Łatwogang i jasna strona internetu. Czy ta akcja zmieni spojrzenie na bogatych ludzi?

Łatwogang - Piotr Garkowski i Bedoes - Borys Przybylski przed i po streamie, który przeszedł do historii. Fot. Glamrap / YT

Ta akcja „zadziałała” z wielu powodów, ale przede wszystkim dlatego, że była konsekwentnie apolityczna, skoncentrowana na najsłabszych (chorujących dzieciach), autentyczna i twórcza. Nie wiem, co bardziej mnie wzrusza: sama kwota, milion osób oglądających finał streamu na żywo, zdjęcia z kawalerki i korytarza, gwiazdy golące głowy czy Piotr Garkowski bezkompromisowo stawiający granicę wszelkim społecznym podziałom.

Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek w naszym domu był włączony YouTube tylko po to, żeby wyświetlały się na ekranie jakieś reklamy. Ale w tę niedzielę sama, z własnej, nieprzymuszonej woli odpaliłam kanał Łatwoganga, gdy jego właściciel ogłosił, że dochód z wszystkich wyświetlonych reklam będzie przekazany na szczytny cel. Piotr Garkowski, 23-letni tiktoker i instagramer z Warszawy, znany w sieci jako Łatwogang, postanowił przez dziewięć dni słuchać w pętli na internetowej wizji piosenki „Ciągle tutaj jestem" - dissu (czyli ciętej, niezbyt uprzejmej muzycznej formy często używanej w hiphopie) na raka, który raper Bedoes nagrał z Mają Mecan, jedenastoletnią podopieczną Fundacji Cancer Fighters. Mają, która walczy z trzecią wznową nowotworu.

Piotr liczył, że zbierze może pół miliona złotych. Zebrał ponad 250 milionów! Pobił rekord świata, a przy okazji szybko został okrzyknięty „Owsiakiem młodego pokolenia”. Jego akcja, a może przede wszystkim jego skromna, skupiona na dobru dzieci postawa – zjednoczyła Polaków ponad podziałami i zainicjowała tsunami bardzo wymiernego dobra. W tych dniach ci, którzy używają mediów społecznościowych w Polsce z całą pewnością natkną się na jakieś materiały, w których będzie dudniło: „Po tej akcji jestem dumna/dumny z bycia Polakiem, Łatwogang najlepszym człowiekiem internetu”.

I to jest jasna strona internetu. Nie wiem, co bardziej mnie wzrusza: sama kwota, milion osób oglądających finał streamu na żywo, zdjęcia z kawalerki i korytarza, gdzie rzecz się działa w minionym tygodniu, gwiazdy golące głowy w geście solidarności z dziećmi po chemioterapii, czy może to, że Piotr Garkowski tak bezkompromisowo stawiał granicę wszelkim społecznym podziałom i pokazywał, że charytatywność to potężna siła, która potrafi skutecznie jednoczyć od lewa do prawa. Ta akcja „zadziałała” z wielu powodów, ale przede wszystkim dlatego, że była konsekwentnie apolityczna, skoncentrowana na najsłabszych (chorujących dzieciach), autentyczna i twórcza. Miała też konkretną twarz - twarz Mai, która dissuje raka, bo w ten sposób chce mu powiedzieć, że się nie poddaje.

Licznik jeszcze nie przestał rosnąć, a w komentarzach tu i ówdzie już ktoś zaczął podsycać hejterski ogień. Polskie piekiełko. I dwa znajome strumienie: „dlaczego ta gwiazda wpłaciła tylko tyle?” i „wiadomo, że influencerzy przyszli się ogrzać w cieple dobroczynności”. Zatrzymuję się tu na chwilę, bo obydwa zarzuty mają w sobie i ziarno prawdy, i ziarno trucizny. Łatwogang sam raz po raz powtarzał, że z tej akcji nikt nic dla siebie nie bierze, a wszystkie wpłaty idą na Fundację Cancer Fighters. Postawił jasno granicę, gdy jedna z ekip zaczęła traktować stream bardziej jako okazję do autopromocji niż do realnego wsparcia. Zareagował bez ogródek: jesteśmy tu razem, ludzie wpłacają, robią super robotę - chcecie pogadać? To na korytarzu.

Bezinteresowność oznacza właśnie to: dajesz za darmo. Bez kontraktu w tle. Bez negocjowania wizyty piosenkarki w zamian za przelew na chore dzieci. Ale trucizna jest w tym, że jako ludzie jesteśmy bardzo różni i często intencje, z jakimi coś robimy lub czegoś nie robimy, nie są proste jak budowa cepa. To kapitalna podpałka dla naszego polskiego piekiełka: przecież każdej osobie można coś negatywnego zarzucić lub ocenić jej gest negatywnie. Jaskrawo widać to w komentarzach dotyczących najzamożniejszych osób.

Wśród bliskich mi osób jest kilkoro wyjątkowo zamożnych chrześcijan. Ludzi, dla których przelew dobroczynny na kwotę dziesięciu tysięcy złotych nie jest czymś wyjątkowym - bo robią to regularnie, od lat, najczęściej zupełnie po cichu. Kiedy z nimi rozmawiam, słyszę nierzadko, jak borykają się z pewnym dylematem: zrobić coś jawnie i nagłośnić, że wpłaciłem tyle a tyle, żeby innych zachęcić do podobnej hojności? Czy lepiej, zgodnie z ewangeliczną radą konsekwentnie trzymać się zasady: „niech nie wie ręka twoja prawa, co robi lewa”? Niektórzy mówią wprost, że robią i to, i to, ale że tak po ludzku boli ich, gdy ludzie nie rozumieją, że dziś - gdy siłę społeczną tak łatwo zapalić i zgasić - jawny gest zamożnej osoby czy marki często jest właśnie zaproszeniem. Nie dla własnej chwały, ale po to, żeby pociągnąć innych za sobą. Żeby biznes zobaczył, że opłaca się być hojnym. Żeby lawina dobra się nie zatrzymała.

DEON.PL POLECA




Bogactwo nie jest grzechem. I mam wrażenie, że jako społeczeństwo - a może szczególnie my, w kościelnych ławkach - za rzadko dajemy bogatym ludziom wyraz zaufania. Jakby samo bogactwo było czymś podejrzanym, a zamożny człowiek, który wpłaca milion złotych, musiał to przed nami uzasadnić. Tymczasem Ewangelia nie mówi, że bogactwo jest grzechem. Mówi, że grzechem jest zamknięte serce. A to wcale nie jest cecha bogatych - zamknięte serce zdarza się równie często przy pustym portfelu.

Empatia: to słowo wybija się z całej tej akcji ponad wszystkie inne. Empatia. Empatia dla Mai, która „dissuje” raka z uśmiechem na twarzy. Empatia dla Piotra „Łatwoganga”, który przez dziewięć dni słuchał jednej piosenki w pętli i pod koniec streamu swoim zachrypniętym głosem docierał do licznej widowni szybciej niż dziecko w nowych butach do kałuży. Empatia dla anonimowego darczyńcy, który przelał pięć złotych i dla którego to był gest tak samo ważny jak milion od państwa Lewandowskich.

Ale empatia powinna też działać w stronę, która jest mniej oczywista. W stronę zamożnego człowieka, który staje przed dylematem: pokazać czy się ukryć? I który cokolwiek zrobi - zostanie oceniony. Bo albo „chce się ogrzać w aurze dobroczynności”, albo „jak to nic nie wpłacił, skąpiec jeden, nie będziemy od niego nic kupować!”. Może zamiast mierzyć, ile kto wpłacił i po co przyszedł na stream, warto po takiej akcji przyjrzeć się swojemu własnemu sercu i zobaczyć, co naprawdę myślimy o ludziach, którzy mają więcej? Czy potrafimy szczerze cieszyć się z ich hojności bez podsycania podejrzeń o intencje?

Chodzi w końcu o to, co się naprawdę liczy. Bo tak sobie myślę, że Mai Mecan, jej bliskich i całej rzeszy chorych na raka i inne dramatyczne schorzenia naprawdę nie interesuje, czy ktoś przychodzi na charytatywny stream, żeby się ogrzać w aurze dobroczynności. Interesuje ją, czy rodzice uzbierają na leczenie. Czy będzie kolejna szansa. Czy rak da się przechytrzyć jeszcze raz. I w tym świetle każda złotówka - wpłacona jawnie czy skrycie, przez bogatego czy biednego, przez gwiazdę czy anonimową osobę - jest po prostu złotówką, która wspiera walkę z chorobą. Bardzo wymiernie wspiera.

Może właśnie to jest odpowiedź na wszystkie nasze dylematy o intencjach i gestach. Nie rezygnujmy z rozeznawania - ale nie pozwólmy, żeby podejrzliwość zagłuszyła wdzięczność za dobro, które, cokolwiek za nim stoi, naprawdę, bardzo konkretnie komuś pomaga. Bo na końcu tego wszystkiego jest człowiek. I on po prostu chce żyć.

DEON.PL POLECA


Żona, mama, córka, z zawodu animatorka społeczności lokalnych, z zamiłowania doktorka nauk społecznych, w wolnych chwilach pisze bloga "Dobra Wnuczka" i prowadzi konto na Instagramie. Razem z mężem od lat zaangażowana w Ruch Spotkań Małżeńskich i wrocławską Wspólnotę Jednego Ducha. 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Łatwogang i jasna strona internetu. Czy ta akcja zmieni spojrzenie na bogatych ludzi?
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.