Czy znikniemy z mapy świata?

Czy znikniemy z mapy świata?
(fot. MicMacPics / flickr.com)
7 lat temu
Logo źródła: Przewodnik Katolicki Kamila Tobolska / slo

Nad Polskę nadciąga demograficzne tsunami. Uderzy w nas w okolicach 2020 r., kiedy pokolenie powojennego wyżu odejdzie na emerytury. To jednak jeszcze nie koniec przerażających prognoz. Jeśli Polaków będzie nadal ubywać, za 150 lat grozi nam całkowita eksterminacja narodu.

Kiedyś mieliśmy w Polsce duży przyrost naturalny. Później nastał czas transformacji ustrojowej i liczba ludności się ustabilizowała. Ostatnie lata to już jest tylko równia pochyła - dzieci rodzi się coraz mniej. Po ok. 2030 r. czeka nas  nowy ustrój - gerontokracja, kiedy to seniorzy przejmą władzę. Żeby nas nie ubywało, potrzeba ponad dwoje dzieci na rodzinę. W tej chwili ten współczynnik wynosi niewiele ponad 1,3. I tak, w 2011 r. było nas 38,5 mln, ale według prognoz demograficznych ONZ w 2060 r. ma być już tylko ok. 33,5 mln. Jeśli nic się nie poprawi, to kolejne liczby są już przerażające. W 2100 r. w wariancie pesymistycznym Polska może liczyć tylko 16 mln ludzi. Nietrudno sobie wyobrazić, że olbrzymie koszty, które pojawią się z tego tytułu dla gospodarki, będą nie do udźwignięcia.

Nie dajmy się ugotować jak żaba

Zdaniem prof. Krzysztofa Rybińskiego, rektora warszawskiej Akademii Vistula, uważanego za jednego z nielicznych ekonomistów, mówiących ludziom prosto w oczy, co myśli, polska demografia przypomina żabę pływającą w garnku, który stoi na zapalonym gazie. Woda robi się w nim coraz bardziej gorąca, ale na tyle powoli, że żaba nie odczuwa tego jako problemu i nie wyskakuje z garnka. W efekcie za jakiś czas po prostu się ugotuje. - Podobnie jest z niekorzystnymi zmianami zachodzącymi z roku na rok w polskiej demografii. Są one wprawdzie bardzo małe, ale moim zdaniem w ciągu 30−40 lat doprowadzą do katastrofy. Dramatem jest to, że nie postrzega się ich jako kryzysu, ale traktuje jak trend czy ewolucję. A potrzebna jest nam świadomość, że jeśli nie chcemy zniknąć z mapy świata, to musimy niezwłocznie podjąć konkretne działania. Teraz, a nie za 10 lat, kiedy kryzys będzie odczuwany już w każdej dziedzinie życia. Trzeba powiedzieć to wyraźnie: strategicznie ważne dla Polski jest to, żeby rodziło się więcej dzieci i potrzebna jest nam w tym obszarze polityka antykryzysowa. Być może jest to ważniejsze niż sprawa gazu łupkowego - tłumaczy prof. Rybiński, autor felietonów publikowanych w "Rzeczpospolitej" i "Dzienniku Gazecie Prawnej".

"Korpomyszy" w porannych korkach

Jednym z podstawowych czynników wpływających na zmniejszanie się liczby urodzeń jest oczywiście kiepska sytuacja ekonomiczna Polaków. Wielu rodziców uważa, że stać ich tylko na jedno dziecko, deklarując równocześnie, że chcieliby mieć przynajmniej dwoje. Bariera dochodowa sprawia więc, że swoich planów posiadania liczniejszej rodziny po prostu nie realizują. Jak zauważa Teresa Kapela, wiceprezes Związku Dużych Rodzin "Trzy Plus", w ramach transformacji ustrojowej państwo zrezygnowało z przekazywania rodzinie transferów finansowych na rzecz udzielania ich jedynie w ramach pomocy społecznej. − To unikalna w Europie sytuacja, kiedy w kierunku rodziny idą najmniejsze środki  finansowe. W Polsce próg świadczeń rodzinnych jest najniższy na całym Starym Kontynencie. Podobny występuje jedynie w Czechach, przy czym w tym kraju płatne są urlopy wychowawcze, również dla studentek. Następny co do wysokości próg świadczeń rodzinnych, już dwa razy wyższy od naszego, ma Hiszpania. Warto też zauważyć, że prowadzące podobną do polskiej politykę rodzinną Włochy, mają próg 10-krotnie wyższy − wyjaśnia.

Bez wątpienia wpływ na to, że rodzi się coraz mniej dzieci, ma także potężna, wszechobecna i antyrodzinna kampania medialna. − Przekonuje się w niej społeczeństwo, że dzieci, owszem, można mieć, ale po godzinach pracy. Że tylko praca zawodowa daje nam prawo do istnienia, a praca w domu pozbawiona jest wartości. Sprowadza się ją zresztą do terminu "siedzenie w domu" - ubolewa Teresa Kapela.

Zresztą trudno nie zauważyć zmian, które nastąpiły w ostatnich latach w modelu życia preferowanym szczególnie przez mieszkanki dużych miast. Prof. Krzysztof Rybiński obrazowo nazywa ten proces ewolucją od kobiety pracującej do "korpomyszy". Ta pierwsza nie bała się żadnej pracy i kilkoro swoich dzieci rano wysyłała do najbliższej szkoły i przedszkola. Tymczasem współczesnym kobietom zatrudnionym w różnych korporacjach rano starcza jedynie czasu na zawiezienie jednego dziecka do elitarnej szkoły na drugi koniec miasta.

Nie zmieniajmy świata w koszmar

Niezwykle istotną barierą sprawiającą, że polska rodzina nie ma więcej dzieci, jest - zdaniem kard. Kazimierza Nycza - bariera naszej mentalności. W tym miejscu warto przywołać słowa bł. Jana Pawła II, który mówiąc o rodzinie w Kielcach w 1991 r., przestrzegał, że świat zmieniłby się w koszmar, gdyby małżonkowie widzieli w dziecku niepotrzebny, a kosztowny dodatek życiowy. − Kiedy spotykam się ze wspólnotami neokatechumenalnymi, których w Warszawie jest 350, widzę, że każda zaangażowana w nie rodzina ma co najmniej czwórkę, a nawet siódemkę czy ósemkę dzieci. To pokazuje, że ludzie ci mają odpowiednio poustawianą hierarchię wartości wynikającą z ich przekonań religijnych - zauważa kard. Nycz. Jednocześnie hierarcha dopowiada, że nie można oczekiwać, iż nastąpią zmiany w świadomości Polaków bez zabezpieczenia rodzinom, szczególnie tym wielodzietnym, odpowiedniego komfortu do wychowywania dzieci. − Oprócz działań wpływających na najgłębszą motywację aksjologiczną i duchową potrzebne jest nieustanne ich wspieranie polityką rodzinną - podkreśla metropolita warszawski.

Potrzebne jest trzęsienie ziemi

Nie tylko ekonomiści wiedzą, że poprawa polityki rodzinnej wiąże się z podjęciem trudnych decyzji finansowych. − W czasie 4-letniej kadencji polityk może zignorować fakt, że mamy kryzys demograficzny, chociaż oczywiście odpowiedzialny polityk nie powinien tego robić. Niestety moim zdaniem w Polsce większość polityków kieruje się wyłącznie szansą ponownego wyboru, nie interesując się zbytnio polityką prorodzinną i nie starając się zatrzymać spadku liczby urodzin - stwierdza prof. Krzysztof Rybiński. Jak zauważa, obecne propozycje rządu, takie jak dłuższe urlopy macierzyńskie czy wychowawcze, idą w dobrym kierunku, ale to jedynie kropla w morzu potrzeb. - One mogą trochę zmienić sytuację, ale nie zmienią tendencji. Jeżeli naprawdę poważnie myślimy o tym, żeby Polska się nie wyludniała, to niezbędne jest trzęsienie ziemi w całej polityce rodzinnej i określenie przez rządzących, co jest strategicznie ważne dla Polski - tłumaczy ekonomista, dodając, że potrzebny jest wręcz kryzys, w czasie którego państwo zacznie rewidować swoją politykę. - Dobrym przykładem na to są chociażby Grecja czy Hiszpania. Przeprowadzane są tam teraz reformy niemożliwe do wprowadzenia do tej pory przez dekady − zaznacza.

Inaczej zaczniemy wymierać...

Trzeba mieć jednak świadomość, że działania z obszaru polityki społecznej i gospodarczej, które mogłyby poprawić dzietność, czyli zmienić decyzję rodzin, żeby mieć nie jedno, a dwoje, troje czy nawet więcej dzieci, są bardzo drogie. Mowa tu nie tylko o różnych ulgach i dopłatach, ale też o budowie odpowiedniej infrastruktury wspomagającej wychowywanie dzieci, takiej jak żłobki czy przedszkola. − Niestety dzisiaj Polska jest w trudnej sytuacji finansowej: spowalnia się wzrost gospodarczy, spadają wpływy podatkowe. Społeczeństwo powinno więc dokonać świadomego wyboru: niektóre wydatki dramatycznie ograniczamy, aby wydatki na politykę prorodzinną mogły wzrosnąć. Inaczej Polska zacznie wymierać - ostrzega prof. Rybiński. W Polsce, jego zdaniem, wygenerowanie pieniędzy na politykę prorodzinną wymagałoby cięć pewnych grup wydatków o 30 proc. − Którzy z polityków odważą się obniżyć na przykład preferencje profesorom czy mundurowym lub odebrać dofinansowania do różnych dziedzin życia, chociażby do kultury i dać te pieniądze na rodziny? Mam świadomość, że żaden z nich tego nie uczyni - przyznaje.

Zdaniem ekonomisty w naszym kraju dla polepszenia sytuacji demograficznej powinny zacząć funkcjonować ulgi podatkowe lub wręcz dofinansowania do kolejnych dzieci, tzn. posiadanie drugiego i kolejnych dzieci wiązałoby się z tym, że rodzina w ogóle nie płaciłaby podatku dochodowego albo otrzymywała dofinansowanie. - Moim zdaniem tylko takie kroki mają szansę wpłynąć na to, że rodzice zdecydują się mieć więcej dzieci. To oczywiste, że decyzje te znacząco obniżyłyby wpływy z podatku PIT i powiększyły wielkość dziury budżetowej oraz tempo narastania długu publicznego. Dlatego moim zdaniem nie podejmie ich ani ten, ani kolejny rząd, bojąc się destabilizacji finansowej państwa - stwierdza prof. Rybiński.

Może jednak żaba zmobilizowana?

Niewątpliwie podejmowanie takich decyzji w ogniu sporu politycznego nie będzie łatwe. Tym bardziej że jak zauważa Mieczysław Augustyn, przewodniczący senackiej Komisji Rodziny i Polityki Społecznej, problemy rodzin wykorzystywane są w grze politycznej. - Sprawy te powinny być rozstrzygane ponad podziałami, tym bardziej że wymagają podejmowania trudnych decyzji związanych z alokacją dużych pieniędzy - zauważa senator. Jednocześnie zapewnia, że wygenerowane zostały pierwsze miliardy złotych, które w 2013 r. zostaną przekierowane na pomoc rodzinom.

Czyżby pojawiła się nadzieja na scenariusz, który podpowiada inna historia o żabie? Otóż, wpadła ona do wysokiego garnka pełnego mleka i nie mogła się z niego wydostać. Zginęłaby niechybnie, ale wystraszona zaczęła tak szybko przebierać nogami, że ubiła mleko na masło, odbiła się od niego i wyskoczyła. Pozostaje więc tylko poważnie zastanowić się, jak na stałe przejść w naszym kraju z modelu gotowanej żaby, której wszystko jedno, do modelu żaby zmobilizowanej, ubijającej mleko na masło.

W artykule wykorzystano m.in. wypowiedzi z konferencji "Bariery ograniczające dzietność w Polsce", która odbyła się 5 grudnia 2012 r. w Senacie RP.

Budujmy pozytywny klimat!

Ks. dr Przemysław Drąg, dyrektor Krajowego Ośrodka Duszpasterstwa Rodzin przy Episkopacie Polski

− Trzeba podkreślić, że Kościół zawsze walczył o życie małżeńskie i rodzinę. Czyni to szczególnie od lat 80. minionego wieku, kiedy to po synodzie biskupów bł. Jan Paweł II opublikował adhortację Familiaris consortio (o zadaniach rodziny chrześcijańskiej we współczesnym świecie - przyp. red.). Pracę z rodzinami podejmujemy już w okresie narzeczeństwa, starając się, aby młody człowiek wkraczający na drogę wspólnego życia miał właściwą wizję swojego małżeństwa, macierzyństwa i ojcostwa. To przede wszystkim parafie stają się miejscem budowania przyjaznego środowiska dla rodziny, nie tylko poprzez udzielanie jej doraźnej pomocy, ale szczególnie poprzez budowanie pozytywnego klimatu wokół niej. Oczywiście chcielibyśmy działać jeszcze lepiej i docierać do jeszcze większej liczby młodych ludzi i rodzin.

Warto też przypomnieć, że biskupi zwracali uwagę na coraz mniejszą liczbę rodzących się w naszym kraju dzieci już w latach 80. i 90. Rodzina wielodzietna nigdy zresztą nie była w Kościele szykanowana, ale zawsze pokazywana jako piękny wzorzec otwarcia się na miłość. Uważam, że tym bardziej w obecnej sytuacji należy właśnie na tym skoncentrować wysiłki wszystkich diecezji, kapłanów, świeckich i ruchów kościelnych.

Dobre, niedrogie rozwiązanie

Dr Agnieszka Chłoń-Domińczak, specjalista z zakresu systemów emerytalnych ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie

− Moim zdaniem państwo powinno w systemie emerytalnym w większym stopniu uwzględniać fakt, że rodzice, którzy opiekują się małymi dziećmi w domu, decydują się na przerwę w aktywności zawodowej. Obecnie okres tej opieki wiąże się nie tylko z ubytkiem dochodów w trakcie jej trwania, ale także w konsekwencji z ubytkiem dochodów na emeryturze. Mówiąc wprost, chodzi więc o to, żeby państwo płaciło składki za okres opieki wszystkich rodziców, którzy przerywają swoją pracę po to, żeby zajmować się dziećmi. I, co warto podkreślić, jest to możliwe w obecnej sytuacji gospodarczej. To rozwiązanie najmniej kosztowne. Dzisiaj bowiem państwo i tak dokłada bardzo dużo pieniędzy do ubezpieczeń społecznych w postaci dotacji uzupełniającej, tymczasem można te pieniądze zamienić na dotację celową właśnie na składki płacone za rodziców wychowujących dzieci. Czyli państwo to niewiele kosztuje, a dzięki temu rodzice już na emeryturze będą mieli lepsze zabezpieczenie.

Czego nam jeszcze brakuje?

Irena Wóycicka, podsekretarz stanu ds. społecznych w Kancelarii Prezydenta RP

− Polityka rodzinna to nie jest tylko kwestia zahamowania negatywnych procesów demograficznych. Szukając rozwiązań w tym obszarze, trzeba również zwracać uwagę na to, jakie daje ona rodzicom szanse na realizację ich rodzicielskich aspiracji. Nie można też tworzyć wrażenia, że polityka rodzinna rozwiąże wszystkie problemy, a zwłaszcza, że państwo weźmie odpowiedzialność za to, ile rodzi się dzieci. To bowiem najbardziej osobiste decyzje ludzi. Polityka rodzinna może je jedynie wspierać i ułatwiać ich podejmowanie.

Podczas debat przeprowadzonych w ostatnim czasie w Kancelarii Prezydenta, wyłoniła się odpowiedź na pytanie, dlaczego w Polsce nie dorobiliśmy się jeszcze polityki prorodzinnej? Po pierwsze rozwiązania, które mamy, są niestabilne, pojawiają się i znikają. Tymczasem rodziny muszą mieć poczucie, że wsparcie państwa ma charakter stabilny. Poza tym polityka społeczna musi dawać rodzicom możliwość wyboru. To oni powinni mieć możliwość decydowania, w jaki sposób chcą się opiekować swoimi dziećmi, kto z nich idzie do pracy, a kto zostaje w domu i jak długo. Czyli rozwiązania te muszą być elastyczne i dostosowane do potrzeb różnych rodzin.

Szampański nastrój pryska...

− Zawsze na początku nowego roku staramy się patrzeć w najbliższą przyszłość z optymizmem. Przy odgłosach strzelających korków od szampana, życzymy sobie, aby kolejny rok był lepszy od poprzedniego. I to mimo świadomości zapowiadanych zazwyczaj od stycznia podwyżek. Kiedy jednak spojrzeć dalej i w nieco szerszej perspektywie, tak jak zainspirował mnie do tego prof. Krzysztof Rybiński, szampański nastrój pryska, a przyszłość zaczyna jawić się w ciemniejszych barwach. Owszem, można przyjąć postawę: oby do kolejnego roku i... jakoś to będzie. Jednak człowiekowi myślącemu, a do takiego wszak gatunku należymy, trudno przejść do porządku dziennego nad zapowiadanym demograficznym tsunami, które może dosłownie zmieść nasz naród z powierzchni ziemi. Starsi powiedzą, że tak odległe daty już ich nie dotyczą, ale mnie bardzo obchodzi to, w jakim świecie będą żyły moje dzieci. Zresztą lata szybko lecą i dosłownie za chwilę okaże się, że katastrofa jest tuż-tuż...

Tym bardziej smuci więc, że rządzący nami ludzie nie myślą (a przynajmniej nie w tych kategoriach), w efekcie czego, w naszym kraju − używając terminów ekonomicznych − nie inwestuje się w kapitał ludzki. To przykre, że lekceważą oni oczywiste fakty, iż więcej Polaków w Polsce, to chociażby (patrząc już wyłącznie przez pryzmat ekonomii) więcej podatników i większe wpływy do budżetu. A może niektórzy z nich robią to celowo?

Tak czy inaczej, obawiam się, że w najbliższej przyszłości nie doczekamy się żadnych sensownych rozwiązań prorodzinnych. Natomiast kiedy mimo to jakieś polskie małżeństwo uprze się jednak, żeby mieć dzieci, wyjedzie rodzić je za granicę. Choćby do Irlandii. Tam państwo doceni, także w wymiarze finansowym, ich wysiłki na rzecz rozwoju populacji.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Czy znikniemy z mapy świata?
Komentarze (21)
JL
jednasiedmiomilionowa ludzkości
27 kwietnia 2013, 11:09
Dokładnie o to mi chodziło. Nie znikniemy my-ludzkość, bo z ludzkością znikną i mapy. A w jakim kolorze będziemy i z jakim językiem, ani nawet z czyjej puli genowej będzie się składało to przyszłe "my", nie ma najmniejszego znaczenia, szczególnie dla Boga.
D
DPMS
27 kwietnia 2013, 00:40
I co to za problem? Nawet jak Polacy wymrą, to ich miejsce zajmą inne narodowości. Wymieszają się, zasymilują, przejmą elementy miejscowej kultury. Tak jest od tysiącleci. Wielki mi "halo".
JL
jednasiedmiomiliardowa ludzkośc
25 kwietnia 2013, 20:47
Oczywiście że nie znikniemy z mapy świata. Kiedy zniknie ludzkość, znikną i mapy, póki ludzkość isnieje, takich czy innych map raczej będzie używać.
D
dasdad
9 stycznia 2013, 16:01
wystarczy znieść celibat. Każdy ksiądz zrobi 10 dzieci i po kłopocie.
W
Wist
8 stycznia 2013, 23:53
Jak mam mieć dzieci? Jak ja siebie nie mogę utrzymać w tym kraju
A
anika
8 stycznia 2013, 19:47
najfajniej miec w Polsce dziecko w czasie studiow. zero urlopow, zasilkow, czegokolwiek... to przeciez najzdrowszy wiek rozrodczy dla kobiety i dziecka, najmneijzsze ryzyko poronienia, najbardziej bezproblemowy porod... ...I na garnuszku u rodziców? Fajnie. Bardzo fajnie.
O
ojciec
8 stycznia 2013, 11:59
@qnio - więc umrzyj w wieku 67 lat i nie naciągaj moich dzieci na zajmowanie się tobą i na płacenie podatków na twoje pieluchy. Akurat ja nic od państwa nie potrzebuję. Potrzebuję, żeby państwo odczepiło sie od moich pieniędzy. Dzieci utrzymam sam.
Q
qnio
8 stycznia 2013, 11:49
kto nie pracuje, ten nie je, proste i logiczne. chcesz mieć dziecko, zapewnij mu godziwy byt, nie jesteś w stanie sobie na to pozwolić, nie męcz dziecka. i nie wymagaj, żebym ja, z moich podatków, utrzymywał ciebie i twoją rodzinę.
M
Marysia
8 stycznia 2013, 11:22
najfajniej miec w Polsce dziecko w czasie studiow. zero urlopow, zasilkow, czegokolwiek... to przeciez najzdrowszy wiek rozrodczy dla kobiety i dziecka, najmneijzsze ryzyko poronienia, najbardziej bezproblemowy porod...
M
minia..
8 stycznia 2013, 10:26
I tak się nic nie zmieni, nic..bo nie ma pieniędzy! Wszystko się w Polsce wali, koszty życia są ogromne, zarobki opłakane kto w dzisiejszych czasach zdecyduje się na dziecko?  Sama jestem w wieku, w którym mogłabym mieć już dziecko ale nie chcę bo mnie jest na nie po prostu nie stać, i żadne gadanie o tym że nie będzie miał kto na nas pracować tego nie zmieni! To jest straszne co dzieję się w Polsce, naprawdę nie chce się żyć!
D
dekonspirator
8 stycznia 2013, 10:06
A może najważniejsza byłaby odpowiedź na takie PYTANIE: kto, gdzie i kiedy podjął DECYZJE, by POLSKA musiała prowadzić tak żałosną (jak widać) w skutkach politykę (pożal się Boże!) "prorodzinną". Już dawno mówiono o pewnym Klubie (bodaj) Rzymskim, który dość dawno temu "zaplanował", aby Polska "dobiła" do ... 16 mln mieszkańców. No i w artykule pojawia się ta liczba. A niektórym wydawało się, że decyzje jakichś tam "klubów", to jakaś "teoria spiskowa". Niestety, "wielcy tego świata" mają w ręku narzędzia i ich używają. "Mali" biernie się poddają, no chyba że mamy do czynienia z siłą motywacyjną wiary przeżywanej właśnie tak jak w NEOKATECHUMENACIE! ... Nie rozumiem tej mentalności, która zawsze wszędzie widzi jakichś "onych", którzy coś planują, działają w ukryciu. Ale te teorie spiskowe są nic niewarte. Bo w sumie wychodzi na to, że nic nie możemy zrobić. Są jacyś "oni", ale kim są, gdzie oni są, wszystkich mają w ręku, ale ich nie widać. Człowieku, takie myślenie to dopiero jest szkodliwe dla Narodu. Podtrzymuje mit bycia ofiarą, której wiecznie coś zagraża i nic nie można zrobić. Więc siedźmy, płaczmy, lamentujmy i tropmy diabła wszędzie. Przecież to jest chore.
EZ
emeryt Zbig.
8 stycznia 2013, 09:43
Się młodym nie dziwie, ze nie chcą mieć dzieci, bo jak dasz dzieciakowi zwyczajnego klapsa to do więzienia pójdziesz - takie prawo teraz jest
T
tomasz
8 stycznia 2013, 08:48
słyszę, że państwo czy państwo tamto. niech się państwo zajmie służbą ludziom, rodzinom. nie w zasiłkach bo te wypaczają i nawet demoralizują rodziny, ale w takim ustawieniu gospodarki, która daje pracę, godziwą płacę i zapewnia przez to poczucie bezpieczeństwa ludziom. gdy czujemy się bezpieczni, chętniej poszerzamy rodziny. Jak najniższe podatki i składki, a prtzede wszystkim dbanie o rozwój gospodarczy, minimalny, oszczędny budżet, prawo nie wtrącające się do spraw ludzi, dające jak najwięcej wolności a będzie lepiej. Stworzyć warunki do dobrej pracy i płacy. Jak trzeba to i opuścić unię, zabdać o siebie i swój kraj, nie tylko w wymiarze administracji i urzędów, ale przede wszystkim promować niezasiłkowo, ale gospodarczo rodzinę, biznesy rodzinne, godziwe ale pensje, nie zasiłki. Reszta to już my sami - przestańmy być dla siebie takimi chamami, wrednymi świniami i egoistami. Zacznijmy od siebie, starając się być lepszymi no i nauczmy się pozytwynego myślenia, a rachunek sumienia zacznijmy od swej zawiści, złości i kłótliwości. Może to ułuda ale od czegoś trzeba zacząć. 
G
gość
7 stycznia 2013, 23:42
Pani używa słów, których nie zna. Podważa to wiarygodność wszystkiego co napisała. Eksterminacja to wyniszczanie grup ludności z powodów rasowych, politycznych lub religijnych. W Polsce po prostu dzieci się nie rodzą, nie ma tu mowy o eksterminacji.
O
OK
7 stycznia 2013, 23:17
A może najważniejsza byłaby odpowiedź na takie PYTANIE: kto, gdzie i kiedy podjął DECYZJE, by POLSKA musiała prowadzić tak żałosną (jak widać) w skutkach politykę (pożal się Boże!) "prorodzinną". Już dawno mówiono o pewnym Klubie (bodaj) Rzymskim, który dość dawno temu "zaplanował", aby Polska "dobiła" do ... 16 mln mieszkańców. No i w artykule pojawia się ta liczba. A niektórym wydawało się, że decyzje jakichś tam "klubów", to jakaś "teoria spiskowa". Niestety, "wielcy tego świata" mają w ręku narzędzia i ich używają. "Mali" biernie się poddają, no chyba że mamy do czynienia z siłą motywacyjną wiary przeżywanej właśnie tak jak w NEOKATECHUMENACIE!
P
PanSatyros
7 stycznia 2013, 22:59
Pisałem już wiele razy i napisze jeszcze raz - błagam - skończym gadać wierutne bzdety na temat polityki prorodzinnej i jakichkolwiek ruchów rządu w tym kierunku. Najlepsza pomoc dla rodzin to brak jakiejkolwiek tego typu polityki. Dlaczego? 1. socjal sponsorują podatnicy. Wiekszy socjal = mniej pieniędzy = naród biednieje = nie stać na dzieci 2. Jakiekolwiek ruchy/zmiany w urlopach dla kobiet/mezczyzn na wychowanie dzieci, obowiązki przyjęcia po urlopie, i inne takie w oczach pracodawcy z góry skazują kobiete na pozycję przegrana. Przykro to pisac ( i prosze nie mówić tutaj, że 'trzeba zrozumieć', wykazać 'dobra wolę' -  nie - bo to destabilizuję prace w firmie na kilka miesięcy jednak). Pracodawcy po prostu boją się zatrudniać kobiety, bo boją się 'problemów'. Jedyne co jest potrzebne to stabilizacja w kwesti umów o pracę i powszechny dostp do TANICH mieszkań czynszowych, które nie będą powodowały, że mieszkanie będzie kosztowało rownowartość wypłaty jaką może dostać na początek młody człowiek na rynku pracy. Niestety, ale w miarę zadbana kawalerka w dużym mieście kosztuje koło 1500zł. A takich pieniędzy rzesze ludzi pracujących jako kelnerzy/barmani/sprzedawcy za cały miesiąc pracy nawet nie zobaczą :) A tak, jeśli chlop by zarobił nawet to 1500, kobita 1500 a mieszkanie zamykalo się w 600 - to zostaje 2400 i można ewentualnie myslec o dziecku. Po kilku latach o drugim. A obecnie niestety, wiekszośc osób jakąkolwiek płynnosc finansową uzyskuje w okolicach 30, a to już troche póxno tak naprawde na wiecej niż jedno dziecko. takie podłe zycie.
N
niepłodność
7 stycznia 2013, 22:53
około 20% par cierpi z powodu niepłodności - pieniądze tu nic nie zmienią, pytanie o przyczyny niepłodności...
S
Stilgar
7 stycznia 2013, 21:33
A ci politycy to przepraszam sami się wybrali? Kluczem nie są zasiłki ale ulgi podatkowe i wzrost pensji. Dobre zarobki to stabilna sytuacja życiowa i możliwość odpuszczenia sobie roku czy dwóch na dziecko bo wystarczy pensja jednego rodzica. Jak to zrobić? Uprościć prawo, wyrzucić 80% urzędników i zlikwidować uprzywilejowanie zawodów- zaoszczędzone pieniądze to niższe podatki - więcej pieniędzy u rodziny, która je wyda- wzrost gospodarki - spadek bezrobocia - wzrost pensji - więcej pieniędzy u rodziny itd. Taki pozytywne błędne koło. A zamiast tego mamy dyskusję o kolejnych świadczeniach - żeby je wypłacić trzeba podnieść podatki - mniej pieniędzy u rodziny czyli mniejsze zakupy - hamowanie gospodarki - wzrost bezrobocia - spadek pensji itd. Socjalizm wbrew swym hasłom niszczy rodzinę a nie wspiera. 
1
1XBB4
7 stycznia 2013, 20:52
Profesor Rybiński jest specjalistą w każdej dziedzinie. Ciekawe czy jako rektor wspomaga studentów w trudnej sytuacji?
H
hreczana
7 stycznia 2013, 20:40
"żeby państwo płaciło składki za okres opieki wszystkich rodziców, którzy przerywają swoją pracę po to, żeby zajmować się dziećmi." Tylko że jeśli ktoś ma etat, to szczęściarz. 90 procent moich znajomych nie ma etatów tylko umowy o dzieło itp. śmieciówki, więc takie rozwiązania i tak ich nie dotyczą. W takiej sytuacji ciąża (nie wszystkie panie czują się w ciąży dobrze) i opieka nad dzieckiem = zero świadczeń, zero składki na emeryturę, zero pieniędzy oraz wypadnięcie z rynku pracy. Nic, tylko rodzić. Więc może ktoś w szanownym rządzie by o tym pomyślał, co?
NW
nie ważne kto
7 stycznia 2013, 20:10
Ciekawe, że nikt nie zwrócił uwagi w tych analizach na jeszcze inne przyczyny, podam tylko jedną: skażenie środowiska głównie zanieczyszczeniami atmosfery, alkoholem, tytoniem i konserwantami co pociąga różne choroby i schorzenia przez co ostanie pokolenia ludzi rodzą się coraz słabsze i dlatego też nie są w stanie wydać na świat potomstwa. Przybywa takich przypadków niestety - jesteśmy coraz bardziej zchorowani i to często od młodości a nie na starość. Często starsi też przeżywają młodszych. Już nie wspomnę o stresach w pracy ... temat rzeka ;) Tak więc jeśli tego ktoś nie zatrzyma to wcześniej czy póżniej znikniemy z mapy świata i raczej wcześniej niż później niestety i oczywiście na własne życzenie paradoksalnie. Nie potrzeba historycznej wojny do tego.

Skomentuj artykuł

Czy znikniemy z mapy świata?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.