Na początku była kropla

Na początku była kropla
Bo praca jest najważniejsza, niezależnie od warunków życia (fot. Bach Tran)
Agnieszka Malatyńska-Stankiewicz / "Dziennik Polski" / slo

Niebawem upłyną trzy lata tej smutnej historii, a prof. Kaja Danczowska, jak nie miała gdzie mieszkać, tak nadal nie ma - mówi prof. Stanisław Krawczyński, rektor Akademii Muzycznej w Krakowie. Niestety, sytuacja artystki nie obchodzi władz miasta.

Gdyby pani prof. Kaja Danczowska, doskonała polska skrzypaczka, mieszkała we Wrocławiu, problemu by nie było. Dostałaby od miasta reprezentacyjne mieszkanie, które pozwoliłoby jej normalnie żyć i pracować. Jednak, niestety, pani profesor mieszka w Krakowie. Jest wybitną obywatelką tego miasta, czego niektórzy wydają się nie dostrzegać - mówi prof. Stanisław Krawczyński, rektor Akademii Muzycznej w Krakowie.

Wynajęty pokój w kamienicy przy ul. Długiej jest niewielki. Według zamierzeń był wystarczający, miał spełniać rolę jedynie ćwiczeniówki, pomieszczenia, w którym Kaja Danczowska mogłaby grać, nie przeszkadzając chorej matce, spędzającej ostatnie lata życia w mieszkaniu, w łóżku, pod stałą opieką pielęgniarek. Na początku w pokoiku przy ul. Długiej jedynym meblem był pulpit na nuty, bo Kaja Danczowska jest piekielnie pracowita. Jeżeli nie ćwiczy dzień lub dwa, staje się nieznośna dla otoczenia. Jej bliscy wtedy proszą: "Kaju, poćwicz sobie, to się lepiej poczujesz".

Po katastrofie deszczowej na ul. Czystej ćwiczeniówka zamieniła się w mieszkanie. W niewielką przestrzeń zostało wciśnięte łóżko, stół, krzesło, wieszak z ubraniami. Tylko pulpit pozostał na środku, bo praca jest najważniejsza, niezależnie od warunków życia. Artystka nie urządziła pokoju, nie wynajęła większego mieszkania, bo przecież miała być na ul. Długiej tylko na chwilę. Nie wiedziała wówczas, że chwila będzie trwała kilka lat.

Pierwsza kropla spadła niezauważona. Druga przykuła uwagę, trzecia zaniepokoiła. Strach przyszedł dopiero po chwili, gdy okazało się, że z sufitu kapie i nie zamierza przestać. Nad jej mieszkaniem, które znajdowało się na ostatnim piętrze w kamienicy przy ul. Czystej 15, był już tylko dziurawy dach.

Pobiegła do administratora, czyli do Zarządu Budynków Komunalnych, a tam zaproponowali jej podstawienie garnka. Podstawiła. Lało się nadal. Znów pobiegła do administratora, a urzędnicy poradzili podstawienie miednicy. Podstawiła.
Biegała od biura do biura, bo Zarząd Budynków Komunalnych ma oddziały w różnych częściach Krakowa, pisała pisma, zanosiła, prosiła, tłumaczyła. Nic. Nadal kapało.

Sytuacja stała się trudna. Nie tylko dlatego, że urzędniczy slalom pochłaniał zbyt dużo czasu przeznaczonego na ćwiczenie, ale także dlatego, że wydawał się nie mieć końca. Kaja Danczowska, czołowa skrzypaczka w Polsce, miała zobowiązania koncertowe i wyjeżdżała z Krakowa co pewien czas. Gdy wracała, z sufitu nadal kapało i trzeba było ruszać w kolejną podróż po urzędach.

W mieszkaniu leżała chora matka, podłączona do licznych elektrycznych urządzeń medycznych. Lepiej nie myśleć, co by się stało, gdyby woda natrafiła na instalacje elektryczne. Strach po każdej ulewie paraliżował myśli, bo zacieki na sufitach i ścianach były coraz większe. Wielka burza, która w lecie 2007 roku połamała na Plantach drzewa, zerwała także dach w kamienicy na ul. Czystej. W mieszkaniu Kai Danczowskiej woda lała się po ścianach, godzinami. Nie wiedziała, co robić. Zadzwoniła do mecenasa Stanisława Kłysa, anioła opatrznościowego środowiska muzycznego, który pomógł niejednemu muzykowi i niejednej muzycznej instytucji. "Niech pani wezwie straż pożarną" - przez telefon radził mecenas przebywający wówczas w USA. Wezwała.

Gdy po strażakach przyjechały panie w kaskach z Powiatowego Inspektoratu Nadzoru Budowlanego w Krakowie, w mieszkaniu stała woda. "W jednym z pokoi na skutek przemoknięcia stropu woda opadowa spływa po lampie, kapie z samego stropu (...). Powłoki malarskie sufitu wybrzuszone, tynk namoknięty. Podłoga pokoju zalana wodą. W drugim pokoju zalanie sufitu na długości około 2 m od drzwi wejściowych w kierunku lampy. Przy lampie od strony okna pęknięcie, kruszenie się tynku sufitu. Przy nadprożu okna widoczne zawilgocenia wskazujące na przeciekanie ze strychu. W tym pokoju przebywa osoba całkowicie sparaliżowana, leżąca na szpitalnym łóżku, podłączona do aparatury elektrycznej. Z uwagi na zalanie instalacji elektrycznej, przemoknięcia sufitów mogące powodować odpadanie tynku, możliwość zwarcia instalacji elektrycznej, przebywanie osób w tym mieszkaniu stanowi zagrożenie ich zdrowia i życia" - czytamy w protokole oględzin z 8 września 2007 roku, podpisanym m.in. przez Annę Wojsłowską-Put.

- W takich warunkach zarządzono ewakuację. Matkę pani Danczowskiej przewieziono do Domu Pomocy Społecznej im. Helclów. W trzy miesiące później zmarła - mówi prof. Krawczyński, który od lat pomaga skrzypaczce w załatwianiu spraw urzędowych. - Mieszkanie było zdewastowane, prof. Danczowska straciła większość dorobku swojego życia, nut, nagrań, a także cały dorobek życia matki. Wywoziłem te rzeczy później, to było straszne.

Skrzypce nie ucierpiały podczas katastrofy. Ten niezwykły instrument, który Kaja Danczowska otrzymała w darze od swojej profesor, pani Eugenii Umińskiej, znajdował się tego dnia u przyjaciół.

- Nic nie wskazywało na to, że mieszkanie przy ul. Czystej zostanie szybko oddane do użytku. Zawilgocone, zagrzybione, bez podłóg, z odpadającymi tynkami, nie nadawało się do życia - tłumaczy prof. Krawczyński. - Miałem nadzieję, że prezydent miasta, wzorem Wrocławia, przyzna tak utytułowanej artystce inne, reprezentacyjne mieszkanie i problem się skończy. Okazało się to jednak niemożliwe.

Dlatego prof. Danczowska wystąpiła do prezydenta o zamianę mieszkania komunalnego i prezydent zaproponował kilka lokalizacji. - Niektórzy mówią, że pani profesor wybrzydzała, ale żadna z propozycji nie nadawała się do zamieszkania. Były to mieszkania albo zagrzybione, albo z uciążliwościami uniemożliwiającymi życie. Np. lokal przy ul. Krowoderskiej nad zakładem dentystycznym, ze wspólną wentylacją, przez którą wszystkie chemiczne zapachy wpadały do mieszkania. Rodzina, która tam wcześniej mieszkała, właśnie z tego powodu się wyprowadziła - dodaje.

 

Najbardziej dogodne dla prof. Danczowskiej wydawało się mieszkanie przy pl. Kossaka, czyli służbówka na parterze z oknami od podwórka, z widokiem na tyły sklepu "Jubilat". Już się zgodziła, już "wyraziła wolę wyremontowania lokalu" - jak czytamy w odpowiedzi udzielonej przez Renatę Lisowską, rzecznika prezydenta Krakowa Jacka Majchrowskiego - jednak się wycofała. Dlaczego? - Bo się okazało, że na podwórku codziennie od 3 rano jest wyładowywany towar, co uniemożliwia spanie. Jak można żyć w takim mieszkaniu? - zastanawia się rektor.

Nie wiedziała wtedy, że jeżeli by się nie wycofała, i tak mieszkania by nie dostała. Bo choć prezydent postanowił, radni się nie zgodzili. W myśl miejskich przepisów, wszystkie odzyskane miejskie mieszkania i położone w centrum miasta, czyli w tzw. strefie "nie są przeznaczone na wynajem, związany z realizacją pomocy mieszkaniowej Gminy Miejskiej Kraków". I choć prezydent ma prawo przydzielić, radni w komisjach miejskich muszą się zgodzić.

Komisja Rodziny i Polityki Społecznej Rady Miasta Krakowa pozytywnie zaopiniowała wniosek Kai Danczowskiej w sprawie zamiany mieszkania komunalnego w trybie szczególnym, zaś Komisja Mieszkaniowa nie wydała opinii w tej sprawie.

- Półtora roku pisania pism, oglądania mieszkań i znowu byliśmy w punkcie wyjścia. Na nic to wszystko - mówi rektor Krawczyński.

Dlaczego Zarząd Budynków Komunalnych nie reagował na skargi Kai Danczowskiej, jeszcze przed całkowitym zalaniem mieszkania? Agnieszka Nowak, rzecznik Zarządu Budynków Komunalnych, twierdzi, że z tego lokalu wpłynęło tylko jedno zgłoszenie przed ulewą z 8 września 2007, czyli przed zalaniem. Innych pism nie ma.

Dlaczego prace remontowe prowadzone były tak opieszale? Z pisma przesłanego przez Agnieszkę Nowak wynika, że w dwa miesiące po ulewie wykonano remont dachu, polegający na kryciu warstwą papy termozgrzewalnej, a dopiero w półtora roku później, na wniosek Powiatowego Inspektoratu Nadzoru Budowlanego, przeprowadzono ekspertyzę konstrukcyjno-budowlaną obejmującą inwentaryzację uszkodzeń i konstrukcji budynku. W pół roku od ekspertyzy, na przełomie października i listopada zeszłego roku, zgodnie z zaleceniami, przeprowadzono remont. Wówczas m.in. na strychu wymieniono i odgrzybiono konstrukcje dachu oraz w mieszkaniu prof. Danczowskiej przeprowadzono "remont sufitów polegający na montażu płyt gipso-kartonowych na ruszcie wraz z malowaniem". Jednocześnie dokonano sprawdzenia instalacji elektrycznej w lokalu nr 5 na wniosek najemcy i - jak pisze Agnieszka Nowak - "nie stwierdzono żadnych nieprawidłowości".

- Sufity położone w listopadzie, podczas zimy zdążyły już poodpadać. Cóż za niegospodarność, robić takie remonty przed zimą. To śmieszne - mówi rektor Krawczyński. - I choć mieszkanie jest w opłakanym stanie, to jednak już wyschło i prof. Danczowska zdecydowała się je wyremontować. Ale będzie to remont kapitalny, który pochłonie wiele pieniędzy. Może miasto powinno partycypować w tych kosztach? Przecież to poprzez zaniedbania administratora mieszkanie uległo ruinie.

Aby wszystko przebiegało zgodnie z prawem, w listopadzie zeszłego roku Kaja Danczowska zwróciła się z prośbą do Wydziału Mieszkalnictwa o wyrażenie zgody na przeprowadzenie remontu. Pismo to zostało przekazane z pozytywnym wnioskiem do Zarządu Budynków Komunalnych. - A tam zażądano od nas pozwolenia na budowę. Ręce mi opadły, bo wszyscy wiemy, że jest to wiele miesięcy biegania z papierkami po urzędach; trzeba robić projekty. Pochłania to czas i pieniądze - mówi prof. Stanisław Krawczyński, wyciągając z biurka niebieską teczkę, w której zgromadzone są wszystkie dokumenty dotyczące mieszkania Kai Danczowskiej.

To on załatwia sprawy, rozmawia, prosi, nalega. Pomaga, bo wie, że doskonały artysta może nie znać się na przepisach, a strach przed biurokracją może go wręcz paraliżować. - Jest marzec, a my pozostajemy na etapie uzgodnień kominiarskich. Niebawem upłyną trzy lata od tej smutnej historii, a prof. Kaja Danczowska, jak nie miała gdzie mieszkać, tak nadal nie ma.

Spotykamy się w Akademii Muzycznej. Prof. Kaja Danczowska ze skrzypcami na plecach idzie korytarzem. Skończyła właśnie zajęcia. Pytam o mieszkanie, ale nie chce o tym rozmawiać. Za dużo złych wspomnień: śmierć matki, wyprowadzka, strata dorobku. Nie chce mówić, ale zgadza się, by o sprawie napisać. Wychodzi z budynku Akademii Muzycznej, by wrócić do wynajętego pokoiku na ul. Długiej, do pracy.
Aż trudno uwierzyć, że wszystko zaczęło się od kropli, która spadła niezauważona.

Źródło: Na początku była kropla, dziennikpolski24.pl

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Na początku była kropla
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.