Alkohol na stoku? Eksperci alarmują: jeden błąd może skończyć się na SOR-ze
Choć ferie zimowe w Polsce dobiegają końca, temat bezpieczeństwa na stokach narciarskich wciąż budzi emocje. Coraz większa dostępność alkoholu w ośrodkach narciarskich wywołuje dyskusję wśród lekarzy, ratowników i służb porządkowych. Zdaniem ekspertów nawet niewielka ilość alkoholu może znacząco zwiększyć ryzyko poważnego wypadku.
W tegorocznym sezonie narciarskim w Polsce ponownie można było zaobserwować wzrost popularności spożywania alkoholu na stokach. Trend ten nie słabnie, a sprzedaż napojów procentowych w barach i restauracjach przy trasach narciarskich stała się niemal normą. Zjawisko to szczególnie rzuca się w oczy w kontekście ruszającej właśnie sprzedaży marcowych, tańszych wyjazdów na narty, które Polacy chętnie wybierają, często korzystając z ofert typu "free ski".
O tym, jak pozornie niewinne picie na stoku może skończyć się poważnym wypadkiem, przekonał się jeden z narciarzy, który opowiedział swoją historię w Medonecie. Jak relacjonuje, po kilku latach przerwy wrócił z żoną na ulubiony stok. Po kilku zjazdach i przerwie na obiad zdecydował się na grzańca oraz piwo. Gdy wrócił na trasę, poczuł się rozluźniony i pewny siebie. Niestety, chwila nieuwagi zakończyła się upadkiem i bolesnym urazem kolana, który wykluczył go z jazdy na długie miesiące. Narciarz przyznaje, że to właśnie alkohol sprawił, iż stracił czujność i refleks, co doprowadziło do wypadku.
Podobne sytuacje nie należą do rzadkości. Na stokach w Polsce między kolejnymi zjazdami narciarze często zatrzymują się przy barach i drewnianych budkach, gdzie można kupić nie tylko gorącą czekoladę czy frytki, ale także piwo, grzańca czy kolorowe drinki. W przeciwieństwie do zakupu alkoholu na stacji benzynowej, gdzie często trafia on do domu lub na wieczór, na stoku większość osób spożywa go od razu, między jednym a drugim zjazdem. Ta normalizacja picia alkoholu podczas aktywności fizycznej budzi coraz większe kontrowersje.
Na problem ten zwraca uwagę dr n. med. Aleksandra Jasiulewicz, która w rozmowie z Medonetem podkreśla, że sprzedaż alkoholu na stokach, choć legalna, jest jej zdaniem moralnie naganna i stwarza realne zagrożenie nie tylko dla samych narciarzy, ale także dla innych osób korzystających z tras. Ekspertka wyjaśnia, że sporty zimowe wymagają dobrej koordynacji, refleksu i umiejętności oceny dynamicznie zmieniającej się sytuacji, a nawet niewielka ilość alkoholu negatywnie wpływa na te wszystkie aspekty.
Dr Jasiulewicz wskazuje, że już mała dawka alkoholu powoduje wydłużenie czasu reakcji, pogorszenie koordynacji ruchowej, zaburzenie oceny odległości i prędkości, obniżenie zdolności koncentracji oraz wzrost skłonności do ryzyka. W praktyce oznacza to mniejszą kontrolę nad torem jazdy i opóźnioną reakcję w sytuacji zagrożenia, nawet jeśli osoba ma wrażenie, że "jedzie normalnie". Lekarka zauważa również, że połączenie dużych prędkości z twardym podłożem i zaburzoną koordynacją znacząco zwiększa ryzyko poważnych urazów, takich jak skręcenia kolan, urazy głowy, kręgosłupa czy obrażenia wielonarządowe.
Ekspertka podkreśla także, że alkohol obniża napięcie mięśniowe i zaburza mechanizmy ochronne organizmu, przez co w razie upadku ciało nie reaguje tak sprawnie, jak u osoby trzeźwej. Wystarczy jeden moment nieuwagi, by zakończyć dzień nie na stoku, lecz na szpitalnym oddziale.
Dr Jasiulewicz zwraca uwagę, że na stoku odpowiadamy nie tylko za siebie, ale także za innych użytkowników trasy. Nawet niewielkie upośledzenie funkcji psychomotorycznych może stanowić realne zagrożenie dla otoczenia. Z medycznego punktu widzenia nie istnieje bezpieczna dawka alkoholu w sporcie wymagającym szybkości, równowagi i precyzji - nawet niewielka ilość zwiększa ryzyko wypadku oraz ciężkość potencjalnych obrażeń.
Do problemu odnosi się również Marcin Szczurek, Naczelnik Grupy Beskidzkiej Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, który na łamach Medonetu podkreśla, że liczba wypadków na stokach rośnie, a niebezpieczne sytuacje często dotyczą także dzieci.
W kwestii bezpieczeństwa na stokach ważną rolę odgrywają również policjanci, którzy dyżurują w dwuosobowych patrolach na nartach. Ich zadaniem jest dbanie o porządek i reagowanie na sytuacje, w których narciarze mogą stanowić zagrożenie dla innych. Zgodnie z przepisami, jazda na nartach pod wpływem alkoholu to wykroczenie zagrożone mandatem od 20 do 500 zł. Dopuszczalna ilość alkoholu we krwi wynosi 0,5 promila - po jej przekroczeniu narciarz uznawany jest za osobę nietrzeźwą.
Policjanci patrolujący trasy nie noszą przy sobie alkomatów, ponieważ muszą być w pełni mobilni. W przypadku podejrzenia nietrzeźwości mogą jednak poprosić narciarza o zejście do radiowozu, gdzie dostępny jest alkomat, lub wezwać inny patrol.
Funkcjonariusze mają prawo nie wpuścić na stok osoby, która jest pod wyraźnym wpływem alkoholu, dbając tym samym o bezpieczeństwo wszystkich użytkowników tras narciarskich. Jak podkreślają służby, osoba, która wypiła zdecydowanie za dużo, może stanowić realne zagrożenie dla innych narciarzy.
Zjawisko spożywania alkoholu na stokach narciarskich, choć legalne, budzi coraz większe wątpliwości wśród ekspertów i służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo. Coraz częściej podkreśla się, że nawet niewielka ilość alkoholu może skutkować poważnymi konsekwencjami - zarówno dla samego narciarza, jak i dla osób wokół niego.


Skomentuj artykuł