Nawet konkurs na proboszcza nie pomoże, jeśli nie przestaniemy być oddzielnymi światami
Kilka dni temu katolicką cześć internetu zelektryzowała wiadomość o tym, że w archidiecezji lubelskiej biskup ogłosił „konkurs” na proboszczów szesnastu parafii. Pojawiły się natychmiast głosy zachwytu i zwątpienia: super, że można „kandydować”, do kitu, że świeccy dalej nie mają wpływu. A ja przekornie myślę, że problem jest trochę gdzie indziej.
Gdzie? W tym, że wciąż wciąż – wciąż! – jesteśmy w Kościele trochę oddzielnymi światami. I jeśli nawet biskupowi, za sprawą diecezjalnego synodu, przyszło do głowy, by nieco uwolnić zwykłą procedurę i inaczej pomyśleć o obsadzaniu parafii – tak, by służyło to bardziej wspólnocie ludzi na miejscu i jednocześnie nowemu proboszczowi – wciąż jest to dla mnie trochę działanie w oddzielnych światach: tym świeckim i tym nieświeckim. I chyba najlepsza byłaby sytuacja, w której to przedstawiciele parafii wraz z wikariuszami i np. siostrami zakonnymi z jej terenu opisują charakter i talenty człowieka, który według nich dobrze poprowadzi re konkretna parafię.
Nie trzeba tu dużo pisać o stanie niepewności, który chyba zawsze towarzyszy zmianie proboszcza. Wiadomo, że stary odejdzie – część się cieszy, część się smuci. O ironio, to moment, w którym czasami jesteśmy bardziej razem, wszystkie kościelne "stany" mieszkające w parafii. Wiadomo, że ktoś przyjdzie. Jedni próbują się z wyprzedzeniem swoimi kanałami dowiedzieć, kto to może być. Inni po prostu gorliwie się modlą, żeby nie trafił się despota, egoista, człowiek niedojrzały, alkoholik, kobieciarz, ktoś, dla kogo bożkiem są pieniądze. A jak trafi się taki „lepszy”, bardziej pobożny, ale nie dziki tradycjonalista, z sercem do ludzi, a nie tylko z tacą, z uprzejmym usposobieniem, a nie cham i buc, z gorliwością, a nie jak wygaszony dawno piec z naklejonym na wierzchu obrazkiem z płomieniami, z przyzwoitością pozwalającą mieć dobre relacje także z kobietami – to jest prawie jak cud.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że cudów byłoby więcej, gdyby procedura wyboru proboszcza uzwględniała tych, z którymi będzie żył blisko przez kolejne lata. Bo teraz większość przydziałów przypomina aranżowane małżeństwa: wielu biskupów bardzo się stara, dobrze wybiera i parafie kwitną, ale wciąż są sytuacje, w której z jakichś przyczyn ktoś, kto nie powinien już nigdy mieć pod opieką parafii, dostaje kolejne miejsca, rujnując przy tym wiarę i cierpliwość kolejnych parafian, a czasem łamiąc skrzydła wikariuszom i rezydentom i doprowadzając do nerwicy siostry zakonne.
Opcja, w której wiadomo, jaka parafia jest do wzięcia, a księża mogą aplikować na urząd proboszcza trochę jak w świeckiej pracy, jest o tyle dobra, że może wreszcie na wielkie miejskie parafie przestaną trafiać faceci marzący o życiu na wsi i odwrotnie. Może do parafii pełnych młodzieży (są takie!) będą trafiać tacy księża, którzy młodzież w najlepszym sensie kochają, a do parafii ze świetnym, zaangażowanym składem świeckich nie będą posyłani mali despoci, którzy w rok poradzą sobie z każdą inicjatywą inną niż swoja własna, tnąc nisko przy ziemi wszystkie duchowe kwiaty zasiane przez wspólnoty. Może. Bo jeśli parafia w kwestii nowego proboszcza nie ma nic do powiedzenia, poza „amen” i „Matko Boża, czuwaj nad nami” – może się okazać, że nawet konkurs na proboszcza niewiele zmieni. I że prawdziwe zmiany w kulejącym duszpasterstwie, w warunkach wielkiego odpływu wiernych, w świecie oferującym wiele innych ścieżek duchowego rozwoju muszą się jednak zacząć w… życzliwej relacji ludzi, którzy wciąż i trochę na siłę, a trochę z tradycji są od siebie oddzieleni: ironicznie rzecz biorąc - księży i całej reszty.
Nie byłabym sobą, gdybym nie dorzuciła kilku słów o braniu pod uwagę zdania kobiet - ale proszę winić za to kard. Rysia, który na piątkowej mszy w krakowskiej bazylice jezuitów przypomniał orędzie Pawła VI na zakończenie soboru. Kardynał mówił o tym, że tylko w orędziu do kobiet papież nie odważył się zaproponować im przyjaźni - tak jak to zrobił w przesłaniu do innych sześciu grup. Doczytałam sobie to orędzie. W przedostatnim punkcie papież pisze: "O wy, kobiety, które potraficie sprawić, że prawda jest słodka, czuła, dostępna, z zaangażowaniem starajcie się, by duch tego Soboru przenikał do instytucji, szkół, ognisk domowych, do życia codziennego". Fajnie - myślę sobie - tylko my przecież ciągle musimy walczyć o to, żeby w ogóle mieć przestrzeń w Kościele na te starania... Jednym z naszych talentów jest relacyjność; dobrze czytamy ludzi, ich talenty i intencje, nasza intuicja mądrze podpowiada nam, kto się do czego nadaje, a kogo od czego trzymać z daleka. I gdy patrzę na decyzje proboszczowskie podejmowane w kuriach, bardzo bym chciała, żeby głosem doradczym częściej były właśnie kobiety. Może więcej byłoby wtedy emocji i dyskusji, ale w parafiach byloby więcej Ducha i radość, a mniej rezygnacji i ciężkich przeżyć.
Skomentuj artykuł