Gdy wyprawka szkolna prowokuje rodzica do refleksji

Piszę ten tekst w rodzinnych stronach, gdzie wpadłam odwiedzić dzieciaki bawiące na wakacjach u babci. Zza okna dochodzą do mnie odgłosy rodem z potyczki Hunów z Wizygotami w Lasku Bulońskim. Kiedy ostatni raz wyszłam do nich na podwórko z uprzejmą prośbą o uciszenie się, zostałam poinformowana, że trwa właśnie finał zawodów szermierczych - co przy okazji wyjaśniło mi zniknięcie z domu wszystkich łapek na muchy z teleskopową rączką - i że nie mogę oczekiwać, że trybuny kibiców będą zachowywały ciszę. Faktycznie. Gdzieżbym mogła.

Jak wyłączyć kontrolera?

Wróciłam do stołu i wtedy dopiero do mnie dotarło, po co tak naprawdę wyszłam na to podwórko. Owszem, było głośno. Ale gdybym była wobec siebie uczciwa, musiałabym przyznać, że wyszłam sprawdzić, czy ten hałas to nie kłótnia. Czy najmłodszy nie jest gdzieś na uboczu. Czy ta łapka na muchy nie trafia (zbyt często) w czyjeś oko. Czy sytuacja jest, mówiąc krótko, pod kontrolą.

DEON.PL POLECA

I to jest ten moment, w którym zwykle przyłapuję się na tym, że jest we mnie - i podejrzewam, że nie tylko we mnie - całkiem sporo pragnienia, żeby panować nad życiem moich dzieci. Nie w sensie tyrańskim, broń Boże. W sensie troskliwym, dobrze umotywowanym, ale z ewidentną naleciałością zachowań skrupulatnego kontrolera. Chcę wiedzieć, gdzie są, z kim są, co czują, jak im poszło i czy na pewno jedzą (bo wiadomo, że w Polsce statystyki śmierci dzieci z głodu są zatrważające…). Chcę, żeby wszystko się tym moim małym bombelkom udawało.

Sęk w tym, że dziecko, nad którego życiem sprawnie panuję, dostaje przy okazji komunikat: nie poradzisz sobie sam, dorosły musi być w pobliżu, bo inaczej relacje i świat się posypie. Wiem, że to fatalny i z gruntu nieprawdziwy komunikat, tylko, dlaczego, u diaska, tak łatwo o tym zapominam?

Czujne oko rodzica

Nigdy w historii rodzic nie miał tylu narzędzi, by kontrolować swoje dziecko. Kompletujemy już powoli wyprawki szkolne i już-już za moment wpadniemy w utarte tory rodzicielskiego funkcjonowania - w te wszystkie librusy, apki, grupy kontaktowe. Dziennik elektroniczny odświeżany trzy razy dziennie pozwoli natychmiast dowiedzieć się o niezapowiedzianej kartkówce i o tym, jak sobie dziecko z nią poradziło. Aplikacja dokładnie pokaże, o której i gdzie pociecha poszła ze znajomymi po lekcjach. Grupa rodziców z klasy w kwadrans ustali sprawy, którą dzieci mogłyby ustalić same, ale nie, szybciej i pewniej będzie, jak dorośli wybiorą - gorzej, ale same. Do tego kalendarz, w którym mogę jako rodzic skwapliwie upchać angielski, karate i korki z matmy, bo przecież egzamin za pasem i ja wiem lepiej, co dziecko powinno się uczyć. Oczywiście wyolbrzymiam teraz nasze rodzicielskie zachowania, ale może jednak warto zauważyć, że ta orwellowska pokusa panowania nad bliźnim bywa bardzo podstępna w swoim działaniu.

O bezpiecznych placach zabaw

Jakiś czas temu pochłonęłam książkę Jonathana Haidta „Niespokojne pokolenie". Wśród wielu obrazków, które zostały mi w głowie z tej lektury, jest i ten o bezpiecznych placach zabaw. Wywindowaliśmy bezpieczeństwo na niebotyczny poziom i w efekcie nasze dzieci… nie bardzo mają gdzie stłuc sobie kolano. Ten wątek ograbiania współczesnego dziecka z ryzyka, z doświadczania bólu, z umiejętności radzenia sobie z dyskomfortem - a przy okazji z przeświadczenia, że jest w stanie pewne rzeczy zrobić samo - okazał się bardzo spójny z badaniami Petera Graya opublikowanymi w 2023 roku w „The Journal of Pediatrics". Autorzy zebrali dane wskazujące, że jedną z głównych przyczyn pogarszania się zdrowia psychicznego dzieci i nastolatków jest systematyczny, ciągnący się przez dekady spadek okazji do samodzielnej aktywności, czyli do działania bez dorosłych nadzorujących, sędziujących i podpowiadających rozwiązania. Tu nie chodzi o patologiczne zaniedbania, tu chodzi o to, że wielu z nas, współczesnych rodziców, często zupełnie nieświadomie daje się zapisać do wyścigu pod hasłem "Projekt Dziecko", w którym kładzie się nam do głów i serc mnóstwo strachu.

DEON.PL POLECA

Myślę o tym, słuchając podwórkowej potyczki Hunów i Wizygotów w wydaniu moich dzieci i ich przyjaciół. W swojej rodzicielskiej karierze ciągle potykam się o ten lęk: że w tej rozchichotanej bandzie się zranią, że zrobią sobie krzywdę, że pokłócą się na śmierć i życie i nie będą potrafili się pogodzić. A jednocześnie nie zliczę, ile razy przekonałam się na własnej skórze, że moja interwencja w ten ekosystem dziecięcych relacji przynosi więcej szkody niż pożytku. Tym razem jest tak samo.

Jaka to jest szkoła życia!

Kiedy poskromię w sobie pokusę zareagowania i wtargnięcia w zabawę dzieci, mam szansę zauważyć na podwórku szereg zjawisk społecznych. Ktoś ustala zasady. Ktoś inny je kwestionuje. Ktoś przegrywa i twierdzi, że został nieuczciwie potraktowany. Ktoś się obraża i idzie do domu z miną wyrażającą, że już nigdy, przenigdy więcej z X-em na ring "szermierczy" nie wejdzie. Na ogół też ów młody pokrzywdzony gdzieś na wysokości trampoliny zawróci, bo usłyszy, że ekipa w tzw. międzyczasie zmieniła dyscyplinę i wybiera się nieopodal na boisko rozegrać mecz. I nikt tego nie moderuje.

I tak, nieustający jazgot młodego towarzystwa bywa męczący, ale przecież dokładnie o to się modlę, kiedy proszę Pana Boga, żeby błogosławił moim dzieciom. Nasz dom jest pełen ich przyjaciół, znajomych i sąsiadów. Dzieciaki robią razem to, do czego Pan Bóg wymyślił dzieciństwo: szaleją, bawią się, wyżywają kreatywnie, uczą stawiać granice i doświadczać ich. Głośno. Jaka ja jestem wdzięczna, że tak właśnie to wygląda! Bo ostatecznie w tej gromadzie odbywają się codziennie zajęcia, z których nie da się wziąć korków. Negocjacje. Ustalanie zasad, w którym każdy ma inny interes. Ćwiczenie z przyjmowania werdyktu uznanego za niesprawiedliwy. Lekcja o tym, że jak się kogoś wyśmieje, to on nie chce się potem bawić. Praktyczne wprowadzenie do zagadnienia, że młodszy brat kolegi też jakoś musi zostać wpuszczony do gry, choć wszystko psuje. I kiedy patrzę na to z boku, myślę sobie - jeju, jak ten Pan Bóg niesamowicie to wszystko mądrze w życiu człowieka poukładał.

Wszędzie gdzie robi się wspólnota

Co roku, gdy na horyzoncie wakacji majaczy już widmo szkoły, a moje myśli naturalnie zaczynają krążyć wokół wyprawkowej listy zakupów, lubię przypominać sobie, że Pan Jezus w swoich wskazówkach dla uczniów nigdzie nie zostawił nakazu "uczcie się pilnie algebry", za to zarówno w słowach, jak i czynach powtarzał: "miłujcie się". To wam da Życie. Miłujcie się. I myśląc o tym, przypominam sobie, że szkoła to wspólnota. Klasa to wspólnota. Wszędzie tam, gdzie dzieci dostają szansę spotkania się w różnorodności, robi się wspólnota, a wspólnota jest skuteczną szkołą miłowania.

W takiej wspólnocie dziecko spotyka ludzi, których sobie nie wybrało. Kolegę, który się przechwala. Dziewczynkę, która płacze o byle co. Nauczyciela, którego wszyscy omijają, a z którym trzeba nauczyć się gadać. Nikt tego zestawu nie dobiera pod kątem komfortu danego dziecka i właśnie dlatego ma on taki potencjał edukacyjny. W tej wspólnocie rodzic nie panuje, co nie znaczy, że nie ma na nią żadnego wpływu. Ale realnie nie zorganizuje dziecku przyjaźni, nie wynegocjuje szacunku klasy ani nie załatwi konfliktu.

W ostatnich dniach raz po raz algorytm podsuwa mi pod oczy krzykliwe nagłówki, że oto już za moment zacznie się szkoła i "rodzice się martwią". Więc tych, co się martwią, chcę zachęcić do spojrzenia na szkołę jak na intensywny kurs miłowania i sprawczości, w którym rodzic nie ma wiele możliwości wpływu, za to Pan Bóg ma niezłe pole do popisu, by dane dziecko prowadzić, uzdalniać do kochania i umacniać w dobrym. Dla dziecka codzienna praktyka bycia we wspólnocie - przepraszania, przegrywania, wracania po dwudziestu minutach - to jedna z najlepszych lekcji, jakie dostanie w życiu. Dla rodzica to też jest szkoła - odpuszczania i oddawania kontroli. Bardzo chrześcijańska.

Żona, mama, córka, z zawodu animatorka społeczności lokalnych, z zamiłowania doktorka nauk społecznych, w wolnych chwilach pisze bloga "Dobra Wnuczka" i prowadzi konto na Instagramie. Razem z mężem od lat zaangażowana w Ruch Spotkań Małżeńskich i wrocławską Wspólnotę Jednego Ducha. 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Tematy w artykule

Skomentuj artykuł

Gdy wyprawka szkolna prowokuje rodzica do refleksji
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.