej jest oddziałów specjalistycznych, leczy się w nich osoby uzależnione, z podwójną diagnozą, zaburzeniami osobowości czy nerwicą. Chorych przyjmuje się do nich zgodnie z ustalonym wcześniej terminem. W styczniu otwarto kolejny oddział specjalistyczny, właśnie dla pacjentów z podwójną diagnozą, czyli takich, u których choroba psychiczna współistnieje z jakimś uzależnieniem. Podobne przypadki są dzisiaj liczne, toteż chorzy chcący leczyć się na tym oddziale muszą zapisywać się z wielomiesięcznym wyprzedzeniem i czekać. Planuje się więc otwarcie następnego. Powiększono o trzydzieści dwa łóżka oddział terapii uzależnień od alkoholu, ale okazuje się, że i to nie wystarcza.

W największym budynku szpitalnym, który ma być wyremontowany w przyszłym roku, będzie stułóżkowy oddział przeznaczony na leczenie młodzieży uzależnionej od dopalaczy, internetu czy zakupów. Doktor Depukat ma nadzieję, że uda się także otworzyć oddział psychiatryczny dla dzieci. Natomiast na oddziały ogólnopsychiatryczne droga wiedzie przez izbę przyjęć. W ciągu doby przyjmuje się tu od trzydziestu do pięćdziesięciu osób. Przywozi ich zwykle policja lub karetka pogotowia. Personel izby przyjęć musi najpierw zapanować nad ich pobudzeniem, a następnie skierować ich do pełnego zdiagnozowania i leczenia. Nie wszyscy z nich są chorzy psychicznie, niektórzy trafiają tu w ostrym kryzysie – po wypadkach, utracie bliskich, próbach samobójczych. Dla tych pacjentów planuje się utworzyć kilkunastołóżkowy oddział interwencji kryzysowej.

Dwukrotnie więcej chorych psychicznie niż w szpitalu leczy się dzisiaj poza jego murami. Mieszkają w swoich domach i równocześnie korzystają z opieki zespołu środowiskowego, terapii w oddziałach dziennych, zajęć terapeutycznych, poradni psychiatrycznych. Nadzór i opieka lekarza psychiatry i pielęgniarki psychiatrycznej dają im poczucie bezpieczeństwa i pomagają funkcjonować jak najdłużej poza szpitalem. Niektórzy entuzjaści leczenia środowiskowego uważają nawet, że w przyszłości szpitale psychiatryczne w ogóle nie będą potrzebne. Tymczasem jednak często brakuje w nich miejsc. Zdaniem dyrektor Depukat potrzebny jest spójny system leczenia i opieki społecznej, by żaden chory nie znalazł się poza jego zasięgiem i aby w odpowiednim czasie był kierowany do właściwej placówki. To ułatwi dobre wykorzystanie funduszy i kadr, z korzyścią dla pacjentów. Szpital ten, jako placówka skupiająca tak dużą liczbę chorych oraz doświadczony personel, ma szanse stać się w przyszłości liczącą się w kraju bazą naukową i szkoleniową. Cel leczenia jest oczywisty – pacjenci mają wrócić do normalnego życia, zresztą na ogół bardzo tego pragną. Ale jak zostaną przyjęci przez innych ludzi?

„Otwórzcie drzwi” – apelują psychiatrzy do społeczeństwa. „Zróbcie im miejsce pośród siebie”. Adresują te hasła do osób zdrowych, w trosce o tych, którzy przebyli chorobę psychiczną. Bez życzliwego przyjęcia w środowisku ich powrót po leczeniu do normalnego funkcjonowania będzie trudniejszy. Żyjemy jednak w czasach, w których sukcesy materialne czy zawodowe stały się miarą wartości człowieka, a dla słabszych psychicznie nie ma zrozumienia. W dodatku ludzie nadal boją się chorych psychicznie, a lęk ten podsycają sensacyjne doniesienia medialne o popełnianych przez nich przestępstwach, zwykle o niezrozumiałych motywach.

Do podobnych informacji nie dodaje się jednak zwykle komentarza, że chorzy dopuszczają się takich czynów znacznie rzadziej niż ludzie zdrowi, najczęściej będąc pod wpływem narkotyków lub alkoholu. Jesienny wieczór nadchodzi wcześnie, zwłaszcza w starym parku, gdzie gęste konary drzew nie przepuszczają światła. Wtedy szara mgła zasnuwa kształty ich grubych pni, zarysy budynków rozmywają się w niej i stają coraz mniej widoczne, a krzewów nie sposób przebić wzrokiem, więc zdają się tworzyć groźne zasadzki. Wszystko wokół wydaje się nieodgadnione i tajemnicze jak przyszłość. Ale jutro znów zacznie się dzień, po nim przyjdą następne – będą układać się w tygodnie, miesiące, lata, a cały czas, przez okrągłą dobę, nadal do tego szpitala będą przyjeżdżać chorzy po pomoc w cierpieniu, z nadzieją na wyleczenie. W ich psychozach jak w krzywym zwierciadle będzie się odbijał przyszły świat, inny niż dzisiejszy, nowe nieznane nam jeszcze wydarzenia wpływające na ludzkie losy, ale warunki ich leczenia będą lepsze, a metody coraz skuteczniejsze.

Jak to dobrze, że jest takie miejsce, że zostało ocalone przed zachłannością ludzi zdrowych, nierozumiejących i niedoceniających potrzeb chorych, że ten szpital, odremontowany, nowocześnie urządzony, będzie służyć pacjentom także w następnym wieku – myślę, obejmując wzrokiem niknące w mroku budynki oraz stare drzewa, które były świadkami niejednego ludzkiego nieszczęścia.

Zawracam i kieruję się w stronę wyjścia.

Fragment książki Krystyny Rożnowskiej Można oszaleć. Osobliwy świat szpitala psychiatrycznego

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Spacer przez sto lat cierpienia i nadziei
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.