Medyk o sytuacji, której nie da się zapomnieć. "Wyciągnąłem igłę i wbiłem mu ją w klatkę piersiową"

Fot. Archiwum prywatne Janka Świtały
Jan Świtała

W zawodowym życiu medyków jest tyle interwencji, że ciężko spamiętać je wszystkie. Są jednak takie, które zostają w głowie do końca życia. Jeden z takich przypadków opisał Jan „Yanek” Świtała, najsłynniejszy polski ratownik medyczny, który zabiera czytelnika w środek cyklonu, czyli do swojej pracy. Publikujemy fragment książki „Pędzę do Ciebie na sygnale. Polska przez szybę karetki”.

W jednej z gazet pojawiło się zdjęcie zrobione przez fotoreportera w momencie, kiedy byłem na miejscu zdarzenia może trzy minuty. Tak krótko, a nigdy wcześniej przy jednym pacjencie nie wykonałem tylu inwazyjnych procedur. Zaintubowałem go. Wbiłem mu dwie igły w klatkę piersiową. Założyłem opaskę uciskową. Darłem się na nagrywanej linii, że mamy urazowe zatrzymanie krążenia, że potrzebuję na SOR-ze chirurga i krwi.

I wszystko zadziałało. My zadziałaliśmy. Szpital zadziałał. Na sali reanimacyjnej chirurg otworzył pacjenta, jeden narząd po drugim. Po dziesięciu minutach powiedział: – Proszę państwa, kończymy. Tu jest za dużo rzeczy, które powinny krwawić, a nie krwawią. To był wypadek samochodowy.

Mężczyzna z nieznanej przyczyny wjechał czołowo w ciężarówkę. Auto wyglądało jak kulka folii. Gdy tam dojechaliśmy, on jeszcze żył – blady, charczący. Miał amputację urazową nogi. Nie mogliśmy założyć opaski, bo nie dało się do niego dojść. Strażacy wycięli go z wraku. Gdy go wyciągnęliśmy, zatrzymał się. Zatamowaliśmy krwotok, zaczęliśmy resuscytację. Mieliśmy dwie opcje dojazdu do szpitali – identyczny czas. Zadzwoniłem do dyspozytora, żeby wybrał szpital, w którym jest krew i chirurg.

DEON.PL POLECA

 

 

Moja pierwsza odma

Wracaliśmy właśnie z laryngologii, kiedy przyszło zgłoszenie. Nic konkretnego, tylko że mężczyzna spadł ze schodów. Wezwanie w kodzie „jeden”, czyli bardzo pilne. Takie wezwania to rutyna; nigdy nie wiesz, czy chodzi o stłuczoną kostkę, czy pękniętą czaszkę.

Podjeżdżamy w trzyosobowym zespole pod blok. Wchodzimy. Drzwi otwiera kobieta z dwójką małych dzieci, jedno na rękach, drugie uczepione spódnicy. Nikt nie mówi po polsku. Ona krzyczy w dziwnej, niezrozumiałej mieszance ukraińskiego i rosyjskiego. Nie wiemy, co się dzieje, a ona krzyczy na nas, ile sił w płucach. W środku bałagan jak z najgorszych koszmarów: wąskie przejścia, dywan na dywanie, porozrzucane zabawki, jakieś kartony, pudełka z plastiku i co tylko dusza zapragnie.

Okładka książki "Pędzę do Ciebie na sygnale. Polska przez szybę karetki" (wyd. Mando)
W jednym pokoju leży na podłodze mężczyzna w pozycji na boku. Jakieś sześćdziesiąt lat. Kręci się, próbuje coś powiedzieć, ale kompletnie nie da się z nim porozumieć. Powtarzam w głowie: „spadł ze schodów, okej, trzeba go zbadać”. Dopadam do niego, zaczynam go rozbierać i wtedy to widzę. Po prawej stronie klatki piersiowej ma gigantyczną podskórną odmę. Pod palcami poczułem coś jak folia bąbelkowa. Trzeszcząca tkanka, powietrze uwięzione pod skórą. To sygnał, że mechanizm urazu musi być poważny. Facet może i był pijany, ale zaburzenia świadomości mogły być równie dobrze spowodowane niedotlenieniem.

Próbuję z nim nawiązać jakikolwiek kontakt, ale on się kręci, wierci, nie da się go zbadać. Mówię więc do chłopaków: – Panowie, mamy najpewniej odmę. Zrobimy wszystko książkowo. Zmierzymy parametry, damy leki przeciwbólowe i odbarczamy.

Wszyscy wiedzą, co jest grane, plan jest prosty. Chwytam leżącego za rękę, chcę go tylko lekko przesunąć, żeby zmierzyć ciśnienie. I wtedy to się dzieje. On nagle się wypręża i sinieje. Przestaje oddychać. W takiej sytuacji nie ma czasu na konsultacje ani rozważania. Jednym ruchem wyciągnąłem z kamizelki igłę do odbarczania odmy i wbiłem mu ją w klatkę piersiową. Dosłownie w sekundę. Usłyszałem syk powietrza. Jego parametry minimalnie zaczęły się poprawiać.



To była dobra decyzja. Idziemy dalej. Wbijam drugą igłę. Podajemy leki, żeby go uspokoić. Musimy pacjenta wyciszyć, żeby bezpiecznie go ewakuować, bo zaczął być niepokojąco pobudzony. Przedzieramy się przez ten cały koszmar: dywany, zabawki, kartony, pudełka. Ja obładowany plecakiem, defibrylatorem. Wybiegamy na zewnątrz. A wtedy ta kobieta, która krzyczała na wejściu, zaczyna mi wpychać w ręce swoje dziecko i próbuje wejść do karetki, wciąż mówiąc tym swoim niezrozumiałym językiem. Muszę jednocześnie trzymać pacjenta na płachcie ewakuacyjnej i powstrzymywać ją przed wpakowaniem się do ambulansu. Obłęd.

W końcu jedziemy przez miasto na sygnale. Na jednym ze skrzyżowań zatrzymujemy się w poprzek pasa ruchu, bo stan pacjenta znów się pogarsza. Oddech słabnie. Ciśnienie spada. Powietrze ponownie narasta w jamie opłucnej. Znów biorę igłę. I jeszcze jedną. I kolejną. W sumie chyba sześć – cztery z plecaka i dwie swoje, bo były pod ręką.

Odma opłucnowa powstaje wtedy, kiedy powietrze dostaje się do jamy opłucnej, czyli przestrzeni między płucem a ścianą klatki piersiowej. Wzrasta tam ciśnienie, które zaczyna uciskać na serce. A jeśli serce jest ściśnięte, nie może się kurczyć. Płuca też nie pracują, bo nie mają możliwości, by się rozszerzyć i przeprowadzać wymianę gazową. Dlatego człowiek dusi się w środku, nawet jeśli drogi oddechowe są drożne. Postępowanie jest proste – trzeba nakłuć klatkę długą igłą.

Igła ma około dwudziestu centymetrów długości. Tak, czasem trzeba ją wbić głęboko. Tak, to wygląda dramatycznie. Ale w rękach medyka jest to procedura bezpieczna. W miejscu, w którym pracuję, żartują ze mnie, że mam największe zużycie igieł do odbarczania odmy w całym zespole. To prawda, zużyłem ich bardzo dużo. Po prostu trafiam na takie przypadki. A może raczej takie przypadki trafiają na mnie.

DEON.PL POLECA


Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Tematy w artykule

Skomentuj artykuł

Medyk o sytuacji, której nie da się zapomnieć. "Wyciągnąłem igłę i wbiłem mu ją w klatkę piersiową"
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.