Kiedy ostatnio wybraliśmy człowieka?
W drogerii stałyśmy z córką dłużej, niż planowałam. Układ półek się zmienił - ewidentnie dawno nas tu nie było - i zupełnie nie mogłyśmy sobie poradzić ze znalezieniem jednej, konkretnej rzeczy. Rozglądałyśmy się bezradnie, aż w końcu mój wzrok przykuł elegancki cyfrowy panel z podświetlonym napisem: „Zapytaj mnie”. Spojrzałam na córkę. Ona spojrzała na mnie. I obie, zupełnie bez słów, zgodnie postanowiłyśmy, że nie chcemy pytać chatbota. Ruszyłyśmy na poszukiwanie człowieka. Sympatyczną pracownicę sklepu znalazłyśmy dopiero po dłuższej chwili, gdzieś w głębi alejki z szamponami. Zagadnęłyśmy i niemal za rękę zostałyśmy doprowadzone tam, gdzie potrzebowałyśmy. Uff, jaka to była ulga móc poprosić o pomoc człowieka!
W domu zastanawiałam się nad napięciem, które w tej całej sytuacji jakoś wyraźnie w sobie odkrywałam. Czułam przecież jednoznaczny dyskomfort w tym balansowaniu między cyfrową funkcjonalnością a tęsknotą za żywą osobą – i myślę, że jest to dziś dość charakterystyczny rys naszej codzienności. Chociaż dość często narzekamy na samotność, na rozpad więzi społecznych, na to, że nikt już do nas nie zagada, że sąsiedzi nie wiedzą, jak mamy na imię, że w bloku można mieszkać latami i nie znać twarzy z naprzeciwka, ale równocześnie z entuzjazmem (a może czasem po prostu z musu) instalujemy kolejne aplikacje, które zdejmują z nas ciężar kontaktu z kimkolwiek. Na dłuższą metę trąci to hipokryzją.
Trudne pytania
Bo dla przykładu: moja introwertyczna dusza naprawdę kocha paczkomaty. Przyznaję bez bicia. Paczkomat jest chętny do współpracy o każdej porze dnia i nocy, nigdy nie zagaduje, gdy się człowiek spieszy, nie spóźnia się ani nie burczy pod nosem, że „co go to obchodzi, że nikogo nie ma w domu o 13:15?!”. I chociaż wciąż noszę w sobie żywą sympatię za pogawędkami z listonoszką czy kurierem, to jednak gdy robię zakupy online ani chwili się nie zawaham, wybierając formę dostawy… I może dlatego raz po raz wraca do mnie to trudne pytanie - czy ja, albo szerzej: my - czy my naprawdę tęsknimy za człowiekiem? Czy rzeczywiście pielęgnujemy w sobie postawę preferowania kontaktu z osobą, a nie z cyfrowym awatarem? A może w praktyce wspierani technologicznymi nowinkami mimowolnie hodujemy w sobie jakieś złudne wyobrażenie człowieka, który jest dla nas dostępny zawsze wtedy, gdy go potrzebujemy, nigdy nas nie zawodzi, nie jest zmęczony, nie myli się, i – co najważniejsze - znika, kiedy już nam niepotrzebny?
Komu on właściwie potrzebny?
Przecież jeśli spojrzeć na to uczciwie, cyfryzacja obsługi nie jest spiskiem wymyślonym przez bezduszne korporacje przeciwko wrażliwej ludzkości. Jest, przynajmniej częściowo, odpowiedzią na nasze ludzkie zachowania. Kioski samoobsługowe w restauracjach fast food nie zastąpiły kasjera dlatego, że tak sobie zarząd wymyślił dla zabawy. Zastąpiły go dlatego, że kolejka do żywego kasjera była źródłem frustracji, reklamacji i jednogwiazdkowych recenzji w Google (a więc w efekcie mniejszych zysków). Algorytm w drogerii też nie pojawił się w miejsce ekspedientki wbrew woli klientów - pojawił się tam, bo ekspedientka bywała powolna, czasem mniej uprzejma niż byśmy chcieli, i miała czelność mieć własny dzień, który nie zawsze był najlepszy (tak, tak, ironizuję). Panel typu „Zapytaj chatbota” nigdy nie ma złego dnia i właśnie dlatego tego typu ustrojstw coraz więcej w naszym krajobrazie.
Zanim więc zapytamy, gdzie się podziewa ludzka obsługa w sklepie/w urzędzie czy w restauracji, może powinniśmy zastanowić się, jak do tej pory traktowaliśmy ludzi w szeroko rozumianym sektorze usług. Czy mieliśmy dla nich cierpliwość? Szacunek dla ich wysiłków? Czy widzieliśmy ich jako „kogoś” - osobę, a nie tylko jako „funkcję”, która albo działa sprawnie, albo zawodzi?
Między nami dinozaurami
Niedawno odebrałam buty od szewca. Ukochane, kilkunastoletnie szpilki, w których podeszwa przetarła się na tyle, że kolejne wyjście ryzykowałabym dziurą na wylot. Mąż obejrzał naprawę z uznaniem, bo efekt pracy pana Andrzeja przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania i zapowiada się, że kolejne lata będę mogła w nich śmigać do pracy. Przy okazji powiedział do dzieci coś, co nadal dźwięczy mi w uszach: „Widzicie, wszystko sprowadza się do wyboru. Mama mogłaby kupić nowe buty, ale zdecydowała się naprawić te, które ma. Dała więc szansę nie tylko butom, lecz także człowiekowi, który ma umiejętności je naprawić”. Wszystko sprowadza się do wyboru…
Pan Andrzej to nie jest mój znajomy. Ma swój zakład niedaleko i odwiedzam go naprawdę sporadycznie. Wystarczyła jednak chwila, by moje składanie zamówienia zmieniło się w czułą pogawędkę nad przetartą zelówką. I w efekcie pan szewc dość szybko wyciągnął ode mnie, że buty, które do niego przyniosłam, mają swoją historię, uraczył własną opowieścią o ukochanych oksfordach i jak to się męczy raz na jakiś czas, by je utrzymać w dobrym stanie, a w międzyczasie zgodnie zaszlochaliśmy nad zamkniętym niedawno osiedlowym warzywniakiem. Ta rozmowa nie wydarzyłaby się z chatem i choć była w pewnym sensie nieproduktywna, przynosząc „stratę czasu” zarówno mnie, jak i panu Andrzejowi, to to spotkanie z minuty na minuty rozbudzało we mnie i ciekawość, i śmiałość potrzebną do tego, by pana szewca choć trochę poznać. Gdy więc patrzę na moje ukochane szpileczki, to mam poczucie: podjęłam dobrą decyzję, to był dobry wybór.
Tego dziś bardzo zaczyna brakować
Wydaje mi się, że powolutku ciekawość wobec drugiego człowieka, cierpliwość wobec inności, a z nią gotowość na przyjęcie człowieka takim, jakim jest, a nie jakim chciałabym, żeby był – stają się towarem deficytowym. I myślę, że ten zanik ma pewien związek także z tym, jak chętnie godzimy się na wszechobecne panele z chatbotem zamiast szukać kontaktu z żywym człowiekiem.
W swojej fenomenalnej encyklice Papież Leon XIV bardzo wyraźnie przestrzega:
„Zagrożenie nie polega jedynie na tym, że niektóre technologie mogą być źle używane, lecz na tym, że paradygmat technokratyczny, w którym jesteśmy zanurzeni, wzmocniony przez rewolucję cyfrową i AI, sprawia, iż za słuszną i normalną zaczyna uchodzić wizja antyludzka, wedle której pełnia życia miałaby polegać na tym, by więcej posiadać, zmniejszać kruchość, eliminować to, co nieprzewidywalne, i wszystko kontrolować. Gdy wydajność staje się miarą wartości, człowiek ulega pokusie myślenia o sobie bardziej jako o projekcie, który należy zoptymalizować, niż jako o stworzeniu powołanym do relacji i komunii” (Magnifica humanitas, 112). Dla mnie osobiście to kolejny punkt w rachunku sumienia – czy potrafię świadomie starać się wychodzić ze swojej strefy komfortu i pielęgnować w sobie postawę zarówno zaciekawienia bliźnim, jak i akceptacji jego innego sposobu funkcjonowania w świecie? A może i ja ulegam temu paradygmatowi technokratycznemu...
A gdyby tak rzucić wszystko i…
Wakacje – kto wie? Może właśnie dlatego, że wyrywają nas trochę z codziennego reżimu wydajności – są takim czasem, gdy większość z nas ma w sobie dość luzu, żeby podjąć ryzyko bycia z kimś bez gwarancji, że będzie sprawnie i wydajnie. Że zagadamy do ekspedientki w małym sklepie i okaże się, że pochodzi z tej samej okolicy co nasza babcia. Że powiemy kelnerowi, że zupa była naprawdę dobra, i zobaczymy, jak mu się trochę rozjaśnia twarz. Że pochwalimy opiekuna na kolonii - konkretnie, za coś, co zauważyliśmy w jego stosunku do naszego dziecka. Że – tak po prostu i o niczym - zagadamy do sąsiadów na kempingu przy ognisku.
To nie są wielkie gesty. Nie wymagają aplikacji, planu ani specjalnego nastroju. Wymagają tylko decyzji, że drugi człowiek - ze swoją powolnością, zmiennością i historią, której nie da się sprowadzić do sumy przewidywalnych cyfrowo pytań i odpowiedzi – zawsze jest wart chwili uwagi, a zachwyt bliźnim może objawić się w zupełnie nieoczekiwanych okolicznościach. To wszystko wciąż i wciąż sprowadza się tylko do jednego. Do naszego wyboru. Wyboru, który daje szansę na prawdziwe spotkanie.
Skomentuj artykuł