Najpierw my, potem inni. Czy kard. Wyszyński się mylił?
„Nie oglądajmy się na wszystkie strony. Nie chciejmy żywić całego świata, nie chciejmy ratować wszystkich. (…) Chciejmy pomagać naszym braciom, żywić polskie dzieci, służyć im i tutaj przede wszystkim wypełniać swoje zadanie – aby nie ulec pokusie «zbawiania świata» kosztem własnej ojczyzny”.
Te słowa kardynała Stefana Wyszyńskiego, wypowiedziane podczas wigilijnego przemówienia do kapłanów w 1976 r., są dziś cytowane na prawo i lewo jako argument przeciwko pomocy Ukrainie. Zdaniem części internautów wysyłanie pomocy charytatywnej do naszych wschodnich sąsiadów – na przykład w postaci generatorów prądu – jest sprzeciwianiem się dziedzictwu Prymasa Tysiąclecia.
Nic bardziej mylnego. Sądzę, że prymas Wyszyński byłby dziś jednym z pierwszych, którzy wzywaliby do pomocy Ukrainie, i sam by ją organizował – podobnie jak czyni to obecny prymas. Kardynał Wyszyński sam przeżył wojnę i doskonale wiedział, jak to jest zostać samemu z bezmiarem cierpienia. Z pewnością nie pochwaliłby wykorzystywania swoich słów jako pretekstu do odmowy pomocy cierpiącym.
Jednak nie prymasem myślą ci krytycy. Jedyną słuszną wykładnią ordo caritatis nie są dla nich pisma św. Tomasza z Akwinu, lecz przemówienie Jarosława Kaczyńskiego, który w 2015 r. z mównicy sejmowej tłumaczył, jak powinniśmy tę zasadę rozumieć. Jego zdaniem można ją streścić następująco: „najpierw najbliżsi, rodzina, później naród, a później inni”. Słowa te szybko zestawiono z wypowiedzią kard. Wyszyńskiego i w ten sposób narodziła się nowa, „prawilna” wykładnia ordo caritatis, która nijak ma się do nauczania św. Tomasza, Kościoła i Ewangelii.
Co na to św. Tomasz i bł. Stefan Wyszyński?
Jako argument przeciwko pomocy Ukrainie przywołuje się dziś słowa wypowiedziane pięćdziesiąt lat temu, w zupełnie innym kontekście historycznym i społecznym. Prymas przedstawiał bowiem zasadę ordo caritatis w opozycji do ordo oeconomicus. Jak trafnie zauważa na łamach „Więzi” bp Krzysztof Zadarko, socjalizm drenował wówczas polską gospodarkę na rzecz innych krajów bloku wschodniego i samego ZSRR, pustosząc kraj i pogłębiając biedę społeczeństwa.
W tym kontekście prymas Wyszyński przywołał zasadę ordo caritatis, chcąc zwrócić uwagę rządzących na fakt, że w pierwszej kolejności powinni zatroszczyć się o dobro Polaków, ponieważ ich podstawowe potrzeby nie były zaspokojone. Polska pogrążona była w głębokim kryzysie ekonomicznym, targana falami strajków. Prymasowi chodziło o dobro rodaków, a nie o rezygnację z pomocy potrzebującym spoza kraju.
Dziś, po ponad dwudziestu latach obecności w strukturach Unii Europejskiej, gdy – mimo wszystkich zaniedbań i problemów – żyje nam się najlepiej w historii, nie ma mowy o stosowaniu zasady ordo caritatis jako argumentu przeciwko pomaganiu Ukrainie. Słowa kardynała Wyszyńskiego zostały wyrwane z kontekstu, zmanipulowane i instrumentalnie użyte do uzasadniania nacjonalistycznej niechęci wobec pomocy.
Nie trzeba silić się na własne interpretacje tego, co prymas miał na myśli – sam bowiem wyjaśnił swoje słowa. Mówił: „jeżeli nasze dzieci będą otoczone opieką, należycie odżywione i wychowane – nie mówię już o dobrobycie, ale przynajmniej o tym, co jest konieczne – to naród polski nie odmówi swojej pomocy innym potrzebującym ludom”.
Z kolei w przemówieniu z 1974 r. prymas Wyszyński wprost odwoływał się do zasady ordo caritatis, podkreślając, że wymaga ona od polityka, aby „w miarę zaspokajania i nasycania najpilniejszych, podstawowych potrzeb własnych obywateli rozszerzał dążenie do niesienia pomocy na inne ludy i narody, na całą rodzinę ludzką”.
Cytatów tych jednak nie znajdziemy w licznych wpisach na X. Dlaczego? Ponieważ słowa te jednoznacznie pokazują, że prymas nie miał na myśli tego, co przypisują mu współcześni internetowi „mędrcy”, posługujący się jego słowami nie po to, by coś zrozumieć, lecz niczym pałką do okładania politycznych przeciwników.
Co naprawdę oznacza zasada ordo caritatis?
Jest to termin zaczerpnięty z teologii moralnej św. Tomasza z Akwinu i w istocie oznacza coś przeciwnego do tego, co dziś bywa mu przypisywane. Zasada ta nie powstała po to, by zatrzymać się na sobie i własnych potrzebach, lecz – wręcz przeciwnie – by nie zapominać o innych. Św. Tomasz uważał, że każdy chrześcijanin powinien troszczyć się o wszystkich, a w sposób szczególny o najbardziej potrzebujących.
Jeśli ograniczyć tę zasadę do pomocy bliźnim, oznacza ona w pierwszym rzędzie obowiązek wsparcia tych, którym grozi śmierć lub potępienie i którzy nie są w stanie sami sobie pomóc. W kolejnym kręgu znajdują się osoby w równie dramatycznej sytuacji, które mogą jednak ratować się jedynie kosztem heroicznych wysiłków. Dopiero na końcu pojawiają się zwykłe potrzeby bliźnich, którym można zaradzić bez nadzwyczajnego poświęcenia.
Widzimy więc wyraźnie, że w tomaszowym rozumieniu ordo caritatis Ukraińcy zmagający się z rosyjską agresją – codziennie zabijani, pozbawiani domów i bezpieczeństwa – znajdują się nie na końcu tej listy, lecz na jej początku. Zarówno Ewangelia, jak i tradycja oraz nauczanie Kościoła nie pozostawiają w tej kwestii żadnych wątpliwości. Chyba że za autorytet w sprawach św. Tomasza uznamy nie jego samego ani nauczanie Kościoła, lecz Jarosława Kaczyńskiego.
Wykrzywione rozumienie zasady ordo caritatis ma wręcz diabelski zapach, ponieważ z porządku miłości czyni porządek nienawiści. Jak zauważa ks. Mirosław Tykfer, taka wykluczająca „miłość” w istocie sprowadza się do nienawiści. „To nic, że nie przejawia się ona silnym uczuciem odrzucenia. Może właśnie dlatego, że jest tak okropnie zimna, racjonalnie wykalkulowana, wyreżyserowana w teatrze pozorów chrześcijańskiej otwartości i ostatecznie wyliczona miarami cedzonej miłości według skrajnie zniekształconego rozumienia zasady ordo caritatis, ta zamknięta na innych «miłość» staje się źródłem przerażającej pogardy” – pisał ówczesny redaktor naczelny „Przewodnika Katolickiego”.
Utopia kolektywistycznego indywidualizmu
Pomijając absurdalne przekręcanie ordo caritatis przez internetowych ekspertów, warto na koniec zauważyć, że ich rozumienie tej zasady jest po prostu utopijne. Zakłada ono, że najpierw wszyscy „nasi” muszą mieć w pełni zaspokojone potrzeby, a dopiero potem można zainteresować się „innymi”. Taki moment nigdy nie nadejdzie. Już sam Jezus przypomina w Ewangelii, że ubogich zawsze będziemy mieć u siebie (por. J 12,8). W praktyce taka postawa prowadzi do izolacjonizmu i egoizmu. Jest sprzeczna z Ewangelią i deformuje ludzkie sumienia.
Kościół od dziesięcioleci pomaga Polakom na wielu płaszczyznach – systematycznie, mądrze i odpowiedzialnie. Fakt, że dziś jako Polacy pomagamy Ukraińcom w dramatycznej sytuacji, jest czymś naturalnym i godnym najwyższego uznania. Prawdziwym naruszeniem zasady ordo caritatis byłoby ignorowanie realnych potrzeb Polaków na rzecz Ukraińców – nic takiego jednak nie ma miejsca.
Jezus wzywa do miłosierdzia wobec każdego, bez względu na narodowość czy pochodzenie. W Piśmie Świętym nie ma żadnego ograniczenia uczynków miłosierdzia do „swoich”. Przeciwnie – przypowieść o miłosiernym Samarytaninie jasno pokazuje, że bliźnim jest każdy cierpiący, także obcy. Chrześcijańska wiara oraz katolickie nauczanie o godności osoby ludzkiej i solidarności nie pozostawiają tu wątpliwości.
Kościół konsekwentnie podkreśla tzw. preferencyjną opcję na rzecz ubogich. Nie jest to wybór polityczny ani ideologiczny, lecz naśladowanie Chrystusa, który „stał się ubogim, aby nas ubóstwem swoim ubogacić” (2 Kor 8,9). Opcja ta nie dotyczy jednej grupy narodowej czy etnicznej – obejmuje wszystkich słabych, zranionych i najbardziej potrzebujących: ubogich, chorych, wykluczonych i uchodźców. Pomoc Ukraińcom w obliczu wojny doskonale wpisuje się w tę logikę. Cierpiący ludzie, niezależnie od paszportu, zasługują na wsparcie, ponieważ Kościół od początku działa na rzecz ich ulgi, obrony i wyzwolenia (por. KKK 2448).
Papież Franciszek wielokrotnie ostrzegał przed „kolektywistycznym indywidualizmem”, który chroni wyłącznie „swoich”, a resztę ubogich pozostawia bez pomocy. Taka postawa prowadzi do coraz większego zamknięcia i ostatecznie do troski wyłącznie o własny interes.
Łukasz Sośniak SJ
Skomentuj artykuł