Walczące dzieci

Proszę, zróbcie wszystko, co w waszej mocy, by świat dowiedział się, co się dzieje z nami, dziećmi. (fot. Paul Evans - RG&B/flickr.com)
Kamila i Błażej Tobolscy / slo

W oddziałach zbrojnych wymagane jest od dzieci bezwzględne posłuszeństwo. Złapanie podczas ucieczki jest równoznaczne ze śmiercią, przy czym zastrzelenie to jej najmniej drastyczny sposób.

„Chciałabym wam przekazać wiadomość. Proszę, zróbcie wszystko, co w waszej mocy, by świat dowiedział się, co się dzieje z nami, dziećmi. Po to, żeby inne dzieci nie musiały doświadczać tej przemocy”.

To słowa piętnastoletniej byłej dziewczynki żołnierza walczącej w Bożej Armii Oporu w Ugandzie, przytoczone przez Amnesty International w 1997 r. Tam i w kilkunastu innych państwach na świecie dzieci wciąż jeszcze walczą. O życie. Według ostatniego raportu przygotowanego przez Koalicję na rzecz zaprzestania wykorzystywania dzieci żołnierzy, w latach 2004-2007 ok. 250 tys. dzieci walczyło w 19 konfliktach zbrojnych na świecie. Obecnie, po ustaniu walk w Nepalu i Indonezji, jest ich już „tylko” 17. Ale jeszcze nie tak dawno, bo w latach 90. XX w., to nieludzkie zjawisko dzieci żołnierzy występowało także w Europie: w Irlandii Północnej i na Bałkanach.

Kto ty jesteś?

Dziecko żołnierz to każda osoba poniżej 18. roku życia, która dobrowolnie lub pod przymusem jest członkiem grupy zbrojnej, niezależnie od tego, czy aktualnie ta grupa angażuje się w konflikt zbrojny, czy też nie. Ten masowy dziś w niektórych regionach świata problem dotyczy nie tylko chłopców, bowiem ok. 40 proc. wszystkich dzieci żołnierzy stanowią dziewczynki. Na równi z chłopcami walczą one z bronią w ręku, czego przykładem są specjalne żeńskie oddziały Tamilskich Tygrysów na Sri Lance, ale wykorzystuje się je również w obozach wojskowych jako niewolnice seksualne. – Nie wybrałam tej sytuacji. Jesteśmy w państwie w stanie wojny, a wtedy nie masz wiele wyboru. Możesz uciec albo walczyć – stwierdza Christine, dziewczynka żołnierz z Demokratycznej Republiki Konga. Zresztą, wbrew utrwalonemu wyobrażeniu chłopca z karabinem, musimy mieć świadomość, że nie wszystkie te dzieci walczą z bronią w ręku. Wiele z nich zmuszanych jest po prostu do pracy dla konkretnych grup zbrojnych, np. przy utrzymaniu obozów wojskowych. Wykorzystuje się je także jako żywe tarcze osłaniające własne oddziały podczas ataku czy przechodzeniu przez pole minowe. Wszystkie one jednak zaliczane są do grupy dzieci żołnierzy.

Dzieci mordują

Obecnie zjawisko wykorzystywania dzieci w konfliktach zbrojnych w największym stopniu dotyczy Afryki Środkowej, Bliskiego Wschodu, Azji Południowo-Wschodniej. Jest ono charakterystyczne szczególnie dla państw, w których od kilkudziesięciu lat toczą się walki, działają grupy partyzanckie, a władza centralna jest słaba. Różne są powody tych konfliktów: w Kolumbii jest to walka o władzę, w Sri Lance – o utworzenie niepodległego państwa, a w Ugandzie i Demokratycznej Republice Konga są to po prostu walki między plemionami bez konkretnych większych celów politycznych. Wszędzie jednak cierpi z tego powodu miejscowa ludność, a ofiarami tych wojen są przede wszystkim dzieci zarówno jako cywile, jak i żołnierze.

W Ugandzie od końca lat 80. XX w. działa partyzancka organizacja Boża Armia Oporu, na czele której stoi Joseph Kony, fanatyk religijny. – Szacuje się, że w ciągu 20 lat porwała ona ok. 20-40 tys. dzieci, na których opiera swoje struktury, wykorzystując je jako żołnierzy. Zmusza się je do dokonywania bestialskich ataków, tortur i morderstw, także wśród swoich krewnych. Obecnie ta grupa zbrojna liczy do 2 tys. członków – mówi kleryk Jarosław Czyżewski, autor książki „Dzieci żołnierze we współczesnych konfliktach zbrojnych”. W okresie Bożego Narodzenia 2008 r. we wschodniej Demokratycznej Republice Konga Boża Armia Oporu dokonała tzw. masakr bożonarodzeniowych, w których brały udział również dzieci żołnierze. Napadano na chrześcijańskie kościoły i palono je. W wyniku tego okrucieństwa zginęło ponad 600 osób. Porwano także około 160 dzieci.

Mali „ochotnicy”

Oprócz porwań oddziały rebeliantów zmuszają też po prostu dzieci, żeby przyłączyły się do nich. – Rebelianci powiedzieli, że mam się do nich przyłączyć, ale odmówiłem. Zabili po chwili mojego młodszego brata. Zmieniłem zdanie – mówi jeden z małych „ochotników”. Do wojska dzieci trafiają w różny sposób. Zdarza się też, że armie rządowe wcielają je w swoje szeregi, fałszując ich dokumenty. – Kiedy przyjechaliśmy, wypełnili dokumenty. Spytali, ile mam lat. Odpowiedziałem: „Trzynaście”, ale powiedzieli: „Musisz powiedzieć osiemnaście”. Zastraszyli nas, że jeśli nie skłamiemy, pobiją nas albo zastrzelą – wspomina Moe Shwe, dziecko żołnierz z Myanmaru.

Jednak, co może nas dziwić, większość dzieci sama zgłasza się do wojska. – Musimy pamiętać, że dzieci te żyją w stanie ciągłej wojny, w kulturze broni. To czasem jedyna możliwość przeżycia, zapewnienia sobie chleba, jakaś perspektywa na przyszłość – przypomina kleryk Jarosław Czyżewski. Zresztą jako cywil dziecko często pozostaje bezbronne, a jako żołnierz z bronią w ręku czuje się panem życia i śmierci. – Miałem pistolet, jedzenie i miejsce do spania. To więcej niż miałem w swojej wiosce. Gdybym tam został, prawdopodobnie byłbym teraz martwy – stwierdza jedno z nich.

Odzyskane człowieczeństwo

W oddziałach zbrojnych wymagane jest od dzieci bezwzględne posłuszeństwo. Każda niesubordynacja, próba sprzeciwu czy nawet chęć okazania współczucia lub pomocy koledze jest brutalnie karana. Złapanie podczas ucieczki jest równoznaczne ze śmiercią, przy czym zastrzelenie to jej najmniej drastyczny sposób. A jednak są tacy, którym udało się zbiec i wrócić do normalnego życia. Są oni często rzecznikami dzieci żołnierzy. Jednym z nich jest Ishamel Beah, który w wieku 13 lat został dzieckiem żołnierzem w armii rządu Sierra Leone, gdzie walczył przez trzy lata. Po okresie rehabilitacji fizycznej i psychicznej w 1998 r. wyjechał do USA. Tam został adoptowany, ukończył szkołę średnią i studia. Swoje wspomnienia opisał w książce „Było minęło. Wspomnienia dziecka żołnierza”, która stała się światowym bestsellerem. – Najtrudniejszą rzeczą jest odzyskać człowieczeństwo. Jestem żywym dowodem, że jest to możliwe – przyznaje Ishamel Beah, byłe dziecko żołnierz. 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Walczące dzieci
Komentarze (1)
Jadwiga
27 lipca 2010, 07:59
Czytałam te ksiażke. Jest wstrzasajaca.