Bezalkoholowe alibi. Pułapka „mrugnięcia okiem”
Po raz pierwszy zobaczyłam ten billboard, wracając z wakacji. „Mówisz: Chodź do pańci! Myślisz: Perła". Uśmiechnięta kobieta, wesoły pies, smycz. Na naszej trasie przez Polskę były i inne warianty: „Mówisz: żelazko. Myślisz: Perła". „Mówisz: Tak!" - na grafice facet klęka z pierścionkiem - i wiesz, co niby myśli kobieta. Wiem, wiem. To tylko reklama. Ktoś ją wymyślił, zapewne specjalnie kontrowersyjnie, by długo w sieci hulało jej echo, ktoś kupił, ktoś na tym na pewno zarobi, a za pół roku nikt jej nie będzie pamiętał. A jednak mimo wszystko wciąż mam nadzieję, że rozmawianie o niej nie tylko przyniesie zyski pewnemu browarowi.
Trigger
Mechanizm, na którym stoi ta kampania, terapeuci uzależnień opisują od dawna, tyle że w innym kontekście. Nazywa się to bodajże sklejaniem bodźca z sięganiem po alkohol. Widzisz żelazko - myślisz o piwie do rutynowej pracy. Wracasz z pracy - myślisz o piwie przed telewizorem. Pies łasi się przy drzwiach - myślisz o piwie na spacerze. Dokładnie ten schemat opisuje osoba, która przychodzi na terapię i próbuje wytłumaczyć, jak to się stało, że zaczęła pić codziennie. Marka zrobiła z tego hasło reklamowe i wydrukowała na wielkim formacie.
Krytycy tej kampanii zwracali uwagę wieloma głosami, że polska ustawa o wychowaniu w trzeźwości zabrania reklamowania alkoholu w taki sposób, by kojarzył się z relaksem, wypoczynkiem, sprawnością fizyczną czy sukcesem. Ale jak to często bywa, zatrudniani przez producentów alkoholu fachowcy od reklamy i prawa skutecznie lawirują wokół tych zakazów od lat. Więc co, można połączyć picie alkoholu ze zwyczajnymi, dobrymi chwilami? Jasne, czemu nie! Ghrrry…
Sportowiec z butelką
Podobną złość czuję, gdy widzę reklamy piw ze sportowcami. Jestem przekonana, że taki zawodowiec wie o swoim ciele wszystko: ile potrzebuje snu, ile wody, ile gramów białka. Wie też - bo to jest prawdopodobnie w każdym podręczniku z rozdziałem o fizjologii wysiłku - jak alkohol wpływa na regenerację i sprawność. A potem widzę go z butelką w dłoni, w reklamie, czasem z tym charakterystycznym mrugnięciem oka, że przecież bezalkoholowe. Po co właściwie to mruganie, skoro wszyscy wiemy jaki trunek poleca? Ach. No tak. Przecież “listki figowe” od zawsze są w cenie.
I tak reklamy alkoholu sączą się z lodówek w sklepach, z gazetek wrzucanych do skrzynki, z billboardów przy szkole, ze sponsoringu turniejów, które oglądamy rodzinnie. Kropla po kropli budują przekonanie, że alkohol jest dobry, uzasadniony, wartościowy i że gwarantuje świetny humor.
Nie ma bezpiecznej dawki
Pochodzę z miejscowości, w której niejedna osoba straciła życie przez alkohol - i wcale nie przez mocne trunki, a przez sączenie dzień w dzień jednego piwka. Drugiego. Trzeciego. Piętnastego. Choroba alkoholowa jest w mojej rodzinie, na sąsiedztwie, w pracy. I chociaż odsetek nastolatków sięgających po alkohol rzeczywiście spada - badania ESPAD pokazują to od kilku edycji, w przypadku piwa naprawdę wyraźnie - to dam sobie jednak rękę odciąć, że nadal każdy z nas potrafi wymienić przynajmniej jedną osobę ze swojego otoczenia, która ma z alkoholem problem.
Z moim Mężem zrezygnowaliśmy całkowicie z alkoholu dobre kilka lat temu i decyzja ta miała podłoże nie tyle duchowe, co naukowe. W 2018 roku „The Lancet" opublikował analizę spożycia alkoholu w 195 krajach, przygotowaną w ramach Global Burden of Disease. Wniosek autorów brzmiał tak: poziom spożycia, przy którym ryzyko utraty zdrowia jest najmniejsze, wynosi zero. Zero. Nie „dwa kieliszki czerwonego wina dla serca" ani „lampka do obiadu nikomu nie zaszkodzi". Zero. I to jest zdanie, które w naszym domu powtarzamy jak mantra, za każdym razem, gdy dzieci pytają, czemu rodzice nie piją: nie ma czegoś takiego jak bezpieczna dawka alkoholu. Koniec, kropka.
Wino, które do tamtej pory pijaliśmy do niedzielnego obiadu, zastąpiliśmy winem bezalkoholowym i wydawało nam się, że sprawa jest załatwiona elegancko: smak został, ryzyko wyparowało. To były czasy, gdy segment bezalkoholowy dopiero w Polsce raczkował, wybór był żaden, a butelka takiego wina bywała towarem trudnym do zdobycia, więc od czasu do czasu w kieliszku na wino pojawiało się piwo bezalkoholowe. Dziś tzw. “zerówek” mamy do wyboru, do koloru: piwa, wina, prosecco, aperitivo, cydry. Całe półki bezalkoholowych zamienników. I właśnie ta obfitość zasłoniła mi w głowie coś, czego długo nie zauważałam.
Po co ty to pijesz?
Otrzeźwiła mnie - nomen omen - pewna sytuacja rodzinna. Byliśmy na urlopie. Nadmorska miejscowość, pierwsze od tygodnia upalne popołudnie, leżałam na leżaku na tarasie, czytałam książkę i od czasu do czasy sączyłam piwo bezalkoholowe. W pewnym momencie podeszło do mnie jedno z młodszych dzieci i poprosiło o łyczek tego “gazowanego napoju w szklance”. “Nie, kochanie, to jest piwo bezalkoholowe” - odmówiłam kategorycznie. A dziecko na to, całkiem rozsądnie: “No, ale skoro jest bez alkoholu, to dlaczego nie mogę spróbować”?
Jaka ja jestem wdzięczna, że ono mnie o to zapytało! Bo dopiero wtedy usłyszałam, jak brzmi to, co od kilku lat leżało sobie w mojej głowie wygodnie i cichutko: „przecież piwo bezalkoholowe to nie to samo co alkohol". No tak. Tylko że dziecko nie rozróżnia czy to jest piwo “z” czy “bez”. Ono widzi, że mama do świątecznego obiadu nalewa „wino", a tata przy ognisku sączy „piwo".
Tego dnia rozmawiałam z dzieckiem utartym schematem, bo przecież nie była to pierwsza taka rozmowa w naszym domu (i na pewno też nie ostatnia). Padło całe nasze „nie ma bezpiecznej dawki", padły pytania o to, czemu inni dorośli piją. A potem przyszło pytanie, na które nie miałam gotowej odpowiedzi: “Mama, ale to po co ty pijesz to bezalkoholowe?”.
No właśnie. Po co?
Zawiesiłam się. Przez chwilę kusiło mnie, żeby wyjaśnić dziecku różnicę między napojem a napojem alkoholowym, przywołać pół procenta, technologię odparowywania, może nawet ustawę. Na szczęście usłyszałam samą siebie w porę: tłumaczyłam się kilkulatkowi z procentów, a on pytał o coś zupełnie innego! Odpowiedź, którą znalazłam w sobie po chwili, była rozbrajająco prosta: bo lubię smak i bo mi się to kojarzy z odpoczynkiem. Czyli dokładnie z tym, co ustawodawca zakazał obiecywać w reklamie piwa. Wyszło na to, że kampanię „Mówisz: żelazko" mam skutecznie zainstalowaną w głowie i pracuje we mnie zupełnie podświadomie.
Etykieta jako alibi
Warto zaznaczyć jedną rzecz, o której mało kto myśli przy sklepowej półce. W polskim prawie napojem alkoholowym jest produkt zawierający powyżej pół procenta alkoholu. Wszystko poniżej tej granicy jest - formalnie - takim samym napojem jak woda czy sok. Można to sprzedać dziecku, nie trzeba na to koncesji, nie trzeba pytać o dowód. Samo „0,0%" też bywa zaokrągleniem, bo z technologicznego punktu widzenia śladowe ilości alkoholu w takim napoju zostają.
Państwowa Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych raz po raz zwraca uwagę: picie przez dzieci i młodzież piwa bezalkoholowego wyrabia nawyk konsumpcji piwa w życiu dorosłym. I badanie IBRiS z tego roku pokazuje, że Polacy to widzą. Sześciu na dziesięciu ankietowanych uważa, że podawanie nieletnim piwa bezalkoholowego uczy ich rytuałów związanych z piciem. Podobny odsetek sądzi, że alkohol pity przez dorosłych na rodzinnych spotkaniach jest dla dzieci zachętą na przyszłość. Dwie trzecie badanych ma poczucie, że promowanie “0%” to po prostu reklama tej samej marki, tyle że w wersji dozwolonej. Bo etykieta ta sama, butelka ta sama, czcionka ta sama, kolor ten sam. Rozpoznaje ją nawet ten, kto czytać jeszcze nie umie. Więc jak tu się nie złapać za głowę, gdy widzisz, że na rynku pojawiają się piwa bezalkoholowe o smaku oranżady. Oranżady, rozumiecie?! Smaku, który w polskiej głowie od małego znaczy: dzieciństwo, wakacje, dziadkowie, szklana butelka na ganku. Taki zmysłowy brainrot, jakich pełno w marketingu.
Pi - Wo - Janka
Nie zliczę ile razy w ubiegłym roku pod szkołą swoich pociech usłyszałam, jak dzieciaki śpiewają refren, który - obstawiam - dziś potrafi zanucić każdy Polak, nawet ten, który nie ogląda tv ani internetów: „Pij Wojanka do białego ranka". Wojanek to napój z popularnej sieciówki, firmowany przez youtubera, hit wśród kilkulatków, sprzedawał się tak, że sklepy wywieszały kartki o braku towaru. Piosenka ma miliony wyświetleń.
Kiedy pierwszy raz nasz przedszkolak zanucił ją przy zabawie, w jego wykonaniu usłyszałam wyraźnie: „piwo Janka do białego ranka". Długo, oj długo byłam przekonana, że tak właśnie brzmi ten refren. I doprawdy do dziś nie wiem, jak z tym walczyć - bo choćbym ile dziecku nie napuszczała Mozarta i wartościowej muzyki na żywo, to i tak tego typu refreny infekują mózg. Prosta melodia, rym biesiadny i już mamy gotowy przepis, by rzeszy sześciolatków wpakować do głowy schemat: jak zabawa, to picie, hejże, nalej, nalej, nalej, pij, pij, pij.
Krew mnie zalewa. Tylko, że od mojej pamiętnej wakacyjnej wymiany zdań, często myślę o tym, że przecież ten sam sześciolatek raz po raz widzi w domu, jak jego mama sączy z butelki coś, co również nazywa “piwem”. A to już jest coś, na co mam rzeczywisty wpływ.
Słowa mają znaczenie
Kościół w Polsce od lat przeżywa sierpień jako miesiąc modlitw o trzeźwość narodu, przy czym sierpniowa abstynencja, do której jesteśmy zachęcani, bywa w naszych parafiach traktowana trochę jak Wielki Post dla wybranej grupy: dotyczy tych, którzy mają problem, a reszta słucha apelu z ambony ze spokojnym sumieniem i szacunkiem dla tematu. Tymczasem abstynencję można przeżywać w intencji konkretnej osoby, konkretnej rodziny, ludzi borykających się z uzależnieniem i swój wysiłek podejmować jako duchowy wkład w umocnienie tych, którzy są obok mnie, także tych najmłodszych. W naszej wierze wraca to przecież w kółko, w rozmaitych wariantach: słowa mają znaczenie, to, czym się karmisz, kształtuje ciebie i innych, twoje gesty i wybory zostawiają ślad we wspólnocie. Każdy z nas może coś zrobić ku większemu dobru ogółu.
Piwo “0,0%” w lodówce nie prowadzi do pijaństwa i nie chodzi o to, by wylewać go teraz do zlewu, ale warto zwrócić uwagę na to, co się kryje za tym, że wybieram ten a nie inny napój. Sama staram się ten sierpień przejść z większą uważnością na to, dlaczego i w czyjej obecności sięgam po ten trunek. Pytam o to samą siebie, by być bardziej świadomym konsumentem. Być może i Ty zobaczysz w tym sens. U mnie odpowiedź bywa różna, ale zawsze pouczająca. Czasem brzmi: bo lubię ten smak i nic więcej za tym nie stoi. Czasem: bo jest gorąco i wszyscy dorośli wokół coś trzymają w dłoni. A czasem - i to są te momenty, po których zamiast czegoś “0,0%” bardzo świadomie nalewam sobie wody z cytryną - brzmi ona: bo mam za sobą taki dzień, że należy mi się “coś specjalnego”. Ta myśl w głowie, że piwo/wino to „coś specjalnego" wydaje mi się najgroźniejszym wyrażeniem. Kryje się za nim złudna obietnica, która bardzo skutecznie buduje w człowieku przekonanie, że bez konkretnego produktu nie ma zabawy, odpoczynku, radości. Kłamstwo, które skutecznie wciska w niewolę nałogu. Niezależnie czy masz 5 lat czy 50.
Skomentuj artykuł