Kultura wybiórczego słuchania nie omija nikogo. Kilka myśli po kongresie w Sosnowcu

Zdjęcie ilustracyjne. Fot. Depositphotos.com

Wróciliśmy z mężem z Kongresu Nowej Ewangelizacji w Sosnowcu z głowami pełnymi treści, emocji i wrażeń. Pojechaliśmy tam całkowicie prywatnie, jako liderzy, którzy od lat angażują się w życie Kościoła na różnych frontach i noszą w sobie wyraźne, palące pragnienie: dzielić się Dobrem, którego od Boga doświadczamy. Hasło tegorocznego, ósmego już kongresu, „Ciało do kochania. Dobra nowina o ciele”, zapowiadało się interesująco, a program wyglądał na papierze jak menu, z którego chce się zamówić wszystko naraz.

Treści były bardzo, ale to bardzo sycące i gorąco zachęcam do ich odsłuchania, gdy pojawią się na stronach internetowych kongresu. Każdy z tych tematów spokojnie można by opakować w osobny tydzień konferencji, a większość wymagała pełnego skupienia, bo niejednokrotnie balansowaliśmy na niuansach, które łatwo przegapić. Z niemal każdego wykładu wychodziłam z kilkoma stronami notatek i nic dziwnego, że choć nie stałam na scenie, wróciłam do domu wykończona. Dobrze wykończona, budująco i inspirująco, ale emocjonalnie wyczerpana, bo i temat cielesności, Kościoła jako Ciała Chrystusa, płciowości - z każdym kolejnym wystąpieniem okazywał się coraz bogatszym źródłem wrażeń. Nie raz, nie dwa pomyślałam w te dni, że to zagadnienie “ciała” jest trudne, ale przepiękne, przy czym jest to piękno, do którego nijak nie da się przekonać, jeśli odbiorca nie zechce poświęcić czasu na namysł. I, nie będę ukrywać, ta myśl najbardziej mnie zmartwiła, bo za nią szła dość smutna, kongresowa obserwacja: “Houston, czy widzimy, że tutaj (też) mamy problem?”. Także z nami? Z potencjalnymi ewangelizatorami?

DEON.PL POLECA

No i pytanie: gdzie są Zetki? Kościół obecny na kongresie był Kościołem wiekowo dojrzałym. Proszę, nie zrozumcie mnie źle: sama należę do tego pokolenia, które przeżyło pielgrzymki Jana Pawła II, utożsamiam się z nim i wiem doskonale, że można być młodym duchem w każdym wieku. Ludzie na kongresie niewątpliwie byli młodzi duchem. Jednak przez te trzy dni nie dawała mi spokoju myśl, że skoro mówimy o nowej ewangelizacji, to w kongresowym gronie przydałoby się więcej młodszych wiekowo generacji. Zetek, igreków, nawet iksów. Jeśli nie wśród uczestników, to choćby wśród prelegentów, żebyśmy mieli szansę usłyszeć w Kościele inne perspektywy patrzenia na te same tematy, bo gdzie, jak nie w takim miejscu, można stworzyć ku temu odpowiednie warunki i przestrzeń, by się nawzajem do końca wysłuchało.

Poprzedni kongres, dwa lata temu w Tarnowie, był poświęcony w całości odchodzeniu młodych ludzi od wiary i szukaniu sposobów, żeby z nimi rozmawiać. Wróciłam teraz do swoich notatek z tamtego wydarzenia i jak byk tam stało, że większość wykrzykników (czyli informacji, które sobie stawiam, by do nich koniecznie wrócić) miałam przy wypowiedziach ludzi z całkiem innego pokolenia niż ja. Było to wówczas dla mnie odkrywcze, zastanawiające i niosące nadzieję spotkanie, nawet jeśli ich wypowiedzi w formie były trudniejsze do odbioru. Myślę, że taki panel, w którym o postrzeganiu ciała i cielesności rozmawiają np. millenialsi z Zetkami - mógłby wielu z nas, potencjalnych ewangelizatorów, jasno pokazać, gdzie się nie słyszymy i gdzie nasz język się rozmija, a przez to zmotywować do poszukiwania lepszych sposobów komunikacji. Troszeczkę o tym mówiła Magdalena Siemion w swoim wystąpieniu, ale przypuszczam, że gdyby jej relacje z warsztatów z młodymi potwierdził głos przedstawiciela tego pokolenia, zrobiłoby to jeszcze większe wrażenie.

Niestety kultura wybiórczego słuchania nie omija nikogo. Także nas, potencjalnych ewangelizatorów. Kongres opiera się na dowolności, w sobotnie popołudnie wybieraliśmy na przykład jeden z trzech modułów praktycznych. To dobre rozwiązanie, nie każdy przyjeżdża po to samo. Przez te trzy dni uderzało mnie jednak, jak łatwo nam dziś przychodzi wybierać tematy, które nas interesują, a omijać te, które wydają się trudne. Także w Kościele zgadzamy się z tezami, które są dla nas wygodne, a tych, które uwierają, często nawet nie słuchamy do końca. Po prostu wychodzimy. W połowie wykładu, w połowie rozmowy, w połowie czyjegoś zdania.

Widać to było nawet na takim małym poletku ludzkiej odpowiedzialności, jakim jest stosowanie się do próśb organizatorów. Został mi w pamięci szczególnie obraz pewnego kapłana, który tuż po tym, jak ze sceny padła prośba o nie spożywanie posiłków na sali, zaczął ostentacyjnie chrupać ciastka. Arogancja? Pycha? Co to było? Rozumiem, że siedział w Sosnowcu od piątkowego poranka, bo dla duchownych przewidziano osobny panel, ale doprawdy wysłuchanie godziny czyjegoś wystąpienia bez konsumpcji to nie jest jakieś szczególne poświęcenie. A dla mnie był to jawny znak nie tylko braku kultury osobistej, lecz także ostentacyjnego, wybiórczego słuchania. Być może dobrze jest mieć taki słuch w konfesjonale, ale co jeśli ten kapłan tak samo będzie słuchał beczenia owieczek, na które trafi w swojej posłudze? Tego typu zachowania szczęśliwie były jeszcze wciąż wyjątkami.

DEON.PL POLECA

Znacznie smutniejsza była plaga włączonych ekranów. Kongres odbywał się w sali koncertowej Zespołu Szkół Muzycznych. Kto siedział na samej górze widowni, ten miał świetny widok nie tylko na scenę, lecz także na… ekrany uczestników. A sala koncertowa ma to do siebie, że podczas wystąpień widownię ogarnia przynajmniej półmrok, więc każdy podświetlony ekran świeci w niej jak latarka. Czy mi się to podobało, czy nie - mogłam więc śledzić liczne rozmowy prywatne i scrollowane treści w moim otoczeniu. Nie dlatego, że chciałam i pasjami uwielbiam podglądać, co ludzie robią w telefonach. Realia były takie, że te migoczące prostokąty po prostu mnie rozpraszały i bardzo, ale to bardzo przeszkadzały w koncentrowaniu się na wystąpieniach. Osoby, które sobie czytały to i owo, oczywiście nikomu z premedytacją nie przeszkadzały - któż z nas nie zna tego podstępnego, złudnego poczucia intymności z sali wykładowej, że skoro siedzę, nie hałasuję, to, co komu do tego, że odpaliłam właśnie allegro…

Większości z tych osób, których telefony miałam wątpliwą przyjemność obserwować z góry, smartfon bynajmniej nie służył do notowania cytatów, robienia zdjęć slajdów czy do sprawdzania, kim jest prelegent. Ktoś siedzący nieopodal przez cały wykład ks. dr. Pawła Marca szukał w sieci butów zimowych. Królowały oczywiście Facebook i Instagram, a nawet zdarzyło mi się usłyszeć jakiś filmik na YouTubie i czyjąś rozmowę telefoniczną. W trakcie czyjegoś wystąpienia. I bynajmniej nie w słuchawkach dousznych.

Zastanawiałam się, o czym świadczą te włączone ekrany i nonszalancja w używaniu telefonów na widowni. Czy to już tylko objaw naszej wzajemnej, wspólnotowej znieczulicy, że nam się wydaje, że w naszym fotelu jesteśmy niby we własnym salonie przed telewizorem? Ktoś tu kogoś zmuszał do obecności? A może audytorium wypełniali sami wybitni teolodzy, którzy po raz n-ty w życiu słuchali tego, co dawno wiedzą i czym żyją, więc ta treść była dla nich tak straszliwie powszednia, że nie zostawało nic innego, jak zająć się poszukiwaniem innych obszarów do ewangelizacji w internecie? Wybaczcie ten sarkazm, ale ta liczba ekranów to nie były zupełnie sporadyczne sytuacje. I to był też wyraźny objaw naszej, potencjalnych ewangelizatorów, postawy braku pokory i rozproszenia. Co gorsza, obstawiam, że w większości przypadków było to zwykłe, ODRUCHOWE scrollowanie, które wszyscy uprawiamy, kiedy się nudzimy albo kiedy nasz mózg dostaje za mało dopaminy. Na ten odruch nikt z nas nie jest odporny, ja niestety też nie. Ale czy zastanawiamy się nad tym, jakie są tego konsekwencje dla naszej misji głoszenia dobrej nowiny?

Jest dziś dostępnych naprawdę sporo, dobrze udokumentowanych badań naukowych, ile kosztuje nas samo leżenie smartfona w zasięgu ręki. Wystarczy sama jego obecność, żeby spadła nasza zdolność do skupienia i przetwarzania informacji, i to - uwaga! - nawet wtedy, gdy telefon jest wyciszony, wyłączony albo leży ekranem do dołu. Część naszego mózgu pracuje po prostu nad tym, żeby po niego nie sięgnąć. Jeśli tak wygląda koszt telefonu, którego nawet nie dotykamy, to łatwo policzyć, ile uwagi zjada ten, który świeci nam w dłoni, i ile przy okazji zjada sąsiadom z rzędu za nami.

A gdyby dodać szóste przykazanie kościelne? Przez te trzy dni łapałam się więc na myśli, że chyba prędzej czy później dojdziemy do momentu, w którym trzeba będzie dopisać szóste przykazanie kościelne: „Nie będziesz używał telefonu podczas Eucharystii". Bo tak, i takie zachowania się zdarzały, a nie mówię tu o obsłudze medialnej wydarzenia! Pamiętam, jak papież Franciszek przypomniał kiedyś na środowej audiencji, że kapłan mówi przy ołtarzu „w górę serca", a nie „w górę telefony", i dodał z wyraźnym bólem, że widzi te uniesione telefony także w rękach księży i biskupów. To jest właśnie to.

Najbardziej utkwiła mi w pamięci scena z wieczornej wspólnotowe modlitwy. W jej trakcie ktoś rząd poniżej ustalał na WhatsAppie listę zakupów na poniedziałkowy obiad, potem zajrzał na Allegro, po chwili schował telefon do torebki, wstał, włączył się w śpiew i podniósł rękę w geście uwielbienia. Na kongresie, który całą sobotę poświęcił temu, że ciało ma znaczenie, a jeden z wykładów nosił tytuł „Liturgia: katolicka pochwała ciała". Ciało było na miejscu, ręka uniesiona dokładnie tak, jak trzeba. Gdzie w tym czasie przebywała reszta tej osoby - wiem, że nie mnie oceniać. Ale niestety znam to rozdwojenie z autopsji aż za dobrze i dlatego czuję się zmartwiona. Nami. Świadkami.

Czy można ewangelizować, nie słuchając bliźniego? Przecież - patrząc na Jezusa - ewangelizacja zaczyna się dokładnie od tego, czy potrafię wysiedzieć do końca czyjegoś zdania i dać mu opowiedzieć swoją historię. A jeśli nowe technologie tak bardzo penetrują nasze zachowania, że bez telefonu w ręku nie jesteśmy w stanie wysiedzieć na godzinie czyjegoś wystąpienia czy modlitwie, to czy to nie jest wyzwanie, nad którym w nowej ewangelizacji też powinniśmy się pochylić? Czy aby przypadkiem nie jesteśmy na równi pochyłej i staczamy się wprost do momentu, w którym Ewangelię trzeba będzie serwować także sobie w porcjach tiktokowych, bo na dwuzdaniowy cytat nie starczy nam już skupienia? Przejaskrawiam? Najpewniej tak… Może jednak kolejny kongres warto by poświęcić i temu wyzwaniu.

Żona, mama, córka, z zawodu animatorka społeczności lokalnych, z zamiłowania doktorka nauk społecznych, w wolnych chwilach pisze bloga "Dobra Wnuczka" i prowadzi konto na Instagramie. Razem z mężem od lat zaangażowana w Ruch Spotkań Małżeńskich i wrocławską Wspólnotę Jednego Ducha. 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Tematy w artykule

Skomentuj artykuł

Kultura wybiórczego słuchania nie omija nikogo. Kilka myśli po kongresie w Sosnowcu
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.